poniedziałek, 25 lipca 2016

John i Yoko gośćmi Światowych Dni Młodzieży

Z przyczyn różnych, a wśród nich pewnie najważniejsza jest ta, że młodzieżą nie jestem od wielu już lat, swój udział w Światowych Dniach Młodzieży ograniczyłem do samego obserwowania czy to owego niezwykłego uniesienia, czy równie niezwykłej liczby wprost najpiękniejszych dziewcząt, jakie można sobie tylko wyobrazić, a które mijam w tych dniach codziennie, gdy chodzę ulicami mojego miasta. A więc takie to są te moje Światowe Dni Młodzieży. Owa radość i te prześliczne dziewczęta.
To jednak, co pewnie zapamiętam na długie lata, to dwa wydarzenia, jedno radosne, drugie trochę mniej. Pierwsze z nich miało miejsce zaledwie przedwczoraj, kiedy wyprowadzałem psa na późnowieczorny spacer. Wracaliśmy już do domu, kiedy parę kroków stąd natknęliśmy się na rozbawioną grupkę chłopców i dziewcząt. Ponieważ mój pies to labrador, a labradory mają w sobie to coś, co ludzi raczej przyciąga, niż odpycha, zostaliśmy natychmiast zaczepieni i wywiązała się rozmowa. Okazało się, że te dzieci przyjechały do nas aż z Francji, no i właśnie wracają z uroczystości na katowickim lotnisku. Jeden z chłopców najpierw spytał „is hi danżeres?”, a kiedy się dowiedział, że absolutnie nie, to już tylko koniecznie chciał wiedzieć, jak się po polsku zwraca do psa, by usiadł, a ja ich nauczyłem słowa „siad”. No i się zaczęło. Wszyscy ci Francuzi zaczęli do mojego psa krzyczeć „siad”, niestety ponieważ okazało się, że on nie toleruje obcych akcentów, nic z tego nie wyszło. No ale było bardzo przyjemnie, pogadaliśmy troszeczkę, na koniec się uściskaliśmy, pomachaliśmy do siebie i tak się owo spotkanie zakończyło. A ja, przepraszam bardzo, ale nie mogłem nie pomyśleć sobie, że to jest coś absolutnie niezwykłego spotkać niemal pod domem tu w Katowicach grupę młodych katolików z Francji i widzieć, jacy oni są szczęśliwi i spokojni, bo wiedzą, że jedyne „danżeres”, jakie dziś mogą sobie wyobrazić, zostawili daleko za sobą, gdzieś w Paryżu, Lyonie, czy w Lille.
Drugie zdarzenie – a chronologicznie tak naprawdę pierwsze – które zapisało się w mojej pamięci, miało miejsce jeszcze w piątek podczas spotkania, o jakim już tu wspominałem, z czytelniczką z Niemiec. Kiedy tak siedzieliśmy i sobie gawędziliśmy o różnych sprawach, obok nas przechodziły kolejne grupki owej niezwykłej młodzieży, która w tych dniach zjechała do nas z całego świata. I oto w pewnym momencie jeden z tych chłopców usiadł na ulicy z gitarą, reszta utworzyła wokół niego kółko, on zaczął śpiewać piosenkę… tak, zgadliście Państwo – „Imagine” Johna Lennona, a oni mu zawtórowali. Po Lennonie przyszedł Paul McCartney i to jego cholerne „Let It Be”, ja jednak już nie byłem w stanie się na tym skupić, bo wciąż miałem w oczach widok tych dzieci, a w uszach tych parę słów „…and no religion, too”.
W tej sytuacji, specjalnie dla nich, zamiast złośliwego komentarza o tym, jak to wszystkie nasze dzieci, i to niezależnie od długości i szerokości geograficznej, są tak samo piękne, jak i głupie, chciałbym przypomnieć rozdział z mojej książki o rock and rollu, poświęcony właśnie piosence „Imagine”, troszeczkę dziś przeze mnie poprawiony, tak by brzmiał możliwie jak najlepiej. Zapraszam:


Ponieważ zajmujemy się tu artystami, którzy w ten czy inny sposób tworzą historię, wypadałoby też pewnie wspomnieć o kilku przynajmniej piosenkach, które ową historię stanowią, i to nawet jeśli niekiedy w sposób wyjątkowo irytujący. Weźmy takie „Imagine” Johna Lennona. Ktoś spyta, cóż takiego można napisać o piosence, której artystyczny, oraz intelektualny wymiar opiera się na następującym przekazie:

Wyobraź sobie, że nie ma państw
To wcale nie jest takie trudne
Ani zabijania, ani umierania
I religii nie ma też
”.

Myślę że można, tyle że trzeba się wspomóc czymś znacznie od tego czegoś poważniejszym. Film Rolanda Joffe – tego od „Misji” – zatytułowany „Killing Fields’, jak ci, którzy mieli go okazję oglądać, wiedzą, traktuje o komunistycznej rewolucji w Kambodży. „Killing Fields” to film znakomity. Bardzo poruszający, a w niektórych momentach tak okrutny, jak okrutny był ów szczególny projekt człowieka nazwiskiem Pol Pot. To jednak, co na mnie osobiście zrobiło tam wrażenie największe, to scena, która właściwie film zamyka. Lub może jeszcze inaczej. Scena, która następuje po tym, kiedy już wszystko się kończy.
Otóż jesteśmy już poza ostatnią sceną z filmu, siedzimy wbici w fotele, nie potrafimy ani nic powiedzieć, ani nawet mrugnąć okiem, i oto zaczynają płynąć dźwięki tej piosenki. Piosenki, która przez tyle lat była symbolem tego wszystkiego, co w muzyce pop najpiękniejsze i najbardziej wybitne. Ale też symbolem tego, czym dla wielu muzyka pop jest nawet i dziś – mianowicie przesłaniem miłości, pokoju i przyjaźni. Otóż film Rolanda Joffe kończy się piosenką Johna Lennona ‘Imagine’.
Jak mówię, cały film jest wart obejrzenia, a każda jego scena odpowiedniego przeżycia, natomiast to, co Joffe postanowił zrobić Lennonowi na koniec swojego filmu, stanowi przykład tak cudownie brutalnego szyderstwa, że reakcja na nie może być tylko dwojaka. Z jednej strony, nieskończony podziw, a z drugiej zazdrość, że nikomu z tych, którzy przecież nie od dziś wiedzą, z jakim to umysłem mają do czynienia, nie udało się pokazać tego, czym jest komunizm i co on potrafi zrobić z człowiekiem… no, może faktycznie, nie do końca intelektualnie sprawnym, niemniej jednak – człowiekiem.
Nie mam zamiaru tłumaczyć tu, w jaki sposób eksperyment, jaki Pol Pot przeprowadził na swoim narodzie, stanowił modelowy przykład komunistycznej rewolucji, ani tym bardziej też nie mam ochoty wchodzić w szczegóły tego strasznego eksperymentu. Nie planuję też opowiadać, co takiego John Lennon postanowił przekazać światu w swoim wielkim przeboju, i w jaki sposób ów przekaz sprowokował Rolanda Joffe do tego, by zamykając swój film, w tak okrutny sposób wykorzystać ten szczególny popis nie tyle artystycznego – bo co by nie mówić, John Lennon jakimś tam artystą przynajmniej od czasu do czasu był – co ludzkiego geniuszu tego nieszczęśnika. Zakładam, że skoro już ktoś uznał za stosowne czytać te słowa, to i jedno i drugie albo wie beze mnie, albo jest w stanie sobie wszystko skutecznie sprawdzić.
Pisząc ten tekst bowiem, mam na uwadze nie tyle prokomunistyczne obsesje jego twórcy i jego słynnych sympatyków, lecz relacji między nami, tak zwanymi konsumentami sztuki, a sztuki tej dostarczycielami.
Rzecz jest w tym, że ja od wszelkiego typu artystów – czy są nimi aktorzy, piosenkarze, muzycy, czy nawet i literaci – wymagam jednego: żeby każdy z nich mnie bawił, wzruszał, lub zachwycał pod względem czysto estetycznym. Z mojego punktu widzenia, rola artysty powinna się właśnie sprowadzać do tych, i tylko tych, paru elementów. Gdy idzie o Andrzeja Wajdę, czy Daniela Olbrychskiego, czy nawet Rolanda Joffe, lub Roberta deNiro – tak znakomicie się ukazującego we wspomnianej na początku ‘Misji’ – ja nie mam w stosunku do nich żadnych innych wymagań, jak tylko te związane z tym, co oni robią w ramach swojej działalności zawodowej. Powiem więcej, mam bardzo mocne przekonanie – którego do dziś zresztą nie udało mi się do końca zracjonalizować – że artyści akurat stanowią tę grupę społeczną, od której, na poziomie pozaartystycznym, wymagać akurat należy znacznie mniej niż od innych. A jeśli tak się zdarzy, że któryś z nich mnie miło zaskoczy – tym lepiej i dla mnie i dla niego.
I oto przed nami dwóch twórców. Z jednej strony, reżyser filmowy Roland Joffe, a z drugiej, piosenkarz i kompozytor John Lennon. Jakim człowiekiem po wyjściu ze studia nagraniowego był John Lennon, wiem aż nazbyt dobrze. Z tego co zdążyłem przez wszystkie tamte lata, kiedy on był jeszcze wśród nas – i to był jak najbardziej aktywnie – zauważyć, mam o nim opinie jedną: John Lennon był nadętym bucem, durniem i tandeciarzem. On, nawet jako samodzielnie występujący artysta, poza paroma wypadkami, nie wykazał się niczym szczególnym, a może nawet, jeśli wziąć pod uwagę takie piosenki jak „Jealous Guy”, to pokazał, że jest w stanie osiągnąć niekiedy poziom jeszcze niższy, niż jego polscy epigoni, występujący onegdaj pod nazwą „Universe”. Ale niech już mu będzie. Tych parę piosenek – jeśli tylko postaramy się nie słuchać ich tekstów – należy do niego i nikt mu ich nie odbierze, natomiast cała reszta, to eksplozja takiego skretynienia, że to iż on potrafił się jakoś uczepić tej starej pudernicy Yoko i przeżyć jakoś przy niej tych kilka dobrych lat, trzeba mu zaliczyć za i tak już wielki sukces. Natomiast fakt, że w pewnych środowiskach on do dziś funkcjonuje, jako autorytet, to już akurat kwestia w ogóle upadku tego świata, i nie powinniśmy się temu za bardzo dziwić. Jeśli autentycznym autorytetem jest Lech Wałęsa, to czemu nie John Lennon?
Jakim człowiekiem jest Roland Joffe – nie mam pojęcia. Czy jest kimś miłym, czy niesympatycznym, mądrym czy głupim, porządnym, czy wręcz przeciwnie – diabli go wiedzą. Nie wiem nawet, co on sądzi o wszystkich tych sprawach, które mi na codzień nie dają spokojnie zmrużyć oka. I, powiem uczciwie, nie za bardzo mnie to w ogóle interesuje. To co o nim natomiast wiem, to to, że z całą pewnością nakręcił dwa wybitne filmy i kilka marnych, no i to, że kręcąc film o tym zabójczym eksperymencie w Kambodży, nie zrobił tego, co by pewnie zrobiłby jakiś Oliver Stone, czy inny Steven Spielberg. A mianowicie puścił to „Imagine”, jako apel do prezydenta Stanów Zjednoczonych o opamiętanie, lub szalenie błyskotliwą sugestię, że człowiek niestety nie chce się przyczynić do tego, by piękne marzenie Johna Lennona się ziściło, ale może w przyszłości, jak już przybędą tu kosmici, to świat znormalnieje. On zrobił coś zupełnie przeciwnego. Swój film zakończył tym cudownym i tak bardzo inteligentnym przesłaniem, oraz refleksją na temat tego, co w dzisiejszym świecie rujnuje zarówno człowieka, jak i jego dzieło – a mianowicie socjalizmu. I za to go lubię. Lennona nie lubię, a Joffe owszem.
Na koniec chciałbym wspomnieć, coś, co zasługuje na osobną refleksję, i niewykluczone, że się jej doczeka. Coś bardzo, ale to bardzo innego od tego Lennona. Mam na myśli piosenkarkę o imieniu Adele. Podobnie jak to się ma z Rolandem Joffe, nie wiem o niej niemal nic, poza tym, że ma świetny głos, pisze wspaniałe piosenki, nagrała dwie bardzo dobre płyty, i daje koncerty o klasie nieporównywalnej z niczym innym w tym gatunku. Że, moim zdaniem, wygląda okay i nie jest chuda. I że, kiedy ją zapytano o opinię na ten właśnie temat, odpowiedziała w ten sposób:
Uwielbiam dobrze zjeść i nie znoszę się gimnastykować. Nie mam czasu, żeby chodzić na siłownię… Nie chcę być na okładce ‘Playboya’, czy ‘Vogue’. Chcę być na okładce ‘Rolling Stone’ lub ‘Q’. Nie tworzę trendów… Jestem piosenkarką… Wolę ważyć tonę i nagrać świetny album, niż wyglądać jak Nicole Richie i zrobić jakieś gówno. Moim celem w życiu jest nigdy nie schudnąć”.
I to jest dla mnie to, czego wymagam od artysty – żeby śpiewał piosenki takie jak śpiewa Adele, żeby je śpiewał tak jak je śpiewa Adele, a jeśli już się chce odzywać w sprawach ogólnych, to żeby mówił tak jak mówi Adele. Ponieważ kiedy czytam słowa takie jak te, które przytoczyłem powyżej, wiem, że za nimi stoi myśl, która w dzisiejszym świecie jest absolutnie bezcenna. Tyle że to już jest nie jest temat na tę książkę.
Niech Dobry Bóg będzie z wszystkimi uczestnikami Światowych Dni Młodzieży, i niech te dni miną dla nich tak, że nie zapomną tego wszystkiego, co w Polsce piękne do końca swoich dni.

Gdyby ktoś był zainteresowany, moja książka o muzyce jest do kupienia wyłącznie w księgarni Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc-product=rock-and-roll-czyli-podwojny-nokaut








2 komentarze:

  1. Mam takie same odczucia zwłaszcza, że z żoną gościliśmy do wczoraj trzy dziewczyny z Taiwanu i widziałem ich autentyczne zaangażowanie i wiarę. Nie mogę się jednak pozbyć wrażenia i boję sie o nie bo wydaje mi sie, że pomimo, iż mają po 22-25 lat odbierają ten świat wciąż bardzo naiwnie, bez refleksji, że nie składa się on tylko z miłości wszystkich do wszystkiego i że gdzieś czycha tenktóry.......... .

    Pozdrawiam z Łodzi
    iksjack

    OdpowiedzUsuń
  2. @slawko tecki
    Może tak jest lepiej. Niech będą radosne.

    OdpowiedzUsuń