Wspominałem
już tu o tym jak to na pierwsze, wówczas jeszcze zaledwie plotki o tym, że
Donald Tusk planuje wrócić do Polski i wziąć za twarz całą opozycję, a kto wie,
czy nie przygotowywać się do wyborów prezydenckich w roku 2025, pomarkotniałem.
I nie chodziło mi broń Boże o to, że jemu jedno, lub drugie, a kto wie, czy nie
oba zamierzenia z sukcesem wypalą, ale miałem na myśli to, że sama jego
obecność tak zepsuje nasze powszechne nastroje, że zwyczajnie stracimy ochotę
do życia. Bałem się, że te jego nieustanne telewizyjne występy, te konferencje
prasowe, te jego słynne do porzygania gadki, sama ta, tak dobrze nam znana,
kłamiliwa twarz i te oczy klasycznego złodzieja tak zdominują naszą polityczną
scenę i staną się tak nie do wytrzymania, że cała Polska będzie go wręcz błagała
by zniknął raz na zawsze... a on ani nie drgnie. Tego się bałem.
Co gorsza, nie
widziałem przy tym żadnego sposobu, by ten jego ewentuualny powrót w jakiś
sposób zneutralizować, by uruchomić choćby jakąś potężną polityczną kampanię,
która sprawi, że on straci przynajmniej część tego strasznego rezonu i przez to
stanie się choćby trochę bardziej znośny. Odwrotnie, wiedziałem na sto procent,
że cokolwiek zrobimy, Donald Tusk pozostanie sobą w tym podstawowym, i w
gruncie rzeczy jedynym, wydaniu, z tego prostego względu, że, jak wszyscy
wiemy, on od dobrych dziesięciu lat, a kto wie czy nie więcej, nie jest
człowiekiem w powszechnie przyjętym rozumieniu tego słowa. Donald Tusk to coś z
czym nie może się równać ani Borys Budka, ani Kidawa-Błońska, ani Rafał
Trzaskowski, ani Michał Szczerba, ani nawet Lech Wałęsa, który chyba
najbardziej z nich robi wrażenie kosmity. Donald Tusk to plazma, do której nie
wiadomo nawet z której strony podejść.
I oto w końcu
wrócił i wszystko potoczyło się zgodnie z naszymi obawami. Ale stało się coś
jeszcze. Oto ktoś zatrudniony w publicznej telewizji, a nie wykluczam że był to
sam Jacek Kurski, wpadł na pomysł, by cokolwiek Donald Tusk powie, zrobi, czy
choćby nic nie powie i niec nie zrobi, ale pokaże te swoje oczy, ów gest
komentować w jeden jedyny sposób, a więc przez możliwie jak najczęstsze odtwarzanie
słynnego już dziś „für Deutschland” oraz pokazywanie jego nerwowo zaciśniętej
pięści. I tylko tyle. „Für Deutschland” i te nerwy. Od rana do wieczora. Co
godzinę. Ile razy nadarzy się okazja. Zauważyłem że w tym szaleństwie jest
bardzo wyraźna metoda i się zachwyciłem. Może nie od razu, ale w pewnym
momencie, gdy zobaczyłem, że to się już nigdy nie skończy, że ktoś podjął
decyzję, by to trwało wiecznie, zdałem sobie sprawę z tego, jak mistrzowskie to
było posunięcie. Żadnej dyskusji z plazmą, żadnych argumentów, żadnych prób
wyjaśniania Bogu ducha winnym telewidzom wszelkiego rodzaju niuansów: „Für
Deutschland” i ta pięść. W pewnym momencie doszo do tego, że siedzieliśmy tu
przed telewizorem, oglądaliśmy codzienne Wiadomości i tak już zupełnie dla żartu
zabwialiśmy się w prognozowanie, czy owo „für Deutschland” pojawi się za
minutę, czy dopiero za dziesięć. A potem
niezmienie następowało gromkie „Jest!”
W czym rzecz.
Otóż ja od samego początku wiedziałem również, że Donald Tusk, nawet jeśli nie
ogłąda Wiadomości TVP, to doskonale wie, jak tam został sportretowany.
Prawdopodobnie też się zorientował, albo ktoś mu powiedział, że nie ma co
liczyć na merytoryczną dyskusję, w której sam miałby jakieś – niewielkie
wprawdzie, ale jakieś – szanse. Będzie wyłącznie owo „für Deutschland” i
zbliżenie na tę zaciśniętą, drżącą ze zdenerwowania pięść. On to wiedział, a ja
z kolei wiedziałem, że przyjdzie moment kiedy on tego nie wytrzyma i zrobi coś,
czego już mu nikt nie wybaczy.
No i stało
się. Nie wytrzymał. Zamiast siedzieć cicho jak mysz pod miotłą i udawać, że o
niczym nie wie, odezwał się i wyszydził czterech polityków Prawa i
Sprawiedliwości za to tylko, że mają niemieckie nazwiska. Ja oczywiście nie
sugeruję, że nie ma takich, którzy mu w tym momencie przyklasnęli i uznali że
ten Tusk to jednak pierwsza liga. Ci będą zawsze, nawet wtedy gdy o Donaldzie
Tusku wszelkie wspomnienie zaginie. Chodzi mi o to, że decydując się na
komentarz pod adresem owej złośliwości rządowej propagandy, okazał on słabość.
Pokazał że nie do końca jest plazmą, ale gdzieś tam w nim tkwią jakieś resztki
człowieka.
A ja teraz mam już
tylko nadzieję, że państwowa propaganda nie wda się z Donaldem Tuskiem w
dyskusję, kto tu jest większym chamem, czy w jaki sposób zarzucanie komuś zdrady
narodowych interesów jest bardziej sensowne od wyśmiewania się z czyjegoś
nazwiska. Mam naprawdę wielką nadzieję, że nie będzie dnia, gdy w Wiadomościach
TVP nie zobaczymy Donalda Tuska gdy ten najpierw mówi „für Deutschland”, a
potem wyciska to gówno z dłoni. Mam nadzieję, że oni to będą pokazywać tak długo
aż on albo w cholerę wyjedzie stąd gdzie pieprz rośnie, albo napisze na
Twitterze coś jeszcze bardziej niedorzecznego, albo – i to by było najlepsze –
zwyczajnie rozbierze się do majtek na samym środku tak zwanego Monciaka,
zacznie drzeć mordę, i zostanie zabrany przez wezwane przez wiecznie tam
obecnych wczasowiczów pogotowie. Jakiś biedaczek zadał sobie trud i obliczył, że od czasu gdy Donald Tusk wygłosił swoje orędzie
@toyah
OdpowiedzUsuńTwoja obserwacja wygląda na trafne:
"... się zorientował, albo ktoś mu powiedział, że nie ma co liczyć na merytoryczną dyskusję, w której sam miałby jakieś – niewielkie wprawdzie, ale jakieś – szanse. Będzie wyłącznie owo „für Deutschland” i zbliżenie na tę zaciśniętą, drżącą ze zdenerwowania pięść."
Tymczasem D.Tusk po prostu potrzebuje polemicznego starcia, w którym zostanie potraktowany jako merytoryczny a równorzędny przeciwnik. Jednak ma on w tym kierunku istotny niedobór kwalifikacji. Bo niby w czym on mógłby być merytoryczny? W opowieściach znad unijnej rzeki, czy w zaciskaniu tych pięści, czy w swoich wewnątrzpartyjnych czochraniach się?
"Już był w ogródku, już witał się z gąską", gdy J.Kaczyński wspomniał, że mógłby debatować pod warunkiem uprzednich, a określonych przeprosin. Och, jak skoczyła wtedy platformiana adrenalina! Jednak u D.Tuska zaciśnięte pięści (tzn. bezczelność) przeważyły, z wiadomym skutkiem, nad wyczuciem własnej potrzeby. osiągnął tyle, że postulat debaty, jako ew. polityczny niewybuch, został chyba już ostatecznie rozbrojony i D.Tusk odrzucający warunki nie jest już wystarczająco poważnym zawodnikiem w debatowe szranki (rycerzem nigdy nie był).
Natomiast co do tych niemieckich nazwisk, to D.Tusk (historyk!!!) popisał się brakami swojej wiedzy o Polsce. W Polsce bowiem nie jest Niemcem ten, kto ma niemieckie nazwisko, ale ten, kto nie chce być Polakiem.
No, ale D.Tusk, jak każdy, sądzi według siebie.