niedziela, 9 maja 2010

O możnych tego świata i dzieciach z zapałkami



Zobaczyłem dziś w telewizji Seweryna Blumsztajna, okropnie zdenerwowanego z powodu oburzającego zachowania Jarosława Kaczyńskiego, który wciąż nic nie mówi, podczas gdy Seweryn Blumsztajn już ma przygotowanych kilkanaście niezwykle celnych komentarzy na temat jego wypowiedzi. Blumsztajn wyraził przy tej okazji opinię, że postępowanie Kaczyńskiego jest antydemokratyczne na poziomie systemowym i podłe w sensie czysto ludzkim, i choć nie pojawiły się żadne konkretne groźby, to z tonu w jakim się ów ciekawy człowiek wypowiadał, można było wywnioskować, że odpowiednie kroki są już w redakcji Wyborczej rozważane.
Słuchając i Seweryna Blumsztajna, ale również wielu innych osób umilających sobie życie w oczekiwaniu na prawdziwy początek kampanii Jarosława Kaczyńskiego – a więc choćby tych wszystkich wypełnionych przerażeniem i wściekłością błaznów, rozmyślających nad tym, czy Kaczyński potrafi grać na pianinie – zastanawiam się czego się dowiemy, gdy w końcu nadejdzie ten dzień. Ale zastanawiam się też, czego – przy obecnym tempie w jakim buduje się to szaleństwo – możemy oczekiwać, kiedy zwycięstwo Jarosława Kaczyńskiego zacznie nabierać kształtów już naprawdę realnych. Wspominałem już tu niedawno, że mocno wierzę w instynkt samozachowawczy tych ludzi, i w to, że oni nie posuną się do tego, by powtórzyć manewr z 10 kwietnia. Mimo to, jestem pewien, że to co przed nami będzie stanowiło jakość zupełnie nową. Że choć oni nie są dziś w stanie pozwolić sobie na wszystko, to na niemal wszystko – owszem. To nie są bowiem już ludzie w sensie tradycyjnym, do którego to pojęcia przyzwyczailiśmy się przez całe lata doświadczeń. Oni już nawet nie są zwykłymi zdrajcami. To też już jest przeszłość. Dziś mamy do czynienia z czymś całkowicie nowym. Z czymś, co wyrodziło się z tej smoleńskiej mgły i dla czego nawet nie sposób znaleźć odpowiedniej nazwy. Musimy być mocni i musimy mieć nadzieję, że Jarosław Kaczyński wie co najmniej równie dobrze jak my własnie to, że nowa sytuacja wymaga nowego męstwa.
W ramach wędrówek po starych czasach, chciałbym przedstawić jeszcze jeden dość stary wpis, z listopada 2008 roku, kiedy to zło ledwo raczkowało, a nam – naiwnym – wydawało się, że to już szczyt. Ktoś się mnie zapyta, po co to robię? Czemu z takim uporem zadręczam tych, którzy już i tak nie mają szans na podniesienie się ze swojego upadku? Otóż ja wierzę, że przynajmnie niektórzy z nich tę szansę wciąż mają. Powinni tylko spojrzeć choć raz w to lustro i ujrzeć siebie w tym całym podłym kontekście. I zobaczyć, jak daleko zaszli w tym swoim upadku. I jak niepotrzebnie. Tylko tyle. Proszę bardzo.
Jeszcze trochę o rocznicy, dobrze? Zwłaszcza, że rocznica będzie pewnie jedynie pretekstem. Wczoraj - oprócz wspomnianego już jednego fragmentu wystąpienia Premiera i jednego fragmentu wystąpienia jednego dziennikarza - zanotowałem dwie jeszcze wypowiedzi, które, moim zdaniem, zasługują wyłącznie na reakcję, którą Anglicy opisują słowami ‘kick in the eye', a Polacy jeszcze bardziej mięsistym ‘kopem w ryj'. Niestety mamy w tej kwestii bardzo ograniczone możliwości, ponadto wszyscy jesteśmy bardzo kulturalni, a gesty honorowe odeszły już dawno w mroki historii. W tej sytuacji, pozostaje albo cichutko sobie chlipać, albo swoimi żalami dzielić się z tymi, którzy nas zrozumieją.
W telewizji TVN24, redaktor Morozowski, podsumowując rok pracy rządu Donalda Tuska, stwierdził, ze jemu osobiście bardzo zaimponował sposób w jaki premier Tusk „rozprowadza" Prezydenta. Morozowskiemu chodzi o to, że Premierowi najpierw niezwykle skutecznie udało się zorganizować bojkot prezydenckiej gali w Teatrze Narodowym, a kiedy już wszyscy zobaczyli nędzę tej rocznicowej uroczystości, te puste miejsca na publiczności, ten wieśniacki program artystyczny, Tusk pojechał do Paryża i pięknie wszystko pozałatwiał. To był pierwszy ze wspominanych ekscesów. Gdzieś w okolicach Morozowskiego, pojawiła się kobieta o nazwisku Szumowska - reżyser filmowy - by opowiadać o swojej artystycznej wizji. Ponieważ dzień był świąteczny, spytano tę panią Szumowska, jak on widzi politykę. Usłyszeliśmy, że polityka Szumowskiej nie interesuje zupełnie. Owszem, jakiś czas temu, przez jakieś dwa lata, ona była bardzo polityką poruszona i nawet ją to co się w Polsce dzieje, bardzo denerwowało, ale teraz to ona stoi kompletnie z boku. Redaktor przepytujący panią artystkę, zadawał prowokacyjne pytania, że niby ten rząd jest nudny i w sumie nic nie robi, ale pani Szumowska niezmiennie odpowiadała, że może - owszem - i tak jest, ale ona pozostaje niezainteresowana. Pełny spokój.
Zapamiętałem jakoś te dwie wypowiedzi, ponieważ, w zupełnie przedziwny sposób, udało mi się w nich dostrzec pełną symbiozę między tymi, którzy obecnie kreują intelektualne i patriotyczne ambicje społeczeństwa, a tym właśnie społeczeństwem. Morozowski wygłosił komunikat, który stanowił bezczelnie jednoznaczne poparcie dla działań, które w normalnych warunkach musiałby zostać uznane za zdradę stanu, a przedstawicielka opinii publicznej - prawdopodobnie w pełnej zgodzie z oczekiwaniami Morozowskiego i reprezentowanego przez niego obozu zdrady narodowej - oświadczyła, że ona się sprawami Kraju nie interesuje.
Dlaczego zdecydowałem się na używanie aż tak mocnych słów pod adresem ludzi, którzy nie robią nic innego, jak tylko przedstawiają swoje poglądy? Przede wszystkim ze względu na szczere przekonanie, że zło, jakie nas otacza zasługuje na najmocniejsze słowa pogardy, a jeśli te słowa tak rzadko padają, to tylko dlatego, że do tego zła zostaliśmy w bardzo perfidny sposób przyzwyczajeni. Polska przeżywa 90-tą rocznicę odzyskania, po setkach lat niewoli, niepodległości. Rocznicę tego cudu, który gdyby się nie zdarzył, bylibyśmy dziś, jak pisze Zdzisław Krasnodębski, być może „grupą etniczną podobną do Serbów łużyckich - ledwie tolerowaną mniejszością pokazywaną na festiwalach folklorystycznych". Lech Kaczyński, jako prezydent wszystkich Polaków, pragnąc uczcić tę rocznicę, organizuje uroczystą galę z udziałem reprezentantów całego współczesnego świata. Polityczni przeciwnicy Prezydenta, żeby go poniżyć i wykpić, podejmują wielotygodniowe starania, żeby sukces gali maksymalnie osłabić, a kiedy im się to przedsięwzięcie częściowo udaje, poważny przedstawiciel mediów bije w zachwycie brawo, bo z jego punktu widzenia było bardzo śmiesznie obserwować, jak Polska jest ośmieszana.
A przecież to już nie pierwszy raz. Pamiętamy wszyscy bardzo dobrze, jak prezydent Kaczyński planował urządzić piękne i podniosłe uroczystości mordu katyńskiego i niestety musiał całe przedsięwzięcie odwołać, bo bojkot zorganizowany przez jego politycznych przeciwników sięgnął tak głęboko, że istniała obawa kompromitacji. Pamiętamy, jak z udziału w uroczystościach wycofywali się po kolei czołowi przedstawiciele świata polityki, kultury i sztuki, bo wiedzieli, że jeśli nie wykażą solidarności ze swoimi mocodawcami, utracą zbyt wiele. A wszystko tylko po to, by nielubiany prezydent za dużo sobie nie myślał.
Właśnie na DVD ukazał się film Martina Scorsese o Rolling Stonesach. Jest tam taka scena, gdy na koncercie Stonesów pojawia się prezydent Clinton... z Kwaśniewskim. Clinton przedstawia Kwaśniewskiego Jaggerowi, ze oto prezydent Kwaśniewski z Polski. Ja Kwaśniewskiego nie znoszę. Moja nienawiść do Kwaśniewskiego jest, że tak powiem wypita z mlekiem matki. Nie chodzi o to, że on był moim zdaniem złym prezydentem, że dla mnie wygląda jak świnia, nie o to, że wygląda jak czerwona świnia, nawet nie o to chodzi, ze jest pijakiem. Ja go nienawidzę, bo jest dla mnie komuchem, oraz przedstawicielem zbrodniczego systemu, osobiście - jak podejrzewam - odpowiedzialnym za wiele bardzo złych rzeczy. Jednak ostatnią rzeczą, na jakiej by mi zależało to to, by podczas tej prezentacji Kwaśniewski na przykład się przewrócił i żeby to zostało zapisane na taśmie filmowej przed całym światem.
A my dziś mamy sytuację taka, że dla swoich najniższych i najbardziej parszywych instynktów, cała grupa niezwykle wpływowych osób ze świata polityki i mediów aż przebiera nogami, by wystawić nasz kraj na pośmiewisko świata. Mało tego. Oni zajmują się zaspokajaniem tych swoich emocji i są przy tym z siebie okropnie dumni. Część z nich wręcz przyznaje, ze tak, to prawda, niech ten kraj spłonie, bo tylko tego rodzaju katharsis może umożliwić prawdziwą odbudowę. A głupi ludzie patrzą na to wszystko i albo bija brawo, albo - w najlepszym wypadku - wzruszają ramionami i oświadczają, ze oni się już polityką nie interesują. Kiedyś, jak im kazano, to - owszem - mieli coś do powiedzenia, ale dziś? Jest fajnie. A co z tymi, którzy dbają, którym zależy, którzy wiedzą, że to nasza Polska i że jesteśmy tym Narodem? Co z tymi, którzy wychodzą z domu, biorą ze sobą dzieci i udają się albo do kościoła, albo na miejscowe uroczystości? Im z kolei specjaliści od nazywania rzeczy po nowemu wyjaśnią, że oni tak tylko dlatego, ze była ładna pogoda. Że gdyby było zimno i padał deszcz, pies z kulawą nogą nie zainteresowałaby się co się tam za oknem dzieje. I ten ‘kartofel' musiałby sam się tam zabawiać ze swoją Polską i z tym swoim babsztylem. Bo ktoś, kto nawet nie zasługuje na to, by jechać z wizytą do Japonii, ale zwyczajnie do Azji - w ogóle nigdy nie zasługuje na nic dobrego.
Więc jeśli mnie ktoś spyta, czemu ja się tak denerwuję, albo czemu się nie zastanowię, jak ta moja miłość do Kaczorów zrujnowała moje umiejętności oceny, czemu nie popatrzę, jak to Kaczyński sam się wprowadza w ten stan, w którym już go tylko wszyscy nienawidzą, to ja mam jedną odpowiedź. Ja się nad moimi umiejętnościami obserwacji i wyciągania wniosków zastanowię, kiedy w tej debacie będę miał naprzeciwko siebie ludzi prawdziwie zatroskanych. Patriotów i Polaków. A nie z jednej strony bezpośrednich - nie tylko ideologicznych i intelektualnych - spadkobierców tych, o których można przeczytać w Piśmie Świętym, jak to nawet setki lat im nie wystarczyły, żeby się najzwyczajniej w świecie zasymilować. A z drugiej, kompletnie ogłupiałych widzów, którzy czując potęgę tych swoich potężnych opiekunów, zrezygnowali z tego, z czego tradycyjnie rezygnować nigdy nie było wolno.

1 komentarz:

  1. Toyahu
    Byliśmy na Powązkach zapalić świeczki poległym w Smoleńsku i na manifestacji pod Pałacem Prezydenckim. Wracając do domu (150 km) rozmawialiśmy o tym, o czym teraz czytam u Ciebie. Podniosło się ciśnienie wszystkim. Tylko nasuwa mi się taka podła myśl, że nie wiem jak bym zareagowała na kompromitację, jakiegoś Komorowskiego, Sikorskiego czy Tuska. Nie wiem, bo nawet Kwaśniewski nie śmiał tak spolaryzować Polaków. Nie było w tych komuchach takiej pogardy dla tych, których teraz nazywa się elektoratem PiS-u. I chyba mam gdzieś, jak świat odbierze przedstawicieli tych licencjatów, z kasą i GW pod pachą. Niech się potykają i ośmieszają. Nie reprezentują Polski.
    I nie potępiam siebie za takie myślenie, bo wiem, że spektakl upokorzeń będzie trwał, niezależnie czy Jarosław wygra czy nie.
    Przeczytałam wpis półniemieckiego gnoja i niektóre komentarze i nie ma zmiłuj. Oni chcą, żeby nazwisko Kaczyńskich zniknęło. Bogatsi są o wiedzę, że śmierć nie jest dobrym wyjściem, bo zostawi pamięć. Ta zaś zniweczy ich gierki i pozostanie tylko wielkość. Szukają innego sposobu. Zostaje walka z patriotyzmem.
    Idąc wśród brzozowych krzyży żołnierzy Powstania Warszawskiego, gdzie najstarszy miał 24 lata, przypomniała mi się skrzywiona morda pewnej prof. nazwanej dniem tygodnia, z której wypełzły słowa:"koniec z tą martyrologią i cmentarzami, to żenujące". W Polsce, w której uczy się historii i miłości do ojczyzny powinna iść po flaszkę w przebraniu.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.