poniedziałek, 13 stycznia 2014

Komu potrzebna jest nasza samotność?

Przez to, że kino w ostatnich latach stało się rozrywką dramatycznie drogą, a w dodatku jeszcze ów wszechobecny smród prażonej kukurydzy, jest jeszcze bardziej obezwładniający, niż nieunikniona obecność na każdym z seansów co najmniej dwóch idiotów, którzy albo się śmieją w sytuacjach nieśmiesznych, albo głośno komentują poszczególne sceny, do kina chodzić praktycznie przestałem. Jest jednak jeszcze coś. Wprawdzie, jak się zdaje, formalnie rzecz biorąc, filmów w Internecie wciąż oglądać nie wolno, jednak praktyka owa się już tak rozpowszechniła, że ów zakaz pozostaje wyłącznie teorią. Weźmy moje dzieci, a nawet panią Toyahową. Oni wszyscy oglądają dokładnie wszystko, i to już niemal na drugi dzień, jak dany film się ukaże, no i przez to o tych filmach u nas w domu gada się niemal bez przerwy.
Parę dni temu moje najmłodsze dziecko opowiedziało mi o którymś z nich, opisującym przygodę dziewczynki, która otrzymała na urodziny laptopa, krótko potem trafiła w jakieś internetowe towarzystwo, no a dalej, to już spotkała się tam z taką agresją, że doprowadziło ją to do granicy samobójstwa. Jak chodzi o mnie, to ja oczywiście pierwsze, co sobie pomyślałem, to to, że to jest niewiarygodne, jak błyskawicznie na nowe – wykreowane jak najbardziej przez siebie – zjawiska społeczne reaguje kultura popularna, żona moja natomiast poszła jak zwykle krok dalej, i przy wspólnym obiedzie zadała wszystkim nam pytanie, czy myśmy spotkali się kiedykolwiek z tak zwaną „przemocą w Internecie”. Dzieci moje odpowiedziały od razu, że nie, natomiast ja, że owszem – jak najbardziej. Ja się spotkałem z tym zjawiskiem w wydaniu niemal modelowym, tyle że jestem już stary i bandę tych wszystkich sieciowych opętańców mam głęboko w nosie. Ani ich do siebie nie wpuszczam, ani z nimi nie rozmawiam, ani o nich nie myślę, a jeśli nawet od czasu do czasu ich czytam, to wyłącznie przez swoją wrodzoną ciekawość świata. A zatem mam spokój.
Tymczasem problem jak najbardziej istnieje. W czym rzecz? Otóż każdy kto miał okazję śledzić ten blog, ale też blog mojego kolegi Coryllusa, i wszystko, co się wokół nich dzieje, wie, że w tak zwanej blogosferze istnieje bardzo silna, znakomicie zorganizowana grupa blogerów i komentatorów, którzy mnie i jego do tego stopnia nie znoszą, że gdybym ja, czy Coryllus, mieli się tym zmartwiać, to byśmy tego nie wytrzymali.
Bo tak naprawdę tu akurat rzecz polega wyłącznie na tym, że człowiek przejmuje się, lub nie. Popatrzmy na coś moim zdaniem modelowego. Jest w Salonie24 blog senatora Platformy Obywatelskiej Filipa Libickiego, którego każda kolejna notka komentowana jest w jednej chwili przez blogera Sowińca słowami „Dureń”, „Głupek”, „Głuptasek”, i tak dalej. Sowiniec nigdy, na ile potrafię się zorientować, nie skomentował wpisu Libickiego inaczej, jak tylko przy pomocy owych krótkich epitetów. Za Sowińcem oczywiście natychmiast przychodzi jego tak zwana drużyna, no i oni oczywiście starają się swojemu mistrzowi dorównać. Gdyby Libicki czytał te komentarze, lub je w ogóle traktował poważnie – a jeszcze, nie daj Boże, wchodził z tymi durniami w polemikę – to, jak sądzę, albo by wytoczył Sowińcowi sprawę, albo by od tych dyskusji zwariował. On, jednak, jedyne co dotychczas zrobił, to doniósł na Sowińca do Administracji, no i ta go częściowo ocenzurowała. Oczywiście, to nie powstrzymało Sowińca, i on dalej sobie używa, Libicki jednak najwyraźniej sobie radzi.
A teraz my, czyli Coryllus i ja. Jak mówię, w Salonie jest grupa internautów, w tym też, jak najbardziej, wspomniany bloger Sowiniec, którzy nas bardzo nie lubią i życzą nam wszystkiego najgorszego. Swego czasu za ich swego rodzaju guru robił bloger podpisujący się Pantryota, który w pewnym momencie całym sensem swojego blogowania uczynił doprowadzenie nas do tego stanu, byśmy zwyczajnie nie wytrzymali. Ów blog natychmiast zyskał pewną popularność, no i wtedy się zaczęło. Owa grupa nienawistników spędzała tam swój czas dzień za dniem, od rana do wieczora, tylko po to, by przy pełnej aprobacie Administracji publikować najbardziej obrzydliwe, wulgarne, obraźliwe komentarze na temat nas i naszych rodzin. W pewnym momencie doszło wręcz do tego, że oni zaczęli nam grozić: Urzędem Skarbowym, więzieniem, pobiciem… I co z tego? Nic. Redakcja Salonu24 nawet nie drgnęła. Wszystko toczyło się ustalonym torem. Tyle że ani ja, ani Coryllus również nie drgnęliśmy. Po nas to spłynęło, jak po dwóch kaczkach. Nie zmienia to jednak faktu, że to wszystko było, jest, i, jak wszystko na to wskazuje, będzie – w tej czy innej formie, oraz w tym czy innym kształcie – trwało nadal.
I oto wczoraj, na wspomnianym tle, stało się coś szczególnego. Najpierw Coryllus opublikował tekst, w którym wymienił, w kontekście niemal neutralnym, nick słynnej blogerki Ufki, jednak przez to, że jej się to nie spodobało, wspomniany tekst został przez administrację portalu błyskawicznie ocenzurowany. Kiedy Ufka, na to co się stało zareagowała, chełpiąc się, że ona nie pozwoli na to, by ktokolwiek ją osobiście zaczepiał, i w ten sposób wszystkich sobie po kolei odpowiednio ustawi, napisałem jej w komentarzu, że „jest głupsza od swojego kota”, no i ta opinia również w jednej chwili zniknęła. Tu wewnętrzna ochrona przed tak zwanym „hejtowaniem” zadziałała bezbłędnie.
A zatem, wszyscy już teraz znakomicie się potrafimy zapewne zorientować, na czym ten pomysł polega. Internet – czy może bardziej precyzyjnie, owa społeczność – jest najwidoczniej wykorzystywany przez System po to, by zagospodarować tę część społeczeństwa, która uznała za stosowne się w to, co roztacza się poza progiem domu, nie angażować. Mam tu na myśli ludzi, którzy siedzą w domu, nie mają co z sobą zrobić, ze swoimi emocjami nie mają się z kim podzielić, a więc sobie klikają. A mam na myśli takie ich zagospodarowanie, by oni się zwyczajnie pozagryzali. Po co? Ot tak, żeby każdy z nich całą swoją złość, nienawiść, czy zwykłe kompleksy, wyładował w tych czterech ścianach swoich domów, a już później nie widział żadnego powodu, by się z nimi wychylać. A że od czasu do czasu ktoś przez to odpadnie – to drobiazg. Ważny jest cel, a dopóki on jest skutecznie realizowany, wszystko gra.
Niedawno w portalu wpolityce.pl któryś z redaktorów bardzo się oburzał, że na forach dyskusyjnych Agory z prawdziwym zachwytem tolerowano zachęcanie przez część komentatorów do politycznego mordu na jednym z Karnowskich. Otóż wygląda na to, że, jak zwykle, jesteśmy skazywani na jakieś kompletnie nędzne diagnozy, nijak się nie mające do tego, co jest prawdziwym problemem. Sprawa bowiem polega na tym, że tu wcale nie chodzi o mordowanie, a już na pewno nie przede wszystkim. Jeśli ktoś kogoś zabije – to wtedy będziemy się martwić. Póki co jednak, chodzi głównie o to, by doprowadzić część z nas do stanu takiej wściekłości, że gdy ona minie, pozostawała już tylko telewizja, ewentualnie wyprawa na zakupy.
Wrócę na koniec do wczorajszej notki Coryllusa i interwencję blogerki Ufki. Ona, podobnie zresztą, jak jej serdeczna przyjaciółka Eska, gdyby im tylko pozwolić i zagwarantować bezkarność, by nas obu po prostu kazały zlikwidować. Z braku tego rozwiązania, one by każdego z nas tak zaszczuły, że byśmy sami, już bez niczyjej pomocy, popełnili samobójstwo. Niestety, ani jednego, ani tego drugiego zrobić nie mogą. Dlaczego? Trochę z przyczyn obiektywnych, ale też przez to, że one dla nas są jak powiew zimowego wiatru, żadne ich słowo, ani żaden ich gest nas nie dotyka. No bo popatrzmy na Eskę? Cóż mi to przeszkadza, że ona publikuje w Sieci informację, że mój ojciec był ubowcem, a ja jestem resortowym dzieckiem? Ja ją za to mogę najwyżej wytarmosić za ucho. Najwyżej. Bo nawet splunąć mi się nie chce. No ale można sobie wyobrazić sytuację odwrotną. Ona to piszę, na mój blog natychmiast złazi się jakieś internetowe robactwo i wszyscy zaczynają się nakręcać. A ja z nimi. I o to właśnie chodzi. Żeby tak to się właśnie toczyło. A co z tego będzie, to będzie. Się zobaczy.
Skoro zaczęliśmy od filmów, chciałbym na filmach też skończyć. Wspominałem już o nim, ale gdyby ktoś nie widział, to powtórzę. Jest oto sobie taki serial komediowy Ricka Gervaisa zatytułowany „Life’s Too Short”, gdzie słynny aktor-karzeł Warwick Davis gra siebie, jako upadłego, jednak z bardzo silnym kompleksem wyższości, aktora charakterystycznego. Któregoś dnia Warwick zostaje poddany bardzo agresywnemu atakowi na którymś z internetowych forów, gdzie ktoś go obraża w sposób wręcz nieludzki, głównie wykpiwając jego kalectwo. Ponieważ on bardzo to źle znosi, postanawia przeprowadzić prywatne śledztwo, no i trafia na jakieś biedne dziecko, unieruchomione na wózku inwalidzkim, podłączone do respiratora i jakichś urządzeń, które pozwalają mu wykonywać najprostsze ruchy, w tym klikać w komputerową klawiaturę. Straszna jest ta scena. Stoi Warwick na środku tej klasy szkolnej, to dziecko uczepione swego pojazdu płacze, koledzy ryczą ze śmiechu, rzucają w nie papierkami… no i tak się ten odcinek kończy. Nie dajmy się jednak nabrać. Ten film to komedia. Bardzo dobra zresztą.

Z nowym rokiem niestety, jak to już nieraz bywało, firma która mnie zatrudniała, straciła kontrakt, no a ja, automatycznie,kilka dość mocnych lekcji. Oczywiście, jak idzie o zapowiadane przez mnie terminy, wszystko pozostaje bez zmian, jednak na dziś, niezmiennie bardzo proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.


2 komentarze:

  1. @Toyah

    Napisałeś, że wczorajsza dyskusja u Coryllusa przejdzie do historii blogosfery. Na Ufce się niej znam, ona jest zdaje się, od takich cieplutkich klimatów: kuchnia, kotek, ciepłe kapcie. Trochę kiedyś czytywalem Eskę i ceniłem szczerze jej aktywność. No ale wczoraj jej koncertowo popuscily nerwy jak wyskoczyła z tym "mieszkankiem ślicznie opisanym w książeczce". Aż chciałoby sie pojechać Norwidem "... przeciwko paru myślom co nie nowe". Ja nawet mogę zrozumieć tą zazdrość, tę jasną cholerę, ten szlag co trafia. Ale żeby w reakcji ustawić się w jednym chórze z Pantryjotą i kolegami? Słabo nam się układa ta historia blogosfery.

    Zresztą, tak jak czytam rożne komentarze w różnych miejscach internetu to czesto w miejsce oryginalnej treści widzę tylko "jestem sfrustrowany i niezbyt rozgarnięty".

    No i pozwól, że wyrażę spóźnione ale szczere zachwyty i gratulacje za ostatnią notkę o Jarosławie. "Cała reszta to agentura" - genialne w swojej celności i prostocie.

    Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
  2. @Kozik
    No wreszcie! Żyjesz jakoś?
    Co do Eski, zapomnij. To mit.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.