czwartek, 13 maja 2010

Przepraszam, czy to mnie ktoś nazwał bydłem?



Właśnie przed chwilą usłyszałem w telewizorze wypowiedź Bronisława Komorowskiego w kwestii dotychczasowego przebiegu kampanii wyborczej. Zapytany przez dziennikarkę TVN24 Adamek, Komorowski oświadczył, że on autentycznie zazdrości Jarosławowi Kaczyńskiemu sytuacji w jakiej ten może prowadzić swoją kampanię. Powiedział kandydat Komorowski, że on nie może Kaczyńskiemu nie zazdrościć, skoro on sam musi dzień w dzień „ciężko pracować”, podczas gdy Jarosław Kaczyński siedzi sobie spokojnie „gdzieś w kącie” i zbija bąki.
Tekst, który wygłosił Bronisław Komorowski zaskoczył mnie z paru względów. Przede wszystkim nie spodziewałem się, że on akurat jest tak mocno przywiązany do idei, którą tak świetnie wyraża popularne zawołanie najbardziej zdeprawowanych społeczeństw postsowieckich, że człowiek by sobie chętnie pobumelował, a tu trzeba, panie, robić! Każdy normalnie myślący człowiek wie, że możliwość pracy, szczególnie gdy za tę pracę człowiek jest w stanie utrzymywać siebie i rodzinę, i to jeszcze robić to na bardzo godnym poziomie, nie jest męką, lecz błogosławieństwem. W życiu bym się nie spodziewał, że akurat Bronisław Komorowski, kiedy widzi kogoś, kto ma dużo wolnego czasu i siedzi bezczynnie w kącie, jedyne co czuje to ukłucie zazdrości. Ten rodzaj gnuśności bowiem wydawał mi się zarezerwowany dla osob o znacznie bardziej szczególnej proweniencji, niż ktoś taki jak marszałek polskiego Sejmu.
Ale niech będzie. Uznajmy że marszałek Komorowski nie dość że zadręcza się tym, że w celu uzyskania stanowiska Prezydenta Rzeczypospolitej musi ciężko harować, zamiast sobie wesoło chodzić po lesie ze swoim kumplem Palikotem, to jeszcze kiedy widzi innych, jak sobie gdzieś tam siedzą „po kątach” i nic nie robią, zaciska zęby ze złości. I że to jest jakoś tam zrozumiałe. Ciekawszą rzeczą jest to jednak, że Bronisław Komorowski zazdrości nie byle komu, ale Jarosławowi Kaczyńskiemu. Że Komorowski zagląda do telewizora, nie widzi tam Kaczyńskiego, wraca do tego telewizora w kolejnym dniu, a tam Kaczyńskiego nadal nie ma, wraca znów i kiedy po raz trzeci Kaczyńskiego nie widzi, wali pięścią w stół i krzyczy: „Ten to ma farta! Co za cholerna niesprawiedliwość!”
Przypomnijmy więc, gdyby komuś się zdarzyło – a obserwując naszą scenę publiczną obawiam się, że zdarzyć się mogło – zapomnieć, w jakiej sytuacji od pewnego czasu znajduje się Jarosław Kaczyński. Otóż, jak wiemy, Kaczyński nie miał nigdy rodziny w sensie tradycyjnym. Przez całe życie jedynymi ludźmi prawdziwie mu bliskimi był brat i mama. Niewykluczone, że jeśli traktował kogoś jako rodzinę, to była nią rodzina jego brata. A więc jego żona, jego córka, i jego wnuczki. Dziś Jarosław Kaczyński znalazł się w miejscu, które dla każdego normalnie myślącego człowieka jest możliwym końcem życia, w więc sytuacją absolutnie i jednoznacznie tragiczną. Stracił bowiem w jednym momencie jedynego brata i jedynego być może przyjaciela, traci powoli matkę, która w pewnym sensie była dla niego matką, siostrą i przyjaciółką, i którą w dodatku prawdopodobnie musi – w tej swojej niezwykle bolesnej sytuacji – wyłącznie pocieszać, dawać jej nadzieję i radość. Mamy Jarosława Kaczyńskiego, który właśnie teraz, kiedy świat mu się usunął spod nóg, musi walczyć o prezydenturę. Musi, nawet jeśli też chce. Nawet jeśli bardzo chce, to przede wszystkim musi. Właśnie wtedy, kiedy mógłby się zaszyć w kącie i już tylko płakać i wyrywać sobie włosy z biednej głowy. Krótko mówiąc, wedle najbardziej jednoznacznych standardów, Jarosław Kaczyński znalazł się w sytuacji, jak to mówią starzy Polacy, „nie do pozazdroszczenia”.
I na to przychodzi Bronisław Komorowski i z tępym uśmiechem na twarzy informuje swoich wyborców, że on Jarosławiowi Kaczyńskiemu zazdrości. Bo kiedy on ciężko pracuje, ten sobie coś tam w kącie dłubie.
Przepraszam bardzo, ale gdybym ja dziś z jakiegoś powodu oszalał i postanowił zagłosować w nadchodzących wyborach na Bronisława Komorowskiego, to już dziś proszę uprzejmie każdego o to, żeby mnie jak najszybciej dobił.

2 komentarze:

  1. Mąż stanu kontra miałki dupek. 8 marca pokazali spotkanie marszałka z posłankami PO. Wyrecytował im fraszkę własnego autorstwa. Sens był taki, że on chciałby pracować ale jak widzi tyle kobiet to myśli ma kosmate. Panie zarechotały. Było to tak żenujące, jakby poklepał je z nienacka po pupach. Ten incydent przypomniał mi się jak wygłaszał orędzie 10.04. A dlaczego? A dlatego, że obydwie treści nie różnił sposób ich wyrażenia, ton, ekspresja. I przypomniało mi się jak kiedyś mój brat kazał mi się wsłuchać w treść
    jego słów, twierdząc, że nie układają się one w żadną treść. Nazwanie go kretynem jest może lekkim nadużyciem, ale mogę Cię dobić (w razie czego).

    OdpowiedzUsuń
  2. Myślę że z tym dobiciem to przesada, ale kopnąć w du.. to mogę.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.