czwartek, 22 stycznia 2015

Ogórek jak Tymiński, czyli o Marksie, który się pomylił

Nie bardzo już pamiętam, jaka była dokładnie frekwencja w prezydenckich wyborach w roku 1990, kiedy to Lech Wałęsa wystartował przeciwko Tadeuszowi Mazowieckiemu, ale o ile sobie przypominam lekko powyżej 60 procent. O ile nie zawodzi mnie pamięć, w tamtych wyborach, kiedy to napięcie polityczne było tak wielkie, że wydawało się, że cały naród ruszy do urn, by albo poprzeć ową ledwo co rozpoczętą niby-rewolucję, albo ją w proponowanym kształcie bezwzględnie odrzucić i wybrać nam na prezydenta Lecha Wałęsę, człowieka-symbol, człowieka-znak, człowieka-nadzieję, niemal 40 procent wyborców na tę całą cholerną politykę się wypięło i poszło oglądać telewizję – galerii handlowych jeszcześmy nie mieli. I ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że byli wśród nas i tacy, co już wtedy doskonale wiedzieli, że tu jeden jest wart drugiego i nie ma się czym emocjonować, jednak daję słowo, że owa atmosfera walki była znacznie, znacznie silniejsza, niż to co mamy teraz, choćby i w najbardziej drastycznych momentach. To była prawdziwa wojna. I naprawdę nie trzeba było oglądać telewizji i czytać gazet, ani nawet stać w owym zgromadzonym w katowickim Spodku tłumie, który tam przyszedł, by słuchać Wałęsy, jak obiecuje nowe otwarcie, by to wiedzieć. To były miesiące o takim poziomie politycznego napięcia, jakiego nie widzieliśmy nigdy wcześniej i już nigdy później. No i kiedy ogłoszono wyniki pierwszej tury, okazało się, że frekwencja wyniosła 60 procent.
Jak mówię, nie pamiętam dokładnie liczb, natomiast pamiętam tę atmosferę. Przede wszystkim, gdyby kierować się oficjalną propagandą, a również tym, co mogliśmy usłyszeć z ust naszych znajomych i znajomych znajomych, można było mieć pewność, że Tadeusz Mazowiecki zostanie prezydentem już w pierwszym rozdaniu. Propagandowy atak na Lecha Wałęsę, gdzie pokazywano go niezmiennie, jako durnia i wariata z siekierą, który Polskę cofnie do czasów najgorszej komuny, był tak mocny, że nawet dzisiejsze zadręczanie Jarosława Kaczyńskiego przez media robi wrażenie zwykłej spokojnej manipulacji, która, owszem, może irytować, ale w sumie jest jak najbardziej do zniesienia.
No i był jeszcze Tymiński, czyli słynny Stan z żoną i czarną teczką – tajemniczy biznesmen przybyły z dalekiego Peru, który tym, co już nie wierzą nikomu, obiecał autentyczną zachodnią demokrację i dobrobyt. Wbrew temu, co się dziś sądzi, to nie Wałęsa najwięcej obiecywał, ale właśnie Tymiński. A ja, powiem uczciwie, byłem tak mocno przekonany, że z tym Tymińskim to jakiś przekomiczny żart, że autentycznie nie potrafiłem pojąć, dlaczego on jest tak bardzo atakowany przez System. Co bowiem komu przeszkadzało jakieś nie wiadomo co, które nawet nie jest w stanie mówić po polsku bez akcentu. Że on się zachowuje jak czarny jeździec na koniu, który przynosi wybawienie, że jest taki tajemniczy i w pewien szczególny sposób przystojny, że obok niego wciąż tkwi owa milcząca i jeszcze bardziej niż on tajemnicza Peruwianka, że na stole jest ta czarna teczka, której zawartość zostanie ostatecznie odsłonięta? No i co z tego? W końcu nikt nie jest tak głupi, by się na coś tak prymitywnego dać złapać. No a mimo to, w pewnym momencie, kiedy do wyborów zostało zaledwie parę dni, niemal cała oficjalna propaganda już się nawet przestała skupiać na Wałęsie i zwróciła się w stronę owego Tymińskiego. A ja się wciąż zastanawiałem, czego oni się boją? Kogo?
No i to akurat już chyba wszyscy pamiętamy. Nadszedł powyborczy poniedziałek i okazało się, że Wałęsa dostał zaledwie niecałe 40 procent głosów, Mazowiecki jakieś 17 czy 18, natomiast drugie miejsce zajął ów biznesmen z Peru z ponad 20 procentami poparcia. Po zaledwie roku od dnia, kiedy Tadeusz Mazowiecki został premierem i przez wiele miesięcy notował wynik na poziomie ponad 90 procent, okazało się, że w Polsce nie znalazło się nawet 3 miliony osób, dla których on stanowić by mógł jakąkolwiek wartość i jakikolwiek wybór.
Po dwóch tygodniach mieliśmy drugą turę, gdzie frekwencja była jeszcze niższa, bo ledwie 50 procentowa i Wałęsa Tymińskiemu wlał bez żadnej dyskusji.
Czemu dziś mnie akurat wzięło na wspominanie zdarzeń sprzed 25 lat? Otóż powód jest bardzo konkretny, a sprowadza się do tego, że moim zdaniem polityczna sytuacja wobec nadchodzących w maju wyborów prezydenckich jest bardzo podobna do tamtej. Z jednej strony mamy większość społeczeństwa polityką kompletnie niezainteresowaną, z drugiej jednoznacznego faworyta, Bronisława Komorowskiego, z trzeciej kandydata zjednoczonej patriotycznej opozycji, Andrzeja Dudę, wedle wszelkich oficjalnych spekulacji, skazanego na oczywistą i ciężką porażkę, a gdzieś z boku tę lalunię o nazwisku Ogórek, wprawdzie nie z Peru, natomiast od ówczesnego Tymińskiego znacznie bardziej atrakcyjną, wykształconą, elokwentną i zdeterminowaną, by może owych wyborów nie wygrać, ale wziąć, co się da. I co najważniejsze, jak wiele na to wskazuje, mamy do czynienia z kimś, kto w odróżnieniu od Tymińskiego, nie jest wymysłem służb, które wymyśliły sobie, że wystawiając ją, odbiorą trochę głosu Dudzie, a już za chwilę mogą się zacząć bać, że to nie Dudzie ona sprawi niespodziankę, ale komuś kompletnie innemu i niespodziewanemu.
Ale jest coś jeszcze, na co nie mogłem nie zwrócić uwagi, a co mi bardzo dramatycznie przypomina czasy sprzed ćwierć wieku. Otóż każdy kolejny dzień przynosi kolejne dowody na to, że System Magdy Ogórek się boi i to boi się, jak jasna cholera. Kiedy czytam komentarze głównych reżimowych komentatorów, niemal fizycznie po drugiej stronie tej agresji – bo to już jest autentyczną agresja – widzę tamtego dziwnego człowieka z teczką. I oczywiście słyszę ten śmiech, widzę te szyderczo wykrzywione usta, zauważam oczywiście ten pozorny spokój i pewność siebie, a jednocześnie nie mogę przestać patrzeć na tę tak starannie wyszykowaną kobietę i widzieć Stanisława Tymińskiego – owego tajemniczego biznesmena z Peru, powstającego spod tego bezwzględnego i tak bardzo brutalnego ataku. Ale nie tylko o nim. Bo również o tych wszystkich ludziach, którzy oddali na niego głos w tamtych wyborach. Nie zamiast na Wałęsę, ale zamiast na Wałęsę i Mazowieckiego.
W tamtych wyborach – w pierwszej turze oczywiście, a nie w drugiej, która była już obciążona owym kompletnie obłędnym wyborem – Wałęsa otrzymał poparcie niespełna 40 procent głosujących i postarajmy się ten wynik docenić, choćby uwzględniając fakt, że to był naprawdę dopiero początek i nadzieje były znacznie bardziej rozbuchane, niż dziś. On dostał więc te swoje 40 procent i razem z Tyminskim wszedł do drugiej tury, gdzie go naturalnie rozniósł. To było 40 procent, ale wiemy, że nawet gdyby na Wałęsę zagłosowało 30, czy 25 procent, on i tak by do tej drugiej tury wszedł i ją wygrał z palcem w swojej dziurawej skarpetce. 25 procent w pierwszej turze. To naprawdę niewiele, ale wiele wskazuje, że więcej nie trzeba. Naprawdę więcej nie trzeba. Zastanówmy się więc nad tym i naprawdę kibicujmy im, żeby jeszcze bardziej się skupiali nad tym, żeby Magdę Ogórek niszczyć. Myślę, że nie zaszkodzi nawet aresztować jej męża, że już nie wspomnę o tym, że ktoś z nich, kiedy te wybory będą tuż-tuż wpadnie może na pomysł, by się wziąć bezpośrednio za nią. W końcu od czegoś ta prokuratura jest, prawda? To może zrobić odpowiednie wrażenie. A my te nerwy obserwujmy ze spokojem. Może być naprawdę ciekawie.
Stary Marks wymyślił w swoim czasie, że historia wraca w formie swojej własnej parodii. Nasze ostatnie doświadczenia wskazują, że tu on akurat się nie mylił. Jest jednak pewna szansa, że ten jeden raz się okaże, że parodia już była, a historia potrafi się również powtórzyć bez śladu uśmiechu.

Wszystkim polecam korzystanie z księgarni Coryllusa, oczywiście pod adresem www.coryllus.pl. Tam wciąż, w cenie zaledwie 15 zł plus przesyłka, jest do kupienia pierwszy wybór moich felietonów zatytułowany „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie”. Serdecznie zachęcam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.