wtorek, 7 kwietnia 2015

Boeing kontra traktor - kolejne starcie

Kto czyta ten blog, nawet nie koniecznie od dawna, ale choćby w miarę systematycznie, musiał zwrócić uwagę na informację, jaka się tu pojawia stosunkowo często, a która dotyczy red. Łukasza Warzechy i jego rzekomych kompetencji, gdy chodzi o pilotowanie samolotów typu Boeing. Mówiąc bardzo krótko, chodzi o to, że jeszcze kilka dobrych lat temu Warzecha, wdawszy się ze mną w coś w rodzaju polemiki, poinformował mnie, że dla niego awanturowanie się ze mną jest czymś uwłaczającym, bo podczas gdy ja jestem zaledwie „traktorzystą”, on jest aż „pilotem Boeinga”. Ponieważ ów bon mot z Boeingiem stał się tu niemal natychmiast zjawiskiem wręcz kultowym, wielu z nas zaczęło go przy różnych okazjach cytować, i to już nawet nie bezpośrednio w odniesieniu do samego Warzechy, ale w ogóle przy okazji omawiania relacji między blogerami, a dziennikarzami zawodowymi, w tym sensie, że oni to „piloci Boeingów”, a my oczywiście możemy sobie najwyżej pojeździć białoruskimi traktorami. A to wszystko z tą myślą, że my tu faktycznie nie mamy nic do gadania, bo skoro tamci pilotują Boeingi, to o czym tu gadać?
Jednak, podczas gdy każdy, kto jako tako orientuje się w nastrojach, jakie panują na tym blogu, akurat wie, dlaczego Warzecha jest popularnie nazywany „pilotem Boeinga”, znacznie mniej prawdopodobna jest już szansa, że ktokolwiek z nas w ogóle pamięta, o co poszło między mną a Warzechą w pierwszej kolejności. A stało się tak, że Warzecha wystąpił był w telewizji TVN24 i starł się tam z Tomaszem Wołkiem. Starcie to polegało jednak nie na tym, że oni sobie wzajemnie wrzucali, ale sprowadzało się do tego, że Wołek traktował Warzechę z pełnego buta, Warzecha cały czas zerkał na studyjny monitor, by sprawdzić, czy nic mu się nie przesunęło, program się skończył, a widzowie pozostali ze swoim wstydem, zarumienieni i bezradni. I oto na drugi dzień Warzecha, czując prawdopodobnie swąd owej żenady, napisał na blogu w Salonie24 tekst o tym, jak to zadzwonił do niego kolega i zapytał, czemu on był w telewizji tak strasznie brutalny w stosunku do Wołka, no i w związku z tym, co kolega mu powiedział, on czuje się w obowiązku, by swoje zdanie na temat Wołka przedstawić publicznie, no i zmieszał Wołka satyrycznie z błotem (http://lukaszwarzecha.salon24.pl/133874,pan-wiadro).
Ponieważ, jako że wówczas jeszcze oglądałem telewizję TVN24 dość namiętnie i byłem świadkiem owego strasznego wręcz upodlenia Warzechy przez Wołka, napisałem tekst (http://toyah1.blogspot.com/2009/10/wiadrem-w-pot.html) o tym, że skoro Warzecha jest dziś taki pyskaty, to ja nie rozumiem, czemu on nie mógł tego wszystkiego, czym się dziś popisuje na blogu, wygarnąć Wołkowi przed kamerami, zamiast się dać publicznie poniewierać. No i to właśnie w związku z moim tekstem, Warzecha powiedział mi, żebym się zamknął, bo on pilotuje Boeingi i nie należy mu przeszkadzać (http://lukaszwarzecha.salon24.pl/134089,moralny-maksymalizm-z-fotela).
Ktoś się pewnie zapyta, co mi strzeliło do głowy, by nagle dziś, kiedy oto minęły Święta i jest tyle rzeczy do opowiedzenia, postanowiłem zająć się wklejaniem linków do starych tekstów moich i Warzechy. Otóż sprawa jest dokładnie tak samo błaha, jak i jej bohaterowie. A wszystko wzięło się stąd, że podczas przedświątecznych porządków, żona moja pokazała mi któryś numer tygodnika „W Sieci” i spytała: „Można to wyrzucić?” A ja wziąłem „to” do ręki, by zobaczyć, czy tam przypadkiem nie ma czegoś, na co można by było rzucić okiem, no i trafiłem na tekst, gdzie, proszę sobie wyobrazić, Warzecha rozlicza się z tego, co z niego zrobiono podczas występu w TVP, kiedy to niejaki Jarosław Kulczycki praktycznie kazał Warzesze wyjść ze studia, a ten znalazł w sobie tyle przynajmniej godności, by się nie uczepić zębami i pazurami tego głupiego stolika i zacząć beczeć, by mu pozwolono jeszcze chwilę się pomądrzyć, i faktycznie – inna sprawa, że najbardziej jak to było możliwe dyskretnie – wyszedł. Pisze Warzecha tak:
Pytanie Jarosława Kulczyckiego, czy przypadkiem nie opłaca mnie sztab Andrzeja Dudy, padło na antenie TVP Info 7 lutego. I był to ostatni raz, kiedy ta stacja zaprosiła mnie na swoją antenę. Wcześniej bywałem tam przynajmniej raz w tygodniu.
Pomyślą państwo zapewne, że to skandal, iż Kulczycki prowadzi programy, a grubiańsko potraktowanego gościa wciąga się na jakąś czarną listę i przestaje zapraszać w roli komentatora. Otóż mylą się państwo! Nie ma żadnej czarnej listy i żadnego skandalu. Przeciwnie – TVP dba po prostu o mój komfort psychiczny. Mógłbym przecież spotkać na korytarzu redaktora Kulczyckiego i zrobiłoby mi się przykro, może i jemu również. A tak – nie ma problemu”.
Mam nadzieję, że wszyscy wiemy, o co chodzi. Oto mamy tak zwaną „setkę” zaledwie z drobnym haczykiem i proszę zwrócić uwagę, ile tu wiadomości. Przede wszystkim okazuje się, że Warzecha, jeden z czołowych prawicowych „autorów niepokornych”, był dotychczas stałym komentatorem jednej z najbardziej obrzydliwej reżimowej stacji telewizyjnej i uważa to za powód do dumy; po drugie, Warzecha, którego w najbardziej chamski i oburzająco niesprawiedliwy sposób wyproszono ze studia, publicznie się żali, że on jest gotów tam się dalej udzielać w roli gwiazdy, tylko oni go nie chcą; po trzecie wreszcie – i tu przechodzimy do tak zwanego clou – Warzecha ni stąd ni z zowąd odstawia dokładnie ten sam numer, co przed laty z Wołkiem. Bowiem, kiedy już wszyscy mieliśmy okazję ujrzeć jego dramatyczny wręcz koniunkturalizm i tchórzostwo, mając przed sobą już tylko ekran komputera i zestaw klawiszy, z których żaden na pewno na niego szyderczo nie popatrzy i nie sprawi, że mu się kark spoci ze strachu, zaczyna śmiesznie podskakiwać i przechwalać się, co on zrobi człowiekowi, który go publicznie i całkowicie bezkarnie upokorzył, kiedy go tylko spotka. A i tego nawet nie jest w stanie wyartykułować z podniesioną głową, tylko coś tam stęka o tym, jak to komuś by się mogło zrobić przykro. Jakiż to straszny, upiorny wręcz wstyd!!!
Ale jest coś jeszcze. Otóż, jak wszyscy wiemy, okres między rokiem 2009, a ową kompromitacją z 7 lutego, Warzecha wykorzystał naprawdę bardzo dobrze. Dzięki swojej przyjaźni z Grzegorzem Jankowskim, osobistym z kolei przyjacielem głównego szefa wydawnictwa Axel Springer, przez wiele lat zadawał szyku, jako druga osoba w dzienniku „Fakt”. Wprawdzie, z powodu będących tajemnicą poliszynela, politycznych zawirowań, ów układ się musiał posypać, jednak mogłoby się wydawać, że tego, co on tam zdobył, Warzesze nikt nie odbierze. I oto nagle okazuje się, że nic podobnego. Jedyne, co ten człowiek potrafił osiągnąć, to to, że go do siebie przygarnęli Karnowscy, a więc wynik, o którego nędzy świadczy najlepiej to, że on, aby się dobrze czuć, musi codziennie, nawet za cenę robienia z siebie szmaty, występować w telewizji. Czyli dokładnie to samo, co przed sześciu laty.
Pozostaje może już więc tylko ustalić, czemu on już nie prowadzi bloga. Czy jest możliwe, że dzięki swojej pracy w „Fakcie”, Warzecha poznał wreszcie wartość pieniądza i zrozumiał, że jeśli płacą i to płacą dobrze, można się nawet i puścić, natomiast za darmo to robią tylko frajerzy na traktorach?

Jak wiemy, Gabriel Maciejewski publikuje właśnie nowe wydanie swojej Baśni, w twardej okładce i innymi atrakcjami. Zachęcam wszystkich, by jeśli już postanowią sobie zrobić zakupy, dołączyli do nich i moje książki, których tam jest parę i które przez te Święta ani trochę nie zwietrzały. A wręcz przeciwnie. Księgarnia, jak zawsze pod adresem http://coryllus.pl/?page_id=69.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.