poniedziałek, 18 marca 2019

Ucieczka z Krainy Grzybów


      Kiedy owo lewackie bydło zaczaiło się nocą na placu ks. Henryka Jankowskiego i wśród triumfalnie przybijanych „piątek” przewróciło jego pomnik, pomyślałem sobie, że nie tak mało jednak czasu musiało upłynąć zanim ciało księdza prałata ostygnie na tyle, by oni wszyscy mogli bezpiecznie podnieść swoje łby. Dziś jest już tak, że nie tylko Bogdan Borusewicz, ale i prof. Cenckiewicz publicznie głoszą, że i jego homoseksualizm i pedofilia i, jak najbardziej, współpraca Księdza ze Służbą Bezpieczeństwa były dla osób wtajemniczonych znane od wczesnych lat 80-tych, no i tylko ten nieboraczek Lechu Wałęsa idzie w zaparte i powtarza, że on w to co się mówi o Księdzu „nie może uwierzyć”. A ja się oczywiście zastanawiam, co się takiego stało, że szczególnie marszałek Borusewicz, który dziś chodzi po mediach i zdradza najdrobniejsze szczegóły występków ks. Jankowskiego, przez te wszystkie lata milczał jak zaklęty, a szczególnie wtedy, gdy obaj się z Księdzem ściskali i przekazywali sobie znak pokoju.
       I proszę sobie nie myśleć, że ja tu próbuję księdza prałata wybielać, czy wręcz sugerować, że to wszystko czego się dziś dowiadujemy to brudne plotki. Jako osoba mniej więcej od roku 1991 szczególnie podejrzliwa, zawsze twierdziłem, że gdy chodzi o niego, choć w żaden sposób nie jego jedynie, nie uwierzę, dopóki na jego rękach „nie zobaczę śladu gwoździ”. A zatem jestem pewien, że to co mówią Borusewicz i Cenckiewicz to najprawdziwsza prawda, tyle że wciąż mnie gnębi myśl, czemu oni się zrobili tacy odważni dopiero dziś, kiedy to pomnik Księdza właśnie runął.
     Ponieważ od tych zdarzeń minął już jakiś czas, ktoś może mnie zapytać, czemu i ja tak długo czekałem, by zabrać głos. Już odpowiadam. Przede wszystkim, nie uważałem, że w tym całym medialnym zamieszaniu i w sytuacji w gruncie rzeczy aż nazbyt oczywistej, komuś jest w ogóle potrzebny mój komentarz. Dziś natomiast się odzywam w związku z czymś znacznie moim zdaniem ciekawszym i bardziej też inspirującym, a mianowicie faktem, że oto między innymi BBC zakazało puszczania piosenek Michaela Jacksona, a to z tego względu, że jak się nagle „okazuje”, wszystkie te dzieci, które on sobie kazał sprowadzać do swojej posiadłości, były przez niego brutalnie, systematycznie i bez ograniczeń seksualnie wykorzystywane. I tu znów powstaje pytanie, jak to się stało, że to o czym tym razem już nie tylko osoby wtajemniczone, ale wręcz cały świat, wiedział doskonale i co ów świat w pewnym momencie zdecydował się potraktować jako zupełnie naturalny fragment owego egzotycznego krajobrazu znanego pod nazwą przemysłu rozrywkowego, nagle staje się światową sensacją i skandalem. Co ja mówię, świat wiedział? Świat to wiedział, ale też afirmował jako część owego mitu wiecznego dziecka, współczesnego Piotrusia Pana we współczesnym i jak najbardzie realnym Neverlandzie. Czemu? Bo to była cześć owej oferty, który przynosiła wcale nie byle jakie pieniądze... do czasu gdy się zaczęło robić na tyle niebezpiecznie, że trzeba to było w najbardziej brutalny, a więc jedyny dostępny, sposób przerwać i tego nieszczęśnika zabić.
    Od wczoraj próbujemy oglądać ów film – co daję słowo, nie jest łatwe – w którym, z najdrobniejszymi szczegółami, przez bite cztery godziny, ofiary Jacksona, wówczas zaledwie kilkuletnie dzieci, opowiadają, jak to się wszystko zaczęło i jak, w świadomości i przy zgodzie osób jak najbardziej dorosłych, niczym nie zakłócone, trwało, a ja próbuję wejść w emocje tych wszystkich osób, które nagle zaczynają się oburzać i krzyczą: „Stop przemocy seksualnej!”. I jestem pełen bardzo szczególnych refleksji.
    Ostatnio tu u nas zapanowała atmosfera walki o tak zwaną „wolność seksualną”, w ramach której władze Warszawy i Krakowa zapowiadają wejście w życie tak zwanej „Karty LGBT+”, tradycyjnie zorientowana część społeczeństwa natomiast przeżywa pojawiające się tu i tam obrazki, na których jacyś ufryzowani zboczeńcy czytają dzieciom bajeczki. Owa walka trwa w najlepsze, a ja sobie myślę, że gdzieś poza naszą świadomością dzieje się coś naprawdę ważnego, czego pierwszorzędnym symbolem jest zakaz grania piosenek Michaela Jacksona w BBC. Mam bowiem bardzo mocne podejrzenie, że to jest zaledwie początek i już niedługo świat nie wytrzyma i te wszystkie drag queens, a wraz z nimi cała ta straszna cywilizacja śmierci, zostaną przegonione na cztery wiatry. I kiedy ów świat wróci do względnej równowagi, my tutaj w Polsce jak zawsze pozostaniemy jak ci głupi z ręką w nocniku, którzy nie zorientowali się w porę, skąd i jakie wieją wiatry. Nie pierwszy zresztą raz i nie ostatni.
      I tylko pozostaje żal, że w koszta tego szaleństwa wliczyć trzeba będzie piosenki i nadzwyczajny muzyczny talent wielkiego, cudownego, niezastąpionego artysty, jakim był Michael Jackson.


6 komentarzy:

  1. W prawdziwość sprawy przypisywanej śp. ks. Jankowskiemu ja nie wierzę z tej przyczyny, że rozpowszechniane okoliczności szczegółowe są niesprawdzalne, a ich oceny są anachroniczne.

    Nie ma w tej sprawie potwierdzonych dowodów, są tylko poszlaki w dodatku nie tworzące spójnego łańcucha. Jedynym ich spoiwem jest zabobon stręczony przez lewactwo: „księża właśnie tacy są”. To jest tak prymitywne, że popieranie powinno przynosić wstyd każdemu, kto chce uważać się za rozumnego; uczciwości już tu nie wymagając.

    Jeśli się nie mylę (proszę ew. poprawić), dowody poszczególnych podejrzeń są wyłącznie z klasy wynurzeń #metoo. Świadectwo pochodzące wyłącznie od osoby podającej się dziś za ofiarę jest niczym, bowiem testis unus testis nullus. Taki materiał dowodowy nie wytrzymałby żadnej weryfikacji. Pewnie dlatego jej nie ma. W zamian produkuje się świadectwa wg metodologii „na wagę pod zabobon”.

    Nie wystarczy prymitywne pokrycie, że dane zjawiska były ukrywane, lub okryte milczeniem skrzywdzonych. Absolutnie nie dałoby się w ten sposób ukryć przejawów czynów będących licznymi, wielokrotnie i długookresowo powtarzanymi zawsze na skraju, o ile nie wręcz wobec szerokiej publiczności, którą zwłaszcza śp. ks. Jankowski stale był otoczony.

    Do tej publiczności otaczającej należy wliczyć także agenturę, a przynajmniej jednego z tych agentów znamy dziś po imieniu. Tacy mogliby spiąć te wszystkie #metoo w spójny łańcuch poszlak, ale widać nie mają czym spiąć. Dlatego świadectwa np. L. Wałęsy nie należy oceniać jako aktu jego niewiary w przypisywane czyny. To jest zeznanie świadka: „ jeśli się to działo, to musiałbym zauważyć, ale nie widziałem”.

    Osobnym oszustwem jest poleganie na anachronizmie dzisiejszych ocen codziennego zachowania tego, czy innych księży wówczas. Dzisiejsze pojmowanie jest zupełnie inne. Każdy, kto ma z 60+ lat (młodsi także) musi pamiętać, że dawniej od księży wymagano i oczekiwano od nich zupełnie innego podejścia do dzieci.
    W szczególności oczekiwano okazywania dzieciom serdecznej troski także w gestach. Kto twierdzi inaczej, kłamie. A kto według dzisiejszego, społecznego doświadczenia zepsucia nadaje tamtym gestom znaczenie seksualnie podejrzane ten kłamie podle.

    Podejrzenia oparte na logice, że to mogło się zdarzyć, ja odrzucam. Zdarzyć się może wszystko. Nawet coś, co się żadnemu lewakowi nie przyśni. Zdarzyć się może nawet niewinność ks. Jankowskiego, którego i tak jesteśmy i pozostaniemy dłużnikami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @orjan
      Może powinienem był to zaznaczyć, ale pisząc o moich podejrzeniach co do ks. Jankowskiego miałem na myśli wyłącznie zarzuty co do jego współpracy. Ja też nie mam powodu wierzyć jakiejś dziwnej kobiecie, która po 50 latach nagle sobie coś przypomniała.

      Usuń
    2. @toyah

      Jego rola polityczna, ta którą znamy, pozwala ustalić, że w celu jej wykonywania on musiał poruszać się pomiędzy światami. Dlatego był, czy nie był w tych esbeckich kartotekach, nie ma to w ogólnym rozrachunku większego znaczenia.
      Tak bowiem, czy inaczej, bez wątpienia zawdzięczamy mu przełom. Był jednym z jego ojców. Co myśmy potem z tą szansą zrobili i nadal robimy, to akurat nie on za to odpowiada.

      Widać zresztą, że na co, jak na co, ale na esbecką wdzięczność sobie nie zasłużył, co też jest jakimś świadectwem.

      Usuń
  2. Gdy zaś chodzi o śp. Michaela Jacksona i obecne #metoo w wykonaniu BBC, to również chcę zwrócić uwagę na bezczelny anachronizm. W owym czasie zachowania Michaela mogły uchodzić za nawet zbyt ekstrawaganckie, ale mieściły się w ówczesnym nurcie przyzwolenia.

    Jego ówczesne gesty i czyny odbywały się przy i właściwie przeznaczone były dla mediów. Żadną miarą nie można było przypisać tym czynom skrytości. Jeśli więc mamy dzisiaj oskarżać śp. Jacksona, to NAJPIERW należy zająć się ówczesnymi podżegaczami, prowokatorami, czy pomocnikami, a dopiero POTEM tym myszygene ambiwalentnego koloru.

    Obstawiam, że dałoby się takich bez problemu znaleźć w dzisiejszych mediach oskarżających, a pewnie także i to bez trudu w dzisiaj nobliwych składach sędziowskich. Możliwe nawet, że właśnie zajmują się wyprowadzaniem kozy.


    OdpowiedzUsuń
  3. @orjan
    Oczywiście. Przecież wówczas cały świat się emocjonował nieustannym powtarzaniem imienia Piotruś Pan.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @toyah

      Dlatego pytam, gdzie są ideolodzy i entertainerzy tego Neverlandu? Czyżby wszyscy uczciwie na HIV wymarli?
      Mam jakieś prowizoryczne wrażenie, że teraz kombinują przy LGBT i przy innych postępowych wynalazkach.

      Usuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.