poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Gdy Prawo i Sprawiedliwość poczuło moc

Ponieważ jestem pewien, że dziś naprawdę mało który z czytelników tego bloga to wie, przypomnę chętnie, że partia Porozumienie Centrum powstała w maju 1990 roku. Zbliżały się wybory prezydenckie z Lechem Wałęsą jako oczywistym faworytem, rząd Tadeusza Mazowieckiego z dnia na dzień budził coraz większą publiczną niechęć, a potem już tylko wściekłość, Bronisław Geremek na ostatnim już chyba oddechu próbował budować coś, co miało się nazywać Partią Solidarność, a co miało powtórzyć w Polsce historyczny sukces meksykańskiej Partii Instytucjonalno-Rewolucyjnej, kiedy to Jarosław Kaczyński zarejestrował partię pod nazwą Porozumienie Centrum.
Gest ten wywołał oczywiście ze strony systemu falę wściekłości, jaką Polska po roku 1989 przeżyła może parę tylko razy. Przede wszystkim oczywiście poszło o Kaczyńskiego, którego oni z całą pewnością mieli na oku już od pewnego czasu, ale głownie z tego powodu, że jemu przyszło do głowy zakładać partię polityczną w sytuacji, kiedy, jak powszechnie było wiadomo, w nowym układzie politycznym coś takiego, jak partia, jest bzdurą i przeżytkiem. Dziś nam jest w to pewnie bardzo trudno uwierzyć, ale w roku 1990 naprawdę oficjalny przekaz był taki, że partie polityczne są zbędne. Wystarczy mniej więcej coś takiego, jak to, co dziś proponuje Paweł Kukiz, a więc powszechny ruch obywatelski. Z tą oczywiście różnicą, że dziś Kukiz niczego nie zakazuje, natomiast Geremek zupełnie otwarcie wzywał do likwidacji partii politycznych.
Powstało więc w maju, wśród zgiełku najbardziej wściekłej propagandy, owo Porozumienie Centrum, a we wrześniu moja żona złożyliśmy odpowiednie wnioski i zostaliśmy jednymi z pierwszych członków. Jesienią zeszłego roku podczas krakowskich targów książki spotkałem marszałka Ryszarda Terleckiego, powiedziałem mu, że jestem przy Kaczyńskim nieprzerwanie od września 1990 roku, na co on się zaśmiał, powiedział „A to widzę, że jest pan członkiem Zakonu” i sobie poszedł.
Mijały lata i tu chyba większość z nas mniej więcej wie, jak się sprawy przez lata rozwijały. W każdym razie, kiedy w roku 1998 Służby doprowadziły praktycznie do unicestwienia pozbawionego przywództwa Porozumienia Centrum i w jego miejsce powstał twór pod nazwą Partia Chrześcijańsko-Demokratyczną ja i moja żona otrzymaliśmy od lokalnych struktur Porozumienia Centrum oficjalną propozycję wstąpienia do nowej partii, powiedziałem im, że ja już do końca życia pozostanę z Jarosławem Kaczyńskim, no i zostałem. Przyszedł rok 2000, dla uczczenia nowego milenium Loża zdecydowała zamknąć projekt pod nazwą „socjaldemokracja”, powstało Prawo i Sprawiedliwość, a w reakcji na ten ruch Służby w jednej chwili założyły Platformę Obywatelską. Lech Kaczyński został prezydentem, Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory, po dwóch latach System odzyskał władzę, a ja i moja żona, wśród tych szyderczych wrzasków, głównie w geście solidarności, ale też całkowicie naturalnie przecież, wstąpiliśmy do Prawa i Sprawiedliwości. I tak pozostajemy najpierw przy Lechu i Jarosławie Kaczyńskich, a dziś już tylko przy Jarosławie do dziś. Każdy kto czyta ten blog, z całą pewnością zdaje sobie sprawę ze stopnia praktycznego zaangażowania i ofiarności, jaką przez te lata wykazaliśmy zarówno ja, jak i moja żona, na rzecz tego, by ów projekt ostatecznie zatriumfował.
Przez te wszystkie lata to tu to tam pojawiały się głosy, że ja trzymam się tego Kaczyńskiego, bo albo coś od nich dostaję, albo na coś mocno liczę. Otóż nic z tego. Nawet moje kandydowanie do Sejmu w roku 2011 nie było moim pomysłem, lecz stanowiło prostą reakcje na prośbę tych samych ludzi, którzy w roku 2008 zachęcali mnie do tego, bym wstąpił do Partii Chrześcijańsko-Demokratycznej. Chodziło o to, by partia miała długą listę, no i ja byłem jednym z tych, który zgodził się ją uzupełnić. Bez chwili zastanowienia, jak zawsze.
Poza tym jednak moja przynależność do Prawa i Sprawiedliwości nie dała mi nic ponad tę satysfakcję, że jestem tam, gdzie być powinienem, no i różnego rodzaju dokuczliwości, włącznie z utratą pracy na pewien czas, a w konsekwencji konieczność uruchomienia zbiórki z tytułu prowadzenia tego bloga. To też część z nas pewnie pamięta.
I oto parę dni temu moja żona otrzymała pismo od lokalnego zarządu partii, że jeśli nie ureguluje zaległych składek zostanie skreślona z listy członków. Dziwnym zbiegiem okoliczności spotkałem też w tych dniach człowieka, który osobiście w roku 2008 namawiał mnie do wstąpienia do nowej partii, który poinformował mnie, że Prawo i Sprawiedliwość poczuło się na tyle mocno, że zdecydowało się na czysto załatwić kwestie członkostwa i że, gdy chodzi o mnie, to z uwzględnieniem dwudziestu książek, które im w międzyczasie podarowałem, zalegam im na paręset złotych i jeśli ich nie ureguluję, wylecę.
I ja pragnę tu uroczyście oświadczyć, że przedstawiona sytuacja cieszy mnie niezmiernie. Przede wszystkim, z praktycznego punktu widzenia, ja naprawdę przez swoje członkostwo w Prawie i Sprawiedliwości miałem więcej problemów, niż korzyści. Od czasu gdy zacząłem wydawać książki, oni nawet nie uznali za stosowne poinformować miejscowych sympatyków o tym, że jeden z nich coś tam osiągnął w skali pozalokalnej. Nie zorganizowali mi tu nawet jednego spotkania. Zapraszali praktycznie wszystkich – nie mnie. Ale pies ich drapał. Ja to rozumiem. Oni są zajęci swoimi karierami i trudno od któregokolwiek z nich oczekiwać, że się wybiją na wolność. Pretensji nie mam, zwłaszcza, że wbrew zachęcie, bezpośrednio swego czasu do mnie skierowanej przez samego Jarosława Kaczyńskiego, bym się zaangażował w partyjną działalność w ramach zwyczajowych procedur, ja się w tę działalność nie zaangażowałem – pomijając oczywiście tamten start w wyborach – ani na jotę. Nawet nie odkładałem na te nieszczęsne składki. A o mojej żonie już nawet nie wspominam. Myśmy się wyłącznie ograniczali do dawania świadectwa.
Nie mam więc pretensji, ale wręcz przeciwnie, niezmiernie mnie ta sytuacja cieszy. Ja sam bym zapewne z partii nie odszedł i bym dalej musiał się męczyć z wszelkimi ograniczeniami, jakie to członkostwo jednak na mnie wymusza. A nikt nie wie, jak to bywa męczące. Poza tym, ja się autentycznie cieszę, że Prawo i Sprawiedliwość odniosło wreszcie taki sukces, że oni mogą sobie pozwolić na to, by wszystkich niepłacących członków zwyczajnie wywalić na pysk. Jestem pewien, że poza Prawem i Sprawiedliwością dotychczas w Polsce takiego ruchu nie wykonał nikt. A to musi świadczyć o tym, że kondycja partii Jarosława Kaczyńskiego jest dziś zupełnie wyjątkowa. Na niczym innym nigdy mi nie zależało.
Te zaległości, nawet jeśli je zsumować, to w sumie nic porażającego. Jakieś parę stów. Jednak chyba się jednak nie zdecyduję, bo raz, że mam inne, bardziej podstawowe wydatki, a dwa, że mi autentycznie nie zależy. Gdybyśmy znów dostali w łeb, jak parę razy wcześniej, to bym się oczywiście sprężył, ale teraz? Cóż im po mnie? A jeśli idzie o te książki, które ode mnie dostali, to niech je sobie tam przekładają ze stolika na stolik. Gdyby się postarali, już dawno by na nich zarobili więcej, niż dziś jestem im winien. Ale, aby choć jedną sprzedać, musieliby najpierw ludziom wyjaśnić, w czym rzecz, no a ponieważ tego nie zrobią, kto im za nie da choć złotówkę? Przecież nikt.
Ale, jak mówię, cieszę się bardzo. Każdego dnia widzę, jak Prawo i Sprawiedliwość orze ten syf, jaki nam zostawiła po ośmiu latach Platforma Obywatelska i kiedy widzę, jak im świetnie idzie, jak Polska to szanuje i wspiera, jestem pełen radości. Jesteśmy z Polską.

Co do wspomnianych książek, przede wszystkim nie wykluczam, że gdzieś tam w katowickim oddziale PiS-u można kupić jeszcze parę egzemplarzy „Siedmiokilogramowego liścia”. Pozostałe tytuły oczywiście są do nabycia głównie w księgarni Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc_product_category=books. Szczerze zachęcam.

3 komentarze:

  1. W mojej gminie wojtem został człowiek z PiS i widzę na codzień jak się oni teraz pewnie czują.

    OdpowiedzUsuń
  2. No pożałuj te parę stów. Nie dziaduj Toyah.

    OdpowiedzUsuń
  3. @Alicja Szyda
    Przecież napisałem wyraźnie, że nie chodzi o te głupie parę stów.

    OdpowiedzUsuń