piątek, 28 lutego 2014

Z ostatniej chwili: Atak prawicowej lemingozy

Prawo i Sprawiedliwość ani, jak wiemy, nie odzyskało jeszcze władzy, ani nie wiadomo nawet, czy System pozwoli mu ją odzyskać, jednak arogancja, z jaką ci, którzy jeśli do tego dojdzie, zaczną po Platformie odzyskiwać kolejne przyczółki, zaczynają się ostatnio zachowywać, już nawet nie poraża, ale wręcz przeraża. Oczywiście nie jest do końca łatwo przewidzieć, jaki będzie rozkład sił po prawej stronie sceny, jednak pewne prognozy można snuć, a tym samym zakładać, że środowiska tworzące dziś ofertę symbolizowaną przede wszystkim przez tygodnik „W Sieci” mogą mieć tu naprawdę dużo do powiedzenia.
Kto czyta ten blog i mniej więcej orientuje się w panujących tu nastrojach, wie, że ja już od wielu miesięcy, by nie powiedzieć lat, przestrzegam przed rodzajem nieuczciwości, jaki cechuje środowiska jak najbardziej prawicowe. Kiedyś nie (nomen omen) raz zwracałem uwagę na występki, w swoim czasie wręcz wieszcza polskiej prawicy, Rafała Ziemkiewicza, za co regularnie zbierałem cięgi od tych, którzy apelowali, by naszych nie ruszać, dziś jednak, kiedy po Ziemkiewiczu już nawet nie pozostało wspomnienie, nadal serdecznie namawiam, żeby uważać na przyjaciół. Zgodnie choćby ze starą zasadą, że z wrogami zawsze można sobie jakoś tam poradzić.
Oto ledwo co wczoraj, czy przedwczoraj, europoseł Platformy Obywatelskiej Jacek Protasiewcz narozrabiał po pijanemu na lotnisku we Frankfurcie, przez co stał się przedmiotem, nacierających ze wszystkich stron, zarówno szyderstw, jak i zwykłych pretensji. I kiedy wydawałoby się, że prawicowi publicyści nie mogą sobie wyobrazić bardziej prostego zadania, niż wyszukiwanie kolejnych powodów by Protasiewiczowi, a z nim całej Platformie, dokuczyć, na portalu wpolityce.pl ukazał się artykuł, w którym autor wykpiwa Protasiewicza z powodu jego rzekomej nieznajomości języka angielskiego.
Ja już parokrotnie na tym blogu apelowałem do osób przekonanych o swoich językowych kompetencjach, by może darowali sobie wyśmiewanie innych za to, że są słabi z języka angielskiego, z tego choćby prostego powodu, że oni sami mają wystarczająco dużo argumentów, by się wziąć za solidną naukę. Na nic. Nie ma bowiem praktycznie dnia, by nie pojawił się tu tu to tam kolejny specjalista od języka angielskiego, i nie zaczął się popisywać, jaki to z niego ekspert, zwłaszcza gdy chodzi o cudze umiejętności. No i tu, kiedy już nawet dziennikarze TVN24 uznali, że chyba jednak nie ma większego sensu „nabijać się” z Jarosława Kaczyńskiego, lub innych polityków Prawa i Sprawiedliwości, za to jacy oni są słabi z angielskiego, pałeczkę przejęli tak zwani „nasi” – w tym wypadku ludzie z portalu wpolityce.pl.
O co poszło? Otóż, wedle relacji samego zainteresowanego, kiedy niemiecki urzędnik celny powiedział do Protasiewicza „raus”, ten się oburzył i zwrócił się do Niemca złośliwie słowami: „Were you ever in Auschwitz”. Publicysta wpolityce.pl szydzi z Protasiewicza – zupełnie jakby nie miał żadnych innych argumentów, by się nad nim skutecznie poznęcać – że on językowo stoi poniżej poziomu elementary, gdzie każde dziecko wie, że się nie mówi Were you ever, ale Have you ever. Cały tekst, śmieszny od początku do końca, jak jasna cholera, i pełen wrzucanych jedna po drugiej językowych złośliwości – swoją drogą, nawet nie wymyślonych przez autora, ale znanych każdemu od lat – poświęcony jest tylko temu jednemu zagadnieniu: że oto idiota Protasiewicz nie zna języka, bo zamiast Have you ever, powiedział Were you ever.
Otóż rzecz polega na tym, że choć w istocie rzeczy bardziej poprawna gramatycznie jest forma Have you ever, nie zmienia to jednak faktu, że owo Were you ever akceptowalne jest jak najbardziej, a już zwłaszcza w sytuacjach ściśle praktycznych. Powiem więcej. Moim zdaniem, Protasiewicz, decydując się na rzadziej spotykane Were you ever, akurat tutaj wykazał pewną szczególną językową swobodę, którą ja osobiście byłbym skłonny nawet cenić. Bo to by akurat mogło świadczyć o tym, że on nie używa języka na zasadzie prezentowanej przez takiego Sikorskiego, który to co zapamiętał, to powie, a to czego nie zapamiętał, to ewentualnie spróbuje pokazać za pomocą miny.
Ale i to nie jest tu najgorsze. No bo przyjmijmy nawet wersję z punktu widzenia wymagań akademickich dla Protasiewicza niekorzystną, a więc tę, żę on za to Were you ever powinien być oceniony na dwóję. Otóż nawet jeśli tak, to wciąż to co zrobił Protasiewicz na lotnisku we Frankfurcie, a przecież i nie tylko, zasługuje na dziesiątki różnych szyderstw innych, niż czepianie się jakichś językowych lapsusów. A mimo to redakcja wpolityce.pl uznała za konieczne zająć się akurat tym językiem. Czemu?
Otóż ja mam tu pewne, moim zdaniem, bardzo solidne wytłumaczenie. Rzecz nie polega na tym, że ci durnie tak naprawdę nie są w stanie sformułować wobec Protasiewicza sensownych zarzutów, i w głębi duszy uważają, że z niego jest może nawet w porządku gość. To nie jest tak, że oni do Protasiewicza mają stosunek co najmniej obojętny, ale ponieważ nie lubią Tuska i wszystkiego co go otacza, muszą Protasiewiczowi dokuczyć. Nie jest też tak, że oni sami nie są nawet w stanie wyobrazić siebie w sytuacji, gdzie przez bezmyślne pijaństwo narażają się na kompromitację. Oni, moim zdaniem, każdy z nich tu akurat świetnie wie, jak to bywa, i wie, że Protasiewicz, tak się fatalnie odsłaniając, to bałwan. Dla nich jednak czymś znacznie ważniejszym jest to, że on, jak im się zdaje, nie zna języka angielskiego. To jest dokładnie to samo zjawisko, z jakim mieliśmy swego czasu do czynienia, kiedy to Janusz Palikot został, po raz pierwszy i tak naprawdę ostatni w życiu, szczerze i autentycznie wyszydzony przez reżimowe media, kiedy zamiast Greek, powiedział Greece, lub może odwrotnie.
Za tym ich zachowaniem bowiem stoi ów stary, nieznośny wręcz inteligencki kompleks na punkcie języka angielskiego. Oni świetnie zdają sobie sprawę z własnych tu ograniczeń, sami są przepełnieni nieustanną zazdrością w stosunku do tych, co ten język – choćby w ich pojęciu – znają, szczerze wierzą, że języki obce, podobnie jak owa mityczna „europejskość”, czy po prostu „inteligenckość”, to coś godnego najwyższego szacunku, i wciąż się potrzebują, na ile to tylko możliwe, pokazywać jako ci, którzy przynajmniej wiedzą, co jest naprawdę w cenie.
Oni tu się zachowują dokładnie tak samo, jak owe tyle razy wyszydzane przez nich samych „lemingi”, a więc ci z nas, którzy wszystko co sobie pomyślą i wszystko co zrobią muszą najpierw skonfrontować z jakimś autorytetem. Oni są dokładnie tacy sami, jak ci rzekomo wyjątkowo wrażliwi artystycznie recenzenci, którzy wiedzą, że film Krauzego o Smoleńsku jest niedobry, natomiast kolejne filmy Smarzowskiego, czy Pasikowskiego – jak najbardziej. Albo odwrotnie. Nie ma żadnej różnicy między nimi, a tymi z nas, którzy w życiu nie przyznają się do tego, że w piątki nie jedzą mięsa, bo to jest takie nieeuropejskie. Banda zakompleksionych durniów, czekających aż ktoś na nich łaskawie skinie palcem! Wielkomiejska inteligencja ze słomą wplątaną w zęby.
I to oni już niedługo, kiedy być może uda się odsunąć od władzy to zepsute do szpiku kości towarzystwo z Trójmiasta i okolic, będą tworzyć nasze nowe elity – polityczne, medialne i kulturalne. A wtedy Polska zobaczy, że jeśli oni czymś się różnią od całej tej nędznej reszty, to tylko tym, że gdy tamci się śmiali z Kaczyńskiego, to wiedzieli że kłamią; wiedzieli że ich problem polega na tym, że poza tymi jego rozczłapanymi butami i niezapiętym guzikiem, oni nie mają nic z czego można się pośmiać – „nasi” natomiast o tym że kłamią nie wiedzą. A wtedy, kiedy Polska to wszystko zobaczy, będziemy mieli koniec tak spektakularny, że się spod niego nie wygrzebiemy. I wtedy dopiero zobaczymy, jak wyglądają prawdziwe buce z Ruskiej Budy.

Już w przyszłym tygodniu oddajemy do druku nową książkę, tym razem o języku angielskim właśnie. I tam nie będzie ani szyderstw, ani tanich żartów. Oprócz ciułania na codzienne życie, zbieramy też fundusze na jej druk. Zachęcam więc do kupowania albo bezpośrednio u mnie, albo w księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl tego co już udało mi się wydać. Jeśli ktoś już jednak co mieć chciał, ma i więcej nie potrzebuję, proszę wspierać nas pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

5 komentarzy:

  1. Przeczytałam z dużym zainteresowaniem, bo ja też jestem noga z angielskiego, więc się przy okazji podkształciłam - za co bardzo dziękuję.
    A swoją drogą, te Protasiewicz to gość zupełnie nie z mojej bajki, ale... kiedy usłyszałam wczoraj we wiadomościach w Telewizji Trwam, jak on się tłumaczy, że jako Polak, kiedy słyszy "raus" to mu się zaraz kojarzy "hande hoch" czy tam "heil Hitler" - to jakże ja go rozumiem. My, Polacy wychowani w PRL-u na filmach wojennych, jak słyszymy "raus" to nóż nam się w kieszeni otwiera. Hasło "raus", odzew - "hande hoch":) No, taka już nasz tradycja. I nie będzie Niemiec pluł nam w twarz i dzieci nam germanił, ot, co! Az polubiłam tego Protasiewicza. Prawica powinna go teraz na swym łonie kołysać, a nie wyśmiewać nieznajomość angielszczyzny, bo normalnemu Słowianinowi to angielski naprawdę trudno do łba lezie. Pozdrawiam i przepraszam za brak "o umlaut". Tak na wszelki wypadek przepraszam, jakby się ktoś czepiał, że nie znam niemieckiego;)))

    OdpowiedzUsuń
  2. @Maria Orzeszkowa
    Jednak alkohol to potęga. Nawet z działacza Platformy Obywatelskiej potrafi wydusić odruchy z dzieciństwa.

    OdpowiedzUsuń
  3. In vino veritas - jak mówili starożytni Słowianie;)

    OdpowiedzUsuń
  4. @Maria Orzeszkowa
    Jeśli idzie o nich, wydawało mi się zawsze, że ta zasada nie działa. Weź takiego Niesiołowskiego: on im bardziej nawalony, tym bardziej kłamie.

    OdpowiedzUsuń
  5. No właśnie, tak to jest z tym niemieckim i nami. A przecież "raus" to łagodna forma, agresywna to "weg".

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.