Cały naród wspiera Józefa Bąka

Od kilku dni cała Polska żyje sprawą niejakiego Józefa Bąka, który – zupełnie niezależnie od skali problemu – tak się złożyło, jest synem Donalda Tuska, premiera rządu RP, i który – też zupełnie niezależnie od tego, że, jak to się złożyło, jest synem Premiera – wszedł w biznesowe relacje z pewnym bardzo podejrzanym towarzystwem. Gdyby ktoś, kto własnie znalazł się w Polsce zupełnie przypadkiem i nie miał bladego pojęcia, o jakim to szemranym towarzystwie jest mowa, powiem tylko że chodzi o interesy, za które w takich Stanach Zjednoczonych na przykład albo człowiek strzela sobie w łeb, albo z automatu idzie siedzieć na paręset lat do kozy. Historia zna odpowiednie przypadki. A więc, z jednej strony mamy cała kupę oszukanych na często bardzo ciężką gotówkę ludzi, a z drugiej owego Józefa Baka i jego kumpli. No a między jednymi a drugimi osobę Premiera, który, tym swoim tradycyjnie bardzo refleksyjnym tonem, kieruje do nas apel, byśmy się od niego i od jego rodziny odczepili.
W tej sytuacji, nie pozostaje mi nic innego jak opowiedzieć trzy historie – jak najbardziej autentyczne – dotyczące trzech osób, może nie tak wiekowo i biznesowo zaawansowanych jak wspomniany Józef Bąk, niemniej również próbujących się utrzymać na powierzchni zdarzeń.
Byłem niedawno w Warszawie na ślubie syna mojego kuzyna. Tak jak to się dzieje w przypadku ślubu, po nim jest wesele, a skoro wesele, to po weselu trzeba pójść gdzieś spać. Najczęściej do hotelu. Ponieważ jestem osobą ciekawą świata, uciąłem sobie pogawędkę z pewnym bardzo młodym człowiekiem, który w owym hotelu jest zatrudniony jako recepcjonista. Jest to otóż chłopak, który do Warszawy przyjechał z małej miejscowości w południowo-wschodniej Polsce, zaocznie studiuje tam administrację, a w ciągu tygodnia siedzi w tej recepcji. Kiedy przyjechałem do wspomnianego hotelu, była sobota i godzina 15.00. Już w trakcie wesela, a więc późno w nocy zobaczyłem, że on tam wciąż siedzi i nieco przysypia. Zapytałem więc, jak się układa jego czas pracy. Powiedział mi ów chłopak z małej miejscowości w południowo-wschodniej Polsce, studiujący zaocznie administrację w Warszawie, że on tam jest od ósmej rano, pracę kończy o 8.00 kolejnego ranka i bardzo jest zadowolony, bo następnym razem będzie musiał być na miejscu dopiero w poniedziałek o 16.00. Zadowolony, bo niekiedy jest tak, że on musi wracać do pracy o 16.00 tego samego dnia. Ile za tę pracę dostaje? 1300 zł. Jakieś umowy? Zwyczajnie. Śmieci. Ma jeszcze rodzeństwo. Brata i siostrę. Oni też się uczą i pracują. To tu to tam.
Oto bardzo zdolna, ambitna i chętna do pracy absolwentka biotechnologii. Po roku bezskutecznego wysyłania do wszystkich możliwych miejsc swojego CV, otrzymała propozycję udziału w miesięcznym treningu w pewnej renomowanej krakowskiej firmie zajmującej się badaniem DNA, z zapewnieniem ewentualnego zatrudnienia. Przez ten miesiąc zdobyła pewne doświadczenie i wydała kilkaset złotych na dojazdy. Mimo tego, że już po paru dniach okazało się, że sposób działania owej firmy polega na korzystaniu z pracy takich jak ona, za darmo, bez jakichkolwiek umów i socjalnych zabezpieczeń, z ewentualną obietnicą jakichś parusetzlotowych śmieci w przyszłości. Z tego co można zobaczyć dziś, żadnej propozycji nie będzie. Nie trzeba. Na biurku piętrzą się kolejne podania chętnych do treningu.
Wreszcie trzeci przypadek. Oto chłopak. Niezwykle inteligentny i zdolny, znający w stopniu zaawansowanym trzy języki, wciąż studiujący, udał się w te wakacje do Coventry. Znalazł pracę w magazynie w jakimś większym sklepie. Właściciel sklepu płaci mu siedem funtów za godzinę, oferuje pełne ubezpieczenie i obsługę socjalną. Już we wrześniu, jak się dowiaduje, przysługiwać mu będzie tygodniowy płatny urlop. Chłopak bardzo kocha Polskę. Bardzo tęskni i nie może się już doczekać aż wróci do domu i na studia na uniwersytecie. W zeszłym roku pracował jako bileter w kinie. Płacono mu pięć złotych za godzinę, co oznaczało, że kiedy na przykład w minione święta przedzierał te bilety przez 10 godzin, za tę pracę dostał równo 50 złotych. Oczywiście, wciąż nie posiada jakiegokolwiek konta w ZUS-ie. We wrześniu wraca do Polski i, jak mi mówi, czuje pewien niepokój.
Oglądałem dziś konferencję prasową premiera Donalda Tuska. Żeby nikt nie miał żadnych wątpliwości, pan premier już na samym początku oświadczył, że bardzo kocha swoje dziecko i jako ojciec nie pozwoli, by mu się stała jakakolwiek krzywda. A ja jestem pewien, że nie kłamie. Tu akurat nie kłamie.

Powyższy tekst opublikowałem wczoraj na swoim blogu w Salonie 24 i w odpowiedzi na niego otrzymałem komentarz od pewnego internauty zaczynający się od pytania: "To źle że pracują?", a dalej wyjaśniający nam, że młodzi ludzie bardzo lubią pracować na tak zwanych umowach śmieciowych, bo w ten sposób zarabiają więcej. I to jest własnie kapitalizm o który walczyliśmy. I tak dalej. Na to zgłosił się zaprzyjaźniony z nami Janek Mucha z Kanady z refleksją taką oto, że ileż to lat musi jeszcze upłynąć zanim oni się zorientują, że coś ich dusi. Swoją odpowiedź powtórzę tutaj: Nastąpi to w dniu, kiedy podobne kartki jak na oddziałach Amber Gold, z informacją, że punkt jest nieczynny do odwołania, pojawią się też w galeriach handlowych. A już niezależnie od wszystkiego, proszę wszystkich o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Bez tego, równie dobrze mogę się zwinąć. Na dobre. Dziękuję.

Komentarze

  1. Toyahu,
    Jesli ten chlopak w Coventry to Twoja rodzina bardzo chetnie sie z nim skontaktuje.Moze trzeba w czyms pomoc,mieszkam niedaleko.
    Masz moj e-mail.pzdr

    OdpowiedzUsuń
  2. @tobiasz11
    Dziękuję za życzliwość. Na razie wszystko gra. Co do maila, już Ci kiedyś o tym pisałem, ale chyba nie zauważyłeś. Twój mail mi się gdzieś zagubił. Czy możesz do mnie napisać?

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Czy Rafał Trzaskowski zaprosi Miley Cyrus na uroczyste otwarcie nowej oczyszczalni ścieków?

"Für Deutschland", czyli o metodzie skutecznego uprawiania polityki

A więc Trump, czyli białe Święta?