niedziela, 9 maja 2010

Jak uczłowieczyć Kazimierza Kutza?



Kazimierz Kutz ma ten talent, że każde jego pojawienie się, właściwie już w momencie wejścia, jeszcze zanim zacznie oddychać, zanim się odezwie, ledwo przy pierwszym ruchu, przy próbie wygodnego ułożenia się w fotelu, budzi u normalnego człowieka podenerwowanie. Przyznaję, że nie wiem do końca, czym to jest spowodowane. Czy on zawsze był taki? Czy może osiągnął tę właściwość dopiero pod koniec życia? Czy może za tym stoi to jego przekonanie, że nawet kiedy będzie miał dwieście lat – on autentycznie robi wrażenie, jak by wierzył, że to jest coś co on akurat jest w stanie osiągnąć – wszystkie najpiękniejsze kobiety świata, będą z jego imieniem na ustach kładły się i otwierały oczy? Nie wiem. Faktem jednak jest to, że Kazimierz Kutz ma w sobie tę naturalną siłę starego nauczyciela, którego boją się nawet najwięksi bandyci, bo mają poczucie, że naprzeciwko nich stoi nie człowiek, lecz coś dziwnego, w dodatku skonstruowanego przez jakiegoś mechanika-idiotę, który ponieważ ani nie wiedział do końca, jak to coś robić, ani przede wszystkim po co, wyszło mu urządzenie kompletnie bezużyteczne i w dodatku produkujące wyłącznie chaos.
Przyznam szczerze, że gdyby jakimś cudem miało się zdarzyć, że ktoś by mi zaproponował spotkanie z Kutzem, to bym odmówił. Jestem sobie wyobrazić swoją rozmowę z Palikotem, z Niesiołowskim, nawet ze Sławomirem Nowakiem. I wcale nie chodzi mi tu o to, że oni wszyscy są od niego młodsi. W końcu, nawet z Bartoszewskim – w co wierzę głęboko – dałoby się spędzić chwilę bez jakiś gorszących sensacji. Z Kutzem już nie. I nawet nie chodzi o politykę. W ogóle nie mam tu na mysli dyskusji na jakikolwiek temat. Z Kutzem nie mógłbym rozmawiać choćby i o pogodzie, bo jego sama obecność musiała by na mnie podziałać całkowicie demobilizująco. Ja myślę, że on powoduje u ludzi trochę taki stan, jaki to w swojej piosence Margaret On The Guillotine przedstawił mistrz naszych serc Morrissey: „And people like you make me feel so old inside – please die”.
Niestety, na spotkanie z tym dziwnym człowiekiem zdecydowała się Elżbieta Jakubiak. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że, nawet jeśli ona brała pod uwagę to, że tym gestem ryzykuje bardzo dużo, w dodatku gdy ta rozmowa z Kutzem nie będzie dotyczyła ogólnej polityki i takich tam przepychanek, ale tematu jak najbardziej żywotnego i aktualnego, czyli tej czarno-białej jak nigdy w historii świata kampanii, to nie mogła się spodziewać, że Kutz przekroczył w międzyczasie granicę, która, nawet jeśli tylko pozornie, to jednak coś tam porządkowała. Nie mogła się więc spodziewać tego co ostatecznie Kutz zrobił i – niestety, co przyznaję z bólem – sprawiło, że ona poległa. Ta plazma, ten tłuszcz, ten pył, ta lawa ją zwyczajnie przygniotła. Cóż takiego się stało? Otóż Kazimierz Kutz – domyślam się, że demonstracyjnie przebrany do swojego występu w studio w taki frywolny strój drobnego biznesmena z prowincji na wyjeździe w Zakopanem – w pewnym momencie wyrzucił z siebie tę pogardliwą minę starego satyra i wyśmiał Jakubiak, że się lansuje na czarno. Że mimo że żałoba już się dawno skończyła, to ona zakłada na siebie te czarne bluzki, robi smutne miny i próbuje w ten sposób na Kutzu zrobić wrażenie.
W pierwszej chwili, miałem wrażenie, że Jakubiak się zwyczajnie rozpłacze. Że z tego oburzenia i szoku, jaki w niej wywołała uwaga Kutza, ona się po prostu popłacze. I niemal tak się stało. Jakubiak, z trudem powstrzymując łzy, zaczęła Kutzowi tłumaczyć, że ona wciąż płacze nad wszystkimi swoimi przyjaciółmi, którzy zginęli pod Smoleńskiem i zaczęła wymieniać po kolei te nazwiska. I wtedy on, zamiast się zamknąć, zaczął się na nią wydzierać, podkreślając cały czas, ze żałoby już nie ma i ona ma zmienić strój, bo tak jak ona teraz przed nim siedzi, jest niewiarygodna i budzi wyłącznie zażenowanie. Oczywiście sytuacji nie ratował ten tefauenowski głupek, dla którego to co się działo w jego studio prawdopodobnie tylko stanowiło świetny news. A więc nie próbował Kutza ani powstrzymać, ani nawet nie zwrócił mu uwagi, że przekracza linię, którą sam nawet sobie wytyczył.
Ja natomiast zastanawiałem się już tylko, co ja bym zrobił i co mogłaby zrobić Jakubiak, w tej niezwykłej, i przede wszystkim zaskakującej sytuacji. Oczywiście można by było wyjść ze studia, tak jak to kiedyś zrobił Cymański, zostawiając za sobą być może parę ostrych słów pożegnania. Ale myślę sobie, że to by nic nie dało. Może najwyżej na chwilę. Po paru już jednak dniach zostałaby tylko z tego informacja, że posłanka Jakubiak pokłóciła się z reżyserem Kutzem i obrażona wyszła ze studia. Nic nowego. I przychodzi mi do głowy, że ona – ona, nie ja – powinna była Kutzowi strzelić w tak zwany pysk. Powinna była zwyczajnie wstać i najmocniej jak tylko potrafi walnąć go w łeb. Najlepiej z taką siłą, żeby on spadł z fotela. Jestem głęboko przekonany, że nikt nie mógłby mieć do niej jakichkolwiek pretensji, nawet gdyby waląc go w mordę, nie płakałaby. Nawet gdyby robiąc ten cudowny i jedyny w swoim rodzaju zamach wykrzyknęłaby coś w stylu „Jak śmiesz, psie!” Jestem pewien, że w publicznej opinii, Jakubiak byłaby już wyłącznie bohaterem, choćby nawet całe sprzymierzone zło III RP wrzeszczało, że jest inaczej. Ten gest byłby zapamiętany na zawsze i już wiecznie funkcjonowałby w historii jako idealnie ludzkie, najczystsze, najbardziej sprawiedliwe i niezwykle bohaterskie wystąpienie prawdziwego wojownika. A co najważniejsze, Kutz wyglądałby przez tę krotką chwilę jak kompletny idiota. A więc jednocześnie, przez ten jeden krótki moment, byłby już tylko i wyłącznie człowiekiem. Starym, skończonym, na zawsze skompromitowaną kupą nieszczęścia. I niewykluczone, że nawet dla niego to by stanowiło jakąś szansę. Nawet gdyby miał jeszcze żyć choćby tylko jedną sekundę dłużej.

5 komentarzy:

  1. Uczlowieczyc Kazimierza Kutza?
    Daremny trud.

    Pozdrawiam
    anden

    OdpowiedzUsuń
  2. Małżeństwo Szpagina z Panią Neverdull

    Żołnierz w sytuacji nieprzewidzianej reaguje tak, jak został wyćwiczony, by reagował w nagłym wypadku. Dokładnie tym się różni żołnierz (marynarz, pilot) od tzw. człowieka, owej cywilnej niewytrenowanej miernoty pozbawionej podstawowych odruchów samozachowawczych potrzebnych w zderzeniu z Absolutną Nieprzewidywalnością.

    Dla wyszkolonego nie ma sytuacji, która „zaskoczyła go”; podobnie ma się rzecz dla dyplomaty, który dowie się najpóźniej na pierwszym szkoleniu, że nie ma przypadków. Są tylko niewyszkoleni amatorzy. Ach prawda, jest jeszcze jedna (ważniejsza jeszcze od nazwanych uprzednio) grupa ludzi, dla których nie ma przypadków; o tym za chwilę.

    Toyahu,

    samemu hartować swój stalowy charakter wolno; nie byłoby Twego bloga gdyby nie rycerski Autor, który nie chowa swej broni w szafie z ubraniami, jak jakiś Szwajcar. Jednak zapraszać Panie na wojnę - wspaniałe kobiety - wolno jednak według mnie tylko wtedy, gdy wcześniej skorzystały z szansy drylu zachowań koniecznych i właściwych wobec ataków złego. Ten strzał w pysk plującego jadem (nie pierwszy to raz; on ma wprawę) Kazimierza Kutza musi bowiem siedzieć w interlokutorce swobodnie, ale bez luzu, jak nabój w komorze, ZANIM jeszcze taki Kuc się rozbluzgawi. Jak nabój w komorze, gotowy do odpalenia. Natychmiastowa, dobrze wymierzona odpowiedź, trafiająca prosto w cel.

    Tym samym chciałbym odpowiedzieć krótkimi, żołnierskimi słowy Wielebnemu Donowi: tyle w nas mocy zmiany obecnego stanu, ile w nas siedzi treningu przygotowania na przyjście. Proszę Księdza o dalsze wspieranie nas, o przygotowanie nas na zaskoczenia, wobec których nie musi nikt z nas czuć się bezbronnym, pozbawionym celnej odpowiedzi. Powtórzę jeszcze raz: nie jest do końca prawdą, że nic nie możemy robić. Możemy ćwiczyć i hartować ducha na spotkanie – mówiąc językiem świeckim – nieprzewidzianych ewentualności.

    W takim przygotowywaniu nas, czekających na przyjście zmian - zmian jakich ucho nie słyszało a oko nie widziało - Wielebny świeci nam przykładem, urzeka talentem, pociąga wytrwałością i przekonuje zaangażowaniem. Dzięki za to wstawiennictwo.

    Oczywiście to do nas należy odebrać przesłanie i samemu kontynuować konieczny trening, przygotować się na ten jeden moment gdy trzeba będzie zachować się, jak należy. W chwili, gdy będzie trzeba opowiedzieć się za naszym wartościami, za życiem. W tej chwili, której nie będziemy mogli sobie tak łatwo obrać, jak pani Elżbieta Jakubiak, która znała i czas, i miejsce. A jednak nie przygotowała się.

    Niech jej czerń ubioru będzie przestrogą, że nie wystarczy zewnętrznie się przygotować. Ważne jest bowiem to, w nas. Same wyznawane wartości to mało; przemyślenia to nic, całe doświadczenie wewnętrzne to furda, jeśli nie jest ono życiem podparte, a konkretnie zachowaniem, które dopiero ćwiczone raz po razie wchodzi w krew.

    Toyahu, dziękuję Ci za podpowiedź skutecznego sposobu na wszystkie kuce i kopytne – zaczynać od przechodnia na ulicy, sąsiada w bloku, samego siebie.

    Faktycznie, kto potrafi odpowiedzieć pijanemu dziadowi, rozwydrzonemu młokosowi, zadufanemu blogerowi; kto potrafi im uświadomić ich naruszoną godność, ten i każdemu czytelnikowi bloga jest w stanie przekazać wezwanie do treningu. Popieram tę myśl – trenujcie, ćwiczcie! Najpierw szkolenie, potem walka.

    Panowie, do was też wołam. A może damy przykład, za toyahem, że nadajemy się do walki?

    Zagadka w tytule.

    No właśnie, co słychać u Pana Szpagina i Pani Neverdull? To dobre małżeństwo. Na razie śpiące, pod kartoflami, tuż obok zaostrzonych wideł i zwoju sizalowego sznura.

    Do czasu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie mam komentarza. Po prostu nie mam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Toyahu Twoje teksty na duchu mnie unoszą. Elu.J. Pierwsza szefowo gabinetu Najwspanialszego Prezydenta RP, posłuchaj, to do Ciebie: Toyah wie co mówi: Daj się zaprosić jakiemukolwiek wyznawcy salonowej poprawszczyzny: Pali-tuskowi, Kut(Skoczyl)asowi, KomorSikowi, Niesiograsiowi. Za najmniejszą obrazę naszych wartości, przywal w pysk, kobiecie przystoi

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.