sobota, 6 czerwca 2009

Punk's Not Dead

Właśnie się dowiedziałem, że plotki, które do mnie dochodziły od jakiegoś czasu, jakoby artysta Bob Geldof miał wystąpić ‘za friko’ gdzieś w Katowicach, potwierdziły się. Geldof wystąpił wczoraj właściwie niemal pod moim domem i muszę uczciwie potwierdzić fakt, że pokaz sztucznych ogni był imponujący. Wiadomość o występie Geldofa od samego początku była dla mnie średnio interesująca. Jeśli zwróciłem na nią uwagę, to wyłącznie na takiej samej zasadzie, jak miałoby to miejsce w wypadku przyjazdu do Katowic… ja wiem? Może kolejnego wcielenia zespołu Deep Purple. Chociaż nie. Deep Purple mieli przynajmniej pięć wybitnych piosenek. Bob Geldof – jedną. I to wybitną wyłącznie w sensie umownym. Mam tu na myśli kawałek zatytułowany I Don’t Like Mondays, który Geldof nagrał jeszcze w roku 1979 ze swoim zespołem The Boomtown Rats.
Jeśli się zastanowić nad fenomenem Boba Geldofa, należy dojść do wniosku, że w całej historii najbardziej szeroko potraktowanej kultury pop, on akurat pod jednym względem zajmuje miejsce czołowe. Nie sposób bowiem znaleźć wykonawcę, który, z jednej strony, byłby artystycznie tak beznadziejnie nieutalentowany, a jednocześnie osiągnął tak niezwykły sukces na poziomie powszechnej rozpoznawalności. W swoim artystycznym życiu osiągnął Geldof tyle, że w młodości założył niby-punkowy zespół, który w gruncie rzeczy faktycznie przestał istnieć zanim powstał, i napisał tę jedną (słownie – jedną) piosenkę, której jedyną wartość stanowiła opisana w niej historia i której nawet sam tytuł nie został wymyślony przez Geldofa, lecz przez tę opętaną dziewczynkę z San Diego, która w więzieniu dla kobiet w Chino akurat czeka na swoją kolejną szansę wcześniejszego wyjścia na wolność. Reszta, to już czysty piar. Jeśli dziś Geldof jest gwiazdą, to wyłącznie w umysłach najbardziej zatrutych swoją tzw. inteligenckością uczniów i studentów. I kiedy stoi on od czasu do czasu obok swojego kumpla Bono, podczas jednej z kolejnych imprez dobroczynnych, to nawet w tym marnym przecież towarzystwie, artystycznie wciąż pozostaje nikim.
I oto on właśnie, Bob Geldof, wystąpił wczoraj w Katowicach na darmowym koncercie w centrum miasta, z okazji dwudziestej rocznicy wyborów roku 1989. Jak czytam dziś w Internecie, na koncert przyszło zaledwie około dwóch tysięcy osób. I to jest dla mnie wiadomość z jednej strony zaskakująca, a z drugiej niezwykle miła. Zaskakująca dlatego, że ja się od pewnego czasu bardzo martwię tym, że potęga czegoś co się nazywa ‘polityczny marketing’ stanowi ostatnio w naszej Polsce nieszczęście absolutnie nie do przejścia. Według wszelkiej dostępnej logiki, na koncert Boba Geldofa powinno było dziesięć tysięcy, dwadzieścia tysięcy ogłupiałych wyznawców silikonu, że uprzejmie nawiążę do wspomnianej już, słynnej piosenki Geldofa. Tymczasem przeszło ich zaledwie paręset (te dwa tysiące, jak znam życie, to jest dokładnie taka sama prawda, jak frekwencyjna porażka czwartkowej manifestacji Solidarności). I teraz wiadomość dobra, która właściwie wynika bezpośrednio z tego wcześniejszego zaskoczenia. Nie jest źle. Okazuje się, że zdrowy rozsądek wciąż jest w przewadze i – jeśli mogę sobie tu pozwolić na zabieg czysto symboliczny – wszystko wskazuje na to, że prawdziwy punk, to wciąż Johnny Rotten, a nie ten dupek Billy Joe Armstrong. Kto wie, czy jutro się o tym nie przekonamy z większym hukiem, niż możemy się tego spodziewać jeszcze dziś.
Na koniec pragnę zaapelować do Administracji mojego Salonu, żeby zechciała uprzejmie nie traktować tego mojego dzisiejszego wpisu, jako próby złamania ciszy przedwyborczej. Wszystko jest w jak najlepszym porządku. A zwłaszcza już od 20 października 2007 roku, kiedy to Gazeta Wybiorcza umieściła na swojej tytułowej stronie wesoły – i całkowicie oczywiście niewinny – apel „Głosuj dziadu”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.