poniedziałek, 19 stycznia 2015

Czy ktoś nas robi w trzy karty, czy to tylko sms?

Nie wiem, czy to wrażenie nie opuści mnie już nigdy, ale od dłuższego już czasu nie mogę przestać się dziwić, że są jeszcze rzeczy, o których jeszcze nie pisałem. Co mam dokładnie na myśli? Oto kończy się dzień, a ja zaczynam się zastanawiać, czy do jutra znajdę jeszcze w swoim sercu tę jedną refleksje, którą warto by się było podzielić, jednocześnie się nie powtarzając. No i ostatecznie, dzięki Bogu, najczęściej jakoś niemal rzutem na taśmę, udaje mi się wypatrzeć coś, co przynajmniej robi wrażenie świeżego. Często jednak dzieje się tak, że wracają już wyłącznie stare wątki, stare refleksje i dawno już wypowiedziane słowa, które nawet jeśli już się zapomniało, przez ową straszną wręcz powtarzalność historii, wracają i naprawdę nie jest prosto je zlekceważyć.
Oto wczoraj na blogu Coryllusa, któryś z komentatorów podesłał link z rozmową, jaką „Wyborcza” przeprowadziła z pracownikiem jednego z wydawnictw, którego, deklarowanym przynajmniej, zajęciem jest czytanie nadsyłanych fragmentów książek nieznanych autorów i ocenianie ich pod kątem ewentualnej publikacji, a dla zilustrowania rozmowy, opublikowała serię wybranych fragmentów owych fragmentów. Przeczytałem tę rozmowę, przejrzałem strzępy nadesłanej do wydawnictwa literatury i od razu przypomniała mi się inna publikacja tej samej „Gazety Wyborczej” sprzed lat, w której urządzono festiwal szyderstw z aplikacji o pracę, pisanych przez ludzi biednych, niewykształconych i zdesperowanych.
Ktoś mi powie, że tu akurat między jednym a drugim nie ma najmniejszego związku. O ile bowiem we wcześniejszym przypadku mieliśmy do czynienia z ludźmi autentycznie zdesperowanymi, z których wprawdzie zawsze można się pośmiać, ale którzy wystawili się na ten atak niejako z przymusu, tych tu akurat nikt nie zmuszał, by próbowali wchodzić w rywalizację z takimi gigantami współczesnej literatury, jak choćby zaprezentowany wczoraj tak znakomicie przez Coryllusa Zygmunt Miłoszewski. I ja nawet byłbym w stanie się z tą opinią zgodzić, gdyby nie coś, co bardzo ściśle łączy obie publikacje pod względem ujawnionego tu czegoś, co Anglicy określają przy pomocy słowa „attitude”. Otóż w jednym i drugim wypadku mamy do czynienia z pewnym typem spojrzenia na świat, który każdy normalnie wrażliwy człowiek w pierwszym odruchu ma ochotę rozbić w pył, następnie podpalić, a w końcu ten cuchnący popiół wrzucić do oceanu.
Co mam na myśli? Otóż chodzi mi o podejście i do świata i drugiego człowieka, manifestujące się w postaci najwyższej pogardy w stosunku do tych, którzy dali się złapać na nasze sztuczki. To z czym mamy do czynienia zarówno w przypadku tamtych aplikacji, jak i dzisiejszych fragmentów literatury stanowi rodzaj podłości zasługującej na karę najwyższą. Oto System najpierw stworzył mit, następnie go wypromował, w końcu kazał niewinnym, choć naiwnym ludziom w niego uwierzyć, a kiedy część z nich postanowiła zupełnie nieświadomie w tej zabawie uczestniczyć, wziął tych ludzi za uszy, postawił ich na samych środku miasta i urządził sobie i swoim sługom cyrk. I to jest zachowanie, które woła o pomstę do nieba.
Popatrzmy na ludzi rozsyłających w różne miejsca owe śmieszne aplikacje. Czemu oni to robią? Otóż robią to tylko dlatego, że chcą znaleźć jakąś pracę, a powiedziano im, że pierwszym warunkiem na jej otrzymanie jest napisanie CV. No więc piszą i ani im do głowy nie przyjdzie, że przede wszystkim, jeśli w ogóle ktokolwiek na tę ich pisaninę zechce zwrócić uwagę, to wyłącznie po to, by się z niej pośmiać, a po drugie wszystkie miejsca i tak już są zajęte przez tych, którzy niczego ani nie musieli pisać, ani już na pewno wysyłać. Najwyżej dali szwagrowi, mężowi sąsiadki, lub ojcu kolegi, apotem tylko odebrali telefon.
Podobnie jest tutaj. System pokazał, choćby na przykładzie takich literackich nieudaczników, jak wspomniany przed chwilą Miłoszewski, czy, parokrotnie już wcześniej, Karpowicz, Pilch, czy Stasiuk, naiwnym, a jednocześnie jakoś tam przedsiębiorczym ludziom, że każdy może zostać autorem książek, trzeba tylko wierzyć, że się ma coś do powiedzenia, no i próbować, próbować i próbować, i część z nich uznała, że czemu nie? Można spróbować. No i znów ani im do głowy nie przyszło, że jeśli ktokolwiek będzie czytał te ich historie, to tylko po to, by ostatecznie przy pierwszej lepszej okazji urządzić z nich pośmiewisko przed całym światem.
No i znów ktoś mi powie – niewykluczone, że to będzie ta sama osoba, która ostatnio nie może się przestać naśmiewać z tak zwanych „frankowiczów” – że nikt nikogo do niczego nie zmuszał, a poza tym, no jednak bez przesady – coś umieć trzeba. Otóż nieprawda. Jest właśnie tak, że nie trzeba umieć nic. Ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdybyśmy przeprowadzili dziś eksperyment polegający na tym, by kazać choćby owym setkom tysięcy urzędników zatrudnionych na wszystkich szczeblach państwowej administracji, by napisali CV, to byśmy mieli dokładnie tę samą, a kto wie, czy nie jeszcze wyższą frajdę, niż z tamtymi aplikacjami sprzed lat.
I nie mam też najmniejszej wątpliwości, że gdybyśmy przepisali pierwszą lepszą powieść pisarza Stasiuka, wysłali ją do pierwszego lepszego dużego wydawnictwa, ona nie dość, że by została przez wydawnictwo odrzucona, to jeszcze niewykluczone, że przy okazji takiej jak owa wspomniana przez mnie wyżej, wystawiona na publiczne szyderstwo. I z całą pewnością skutecznie. Czy dlatego, że ona na owo szyderstwo zasługuje? Oczywiście. Jak najbardziej. Ale nie tylko dlatego. Ona by została wyszydzona z tej prostej przyczyny, że w ostatnich latach ów szyderczy rechot jest jedyną niemal rzeczą, która wielu z nas została.
Czytam fragmenty opublikowanych przez „Wyborczą”, a odrzuconych przez wydawnicze sito książek, i daję słowo, że gdyby mi tego nie napisano jasno, nie wiedziałbym, czy to jest coś, co oni odrzucili, czy może wyznaczyli do publikacji. Nie mam pojęcia, czy ten jakiś bełkot, to nowa książka Olgi Tokarczuk, czy jakiejś Jadzi z Ursynowa. I jestem pewien, że tak naprawdę tego nie wiedziałby nikt, gdyby nie to, że System zawsze o takich rzeczach informuje bardzo głośno i wyraźnie. A gdyby ktoś potrzebował przekazu jeszcze jaśniejszego, to go z pewnością dostanie.
Zacząłem tę notkę od refleksji dotyczącej wrażenia, jakie mnie od pewnego czasu nie opuszcza, a sprowadzającego się do przekonania, że o wszystkim już kiedyś tu mówiliśmy. Tak też jest w pokazanym wyżej przypadku. Otóż jeszcze w roku 2012 opisałem przypadek pewnego amerykańskiego pisarza-amatora, który w drodze eksperymentu przepisał słowo w słowo powieść „Kroki” Jerzego Kosińskiego, książkę nagrodzoną National Book Award i sprzedaną w ilości 500 tysięcy egzemplarzy, a następnie rozesłał ją do 10 największych nowojorskich wydawnictw, w tym oryginalnego owych „Kroków” wydawcy, oraz do 10 najważniejszych w mieście agentów. I proszę sobie wyobrazić, że książka Kosińskiego została jednogłośnie przez wszystkich odrzucona, jak zbyt słaba.
Chuck Ross, ów cwaniak z lewym rękopisem Kosińskiego, poszedł ze swoją historią do mediów i zrobił z niej parodniowy news. Ktoś mi powie, że wydawnictwa się skompromitowały i że skompromitowali się nowojorscy agenci, nie poznawszy się na dziele wybitnym i uznanym zarówno artystycznie, jak i komercyjnie. Otóż to jest nieprawda. To nie oni się skompromitowali. Skompromitował się Ross, nie wiedząc, że ten cały Kosiński to zwykłe gówno, jak tysiące innych tego typu książek, które jednak wyłącznie przez to, że nie zostały zakwalifikowane do gry, mogą w najlepszym wypadku trafić do beczki śmiechu.
Bo prawda jest taka, że nie ma żadnego rynku, żadnej konkurencji, żadnych konkursów. Jest tylko propaganda, z której my ani nic nie rozumiemy, ani rozumieć nie musimy, bo chodzi wyłącznie o to, byśmy od czasu do czasu zrobili to, pomyśleli to, czy powiedzieli to, co dostaliśmy w starannie udekorowanej kopercie z bardzo precyzyjną instrukcją. To jest coś, co tak naprawdę nie różni się niczym od esemesa, który właśnie otrzymałem o następującej treści: „Wiola lub Adam przejmą Twoją NAGRODĘ, jeśli Ty zrezygnujesz. Kiedy ją w końcu odbierzesz? Odeślij darmowy sms OK i będzie Twoja. Gratuluję!” A oni nie różnią się niczym od tych, co te esemesowe akcje organizują. Jestem pewien, że i tam i tu od rana do wieczora trwa tak zwana balanga.

Jeśli ktoś szuka dobrej i uczciwej literatury, może oczywiście zajść do księgarni obok i ryzykować. Najbezpieczniej jednak byłoby wejść na stronę www.coryllus.pl i kupić sobie choćby moją książkę pod tytułem „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”. Jak mi ktoś znajdzie dziś na rynku coś lepszego, zwracam pieniądze.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.