środa, 6 kwietnia 2016

A Pan Bóg kule nosi...

Z pewną przykrością zaobserwowałem wczoraj, jak niewielkie wrażenie na wielu z nas zrobiła śmierć Zyty Gilowskiej. Ja oczywiście rozumiem, że czasy są takie, że to co się wydarzyło zaledwie wczoraj, dziś jest najczęściej pozbawione jakiegokolwiek znaczenia, a więc tym bardziej postać tak bardzo już od lat znajdująca się poza zasięgiem mediów, jak prof. Gilowska, dla wielu z nas jest dziś już niczym więcej, jak bardzo niejasnym wspomnieniem lat, które dawno minęły i nikogo tak naprawdę interesują. Mimo to jednak, w obliczu owej ponurej obojętności czuję naprawdę bolesne rozczarowanie. I nie łagodzi go nawet fakt, że telewizja TVN24 uczciła fakt tego dramatycznego odejścia autentycznym bluzgiem, który w ich akurat wykonaniu powinniśmy uznać za gest wyjątkowego wręcz hołdu. W końcu oni w ten sposób nie potraktowali nawet samego Lecha Kaczyńskiego. A przynajmniej nie w pierwszy dzień po śmierci.
A zatem mam całą masę bardzo smutnych refleksji, kiedy widzę, jak strata tego formatu przechodzi niemal niezauważona, tym bardziej, gdy już za parę dni będziemy obchodzili szóstą rocznicę Katastrofy Smoleńskiej, a tymczasem to nikt inny jak właśnie Zyta Gilowska zapisała się w historii, jako autorka refleksji dotyczącej tego, co się stało w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku, a o znaczeniu w moim pojęciu absolutnie nie do przecenienia. Nie będę nikomu niczego wyjaśniał, bo raz, że nie mam na tyle bezczelności, a dwa, że mam nadzieję, iż każdy ma swój rozum i umie myśleć. A zatem, przypominam swój tekst z 8 maja 2010 roku. Proszę się skupić.


Wspomniałem już o tym tutaj jakiś czas temu, ale w sposób tak – przyznaję - dyskretny, że fakt kompletnego braku reakcji na ten krzyk ani mnie nie zmartwił, ani też nie zaskoczył. Mijają jednak dni, a ja wciąż nie mogę się przejść do porządku nad tym, co się stało 10 kwietnia. Oczywiście, jak najbardziej przyznaję – z każdym z tych mijających dni nabieram coraz większego przekonania, że moje wcześniejsze podejrzenia co do tego, że to nieszczęście, jakie na nas spadło miało swój sens, były jak najbardziej słuszne i że to zwycięstwo – a przecież to właśnie o to zwycięstwo od początku najbardziej chodziło – jest już właściwie w zasięgu ręki. Mimo to jednak, wciąż ta smoleńska mgła mnie dręczy, nie pozwala ani żyć, ani spać, ani się zwyczajnie wyprostować i zaczerpnąć nowego wiosennego powietrza.
Oto fragment wywiadu, jakiego jeszcze jakiś czas przed katastrofą, kiedy wszystko wydawało się zupełnie inne, niż w rzeczywistości było, udzieliła „Rzeczpospolitej” Zyta Gilowska:
Wracając do tych tajemnic polskiej polityki. Nie jest dla pani tajemnicza rezygnacja Tuska z kandydowania na prezydenta?
Trochę tak. Można to tłumaczyć obawami przed przegraną, ale to mnie nie przekonuje. Można tłumaczyć zamiarem utrzymania władzy premiera – też mnie nie przekonuje.
Dlaczego to panią nie przekonuje?
Przede wszystkim dlatego, że Donald Tusk przez minione cztery lata zachowywał się jak osoba, która otwarcie i bardzo konsekwentnie zmierza do prezydentury. Taka wolta, na dokładkę niezbyt serio objaśniana tymi żyrandolami, ma skrywany komponent, jakąś tajemnicę.
Może więc to jakiś kaprys Donalda Tuska?
Nie. Tego typu kaprysy mają tylko bardzo młode dziewczyny na pograniczu gimnazjum i liceum.
Czyli na gruncie wiedzy istniejącej w domenie publicznej nie sposób tej rezygnacji wytłumaczyć?
Tak. I odpowiadając wprost na pani pytanie: moim zdaniem jest w tym jakaś tajemnica.
Tym, którzy przyczyny analizują, brakuje więc może jakiegoś elementu tej układanki, jakiejś wiedzy?
Sądzę, że tak właśnie jest.
A to kiedyś się wyda?
Generalnie żywię takie XIX-wieczne i chyba naiwne przekonanie, że kiedyś wszystko się wyda. Myślę więc, że wyda się i to”.
(http://www.rp.pl/artykul/454817.html)
Kiedy dziś czytam te słowa, oczywiście świetnie pamiętam moje oryginalne poruszenie, kiedy je czytałem po raz pierwszy. To przecież nie jest tak bardzo codzienna sprawa, gdy ktoś, kto niewątpliwie jest zorientowany i wie znacznie więcej, niż ktokolwiek z nas może sobie wymarzyć, mówi takie rzeczy. Wydawałoby się, że kwestia rezygnacji Donalda Tuska, jakkolwiek dziwna i ekscentryczna, ma jakieś swoje wytłumaczenie, i nawet jeśli nasze podejrzenia nie są słuszne, to z pewnością ktoś inny jest w stanie przedstawić odpowiednią ocenę i wszystko się jakoś ułoży. I na to wszystko przychodzi Zyta Gilowska i twierdzi, że za tym się kryje tajemnica, co do której można mieć tylko nadzieję, ze się kiedyś wyjaśni. Że wszelkie próby racjonalnego wytłumaczenia faktu, że Donald Tusk nagle przestał marzyć o prezydenturze, spełzły na niczym i stoimy już tylko wobec zagadki, i to zagadki jak na razie nie do rozwiązania.
I to jest właśnie to, co mnie dziś dręczy. To mianowicie, że mam bardzo silny niepokój – niepokój wręcz fizyczny – że ta dręcząca tajemnica, którą wtedy w swej bezradności przedstawiła Zyta Gilowska się nagle przejaśniła. I to, ze wcale nie trzeba było na tę chwilę czekać długo. Bo zaledwie do 10 kwietnia. Do 10 kwietnia, kiedy to dowiedzieliśmy się, ze samolot wiozący na uroczystości katyńskie naszego prezydenta rozbił się przy lądowaniu, i że Prezydent nie żyje. A chwilę potem, dotarła do nas informacja, że tak się szczęśliwie złożyło, że na pokładzie nie było Jarosława Kaczyńskiego. Który też miał tam oryginalnie być, ale ostatecznie go zabrakło. I wtedy zrozumiałem. I to co zrozumiałem dręczy minie do dziś, z każdym dniem coraz bardziej.
Jak mówię, wspominałem już o tym przed iluś tam dniami, ale ten przekaz gdzieś się zagubił. A więc dziś powiem to bardzo dobitnie. Mam bardzo mocne podejrzenie, że jakiś czas przed tym, jak Donald Tusk ogłosił rezygnację z ubiegania się o fotel prezydenta, przyszedł ktoś – ktoś kogo ja oczywiście ani nie znam, ani znać nie chcę – i poinformował go, że musi pozostać premierem. Że ma zapomnieć o prezydenturze, bo sytuacja jest taka, że jego udział w tym wyścigu jest niepotrzebny. Że on będzie pilnował spraw na poziomie rządu i partii, natomiast całą resztą już zajmą się ci, co wiedzą więcej. A jeśli ma jakieś obawy, to może być spokojny. Kwestia przyszłej prezydentury zostanie odpowiednio załatwiona. I to bez względu na to, czy kandydatem będzie Komorowski, Sikorski, czy nawet – jeśli komuś to pasuje – jakiś przedstawiciel świata kultury. Bo konkurencji się nie planuje.
Widzę te scenę. Jak Donald Tusk dowiaduje się, że jeszcze nie dziś. Że może nawet nigdy. Ale że nic nie może zrobić, bo ci którzy go wymyślili i dają mu żyć, mają wobec niego i wobec całego tego interesu inne plany. Widzę tę scenę, widzę tego Tuska, i widzę też go parę tygodni później, już po tym, jak dowiedział się co się stało… i poszarzał ze strachu. Bo zrozumiał, że tu nie ma żartów. Że to nie jest piłeczka. I że to nawet nie jest jego ukochany Sopot i cała ta przygoda.
Tyle że, jak uczy mądrość ludowa, człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi. Ja wiem, co oni wszyscy muszą czuć dziś, kiedy się okazało, że może się bardzo szybko okazać, że to że ten plan nie do końca się udał, ma znaczenie podstawowe. Jak oni muszą się dziś okropnie bać. Zwłaszcza że mają autentycznie związane ręce. Nie mają już w tej chwili żadnego ruchu.
We komentarzu towarzyszącym tej notce, tyle że w Salonie 24, przypomniałem scenę z Ojca Chrzestnego, gdzie Don ostrzega innych szefów rodzin, że jeśli cokolwiek się stanie jego synowi, jeśli zachoruje, jeśli wpadnie pod samochód, a nawet jeśli zabije go piorun, to on będzie o to miał pretensje do któregoś z tych panów. I tak jest z nami. Więc lepiej o niego dbajcie. Uważajcie więc bardzo, żeby, broń Boże, włos mu z głowy nie spadł. Bo jeśli i on odejdzie, to będzie jednocześnie i wasz koniec.

Przypominam, że jutro w Arkadach Kubickiego w Warszawie rozpoczynają się Targi Wydawców Katolickich, w których bierzemy udział. Gabriel siedzi tam od jutra, natomiast ja będe ze swoimi książkami w sobotę i w niedzielę. Zapraszam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz