Pod wulkanem

Bycie blogerem o pewnej pozycji… ja wiem, jakiej? – niech może jednak zostanie o pewnej pozycji – sprawa, że od czasu do czasu pojawiają się tak zwane zamówienia. A więc przychodzą przyjaciele i znajomi, którzy proponują najróżniejszego rodzaju tematy, które warto, a czasem nawet trzeba koniecznie poruszyć i skomentować. Pisałem już chyba o tym, kiedyś, a dziś mogę tylko powtórzyć, że w przeważającej liczbie przypadków, ja nie jestem w stanie tych zamówień spełniać. I to nie dlatego, że mam co innego w głowie, albo że sprawy mi podsuwane traktuję z lekceważeniem, lecz z tego prostego powodu, że ja piszę wyłącznie to co pisać potrafię. A co potrafię, tego sam nawet nie wiem, dopóki nie spróbuję. W każdym razie, mam wrażenie, że ów zakres jest bardzo mocno limitowany. Siadam, piszę to co piszę, i na ogół myślę sobie, że się znów jakimś cudem udało. Natomiast reszty nie dotykam.
A zatem, jest mi bardzo przykro, ale nie jestem w stanie napisać tekstu, gdzie przedstawię świat, który w tych dniach – od samego rana do późnego wieczora, dzień w dzień – zastajemy, i że jeszcze na dodatek uda mi się go jakoś skomentować. Raz, właśnie dlatego, że nie umiem znaleźć właściwego sposobu, by z tych moich obserwacji i wrażeń wyszedł jakiś normalny, literacki kształt, a dwa, że ja autentycznie czuję – jak być może nigdy wcześniej – całkowitą obcość w stosunku do tego co się dzieje. Nawet moje biedne dzieci, które wciąż do mnie przychodzą i proszą o jakiś komentarz, otrzymują niezmiennie tę samą odpowiedź – że ja zwyczajnie nie mam żadnych informacji, a zatem nic nie wiem.
A pisząc, że jest mi przykro, dokładnie to mam na myśli. Bo jest mi naprawdę przykro. Ja autentycznie chciałbym jakoś się odnaleźć w tym całym nieszczęściu i pokazać, że trzeba walczyć, i zaproponować jakieś rozwiązania, wskazać błędy, skrytykować wszelkie podłości, wyśmiać ludzką głupotę, czy wreszcie to tu to tam skierować słowa solidarności. Zazdroszczę mojemu przyjacielowi Coryllusowi, który nie dość że walczy, to moim zdaniem walczy jak lew, w dodatku lew bardzo mądry i rozważny, lew bezkompromisowy i nieustraszony – no a, co wcale nie najmniej istotne, to się zwyczajnie czyta! Ja tak nie potrafię. I pociesza mnie tylko świadomość, że każdy ma zawsze jakąś swoją część do zrobienia, a więc i tu też on ma swoje, a ja swoje. A Coryllusa czytajmy. Tam są ważne słowa.
Patrzę na przesuwające się obok mnie wydarzenia, wsłuchuję się w odgłosy rozmów, i mam to wciąż dojmujące i tak bardzo okrutne wrażenie, że wszystko w gruncie rzeczy zamarło. Że jeśli jest jakikolwiek ruch, to jest to ruch jak najbardziej pozorny, a dochodzące do nas słowa są niczym więcej, jak nawet nie do końca zrozumiałym szeptem. Bo tak naprawdę nie dzieje się zupełnie nic. W ostatnich dniach, praktycznie cała publiczna przestrzeń została wypełniona jedynie dwiema kwestiami: kryzysem w Prawie i Sprawiedliwości i owym niezwykłym lądowaniem na Okęciu. Skończyły się wybory, Donald Tusk, jak z dumą ogłosił poseł Gowin, po raz szósty z rzędu wygrał wybory, i w obecnej chwili jest niekwestionowanym polskim przywódcą i bohaterem, natomiast prawdziwa atmosfera, ta której możemy dotknąć i ją poczuć, jest taka, że i premier i ministrowie i rząd i media i cały polityczny świat właściwie równie dobrze mogliby przestać istnieć, a my nawet byśmy tego nie zauważyli. No tak, jak już wspomnieliśmy, Ziobro z Kurskim są na progu wyjścia z PiS-u, a Facebook promieniuje kolejnymi wpisami na stronie wielbicieli kapitana Wrony. Poza tym cisza. A w tej ciszy tonę i ja.
Nie wiem, ilu z nas kiedykolwiek było Katowicach, ale myślę, że ci co byli, zwrócili uwagę na fakt, że tu nie ma niczego takiego, co możnaby było uczciwie nazwać Rynkiem. Owszem, Rynek jest, tyle że stanowi go potężny pusty teren, przypominający trochę okolice Pałacu Kultury w Warszawie, przez który we wszystkich kierunkach wciąż przejeżdżają tramwaje i autobusy, i – również we wszystkich kierunkach – kręcą się ludzie, mijając z każdej strony potężne, gierkowskie jeszcze, budynki w formie jakichś hoteli, domów handlowych, czy biurowców. Otóż, wśród tego wszystkiego stoi coś, co się nazywa Hotel „Katowice” – taka enerdowska prostokątna bryła – i od pewnego czasu dokładnie połowę jej frontowej wystawy zajmuje przepotężna reklama – wydaje mi się, że jest to w tych dniach największa reklama w mieście – na której widzimy Kubę Wojewódzkiego i Michała Figurskiego, ucharakteryzowanych na dwóch meneli, którzy właśnie po pijanemu wpadli pod tramwaj i napis: „Od rana w świetnej formie”, czy jakoś tak. I oczywiście wiem, że możnaby było coś na ten temat, ale powiem szczerze, że mi się nie chce, a poza tym jedyna refleksja jaka mi tu przychodzi do głowy związana jest ze wspomnieniem mojego niedawnego pobytu w Drohobyczu, gdzie na ich z kolei Rynku wisi, nie tak potężny, ale też bardzo duży, portret Stiepana Bandery.
Oto Polska i jej bohaterowie. Cóż więcej? Nic. Tu już nie przychodzi do głowy nic.
Muszę przyznać, że bardzo duże wrażenie zrobiło na mnie lądowanie Boeinga na warszawskim Okęciu. Jednak, wbrew pozorom, wcale nie dlatego, że ja uważam, że ów kapitan Wrona jest takim niezwykłym i niebywale zdolnym bohaterem, i że to co on zrobił, to jest tak niesamowity popis równie niesamowitego talentu. Wcale nie. Otóż ja mam tu pewien kompleks, który polega na tym, że od wielu już lat żyję przekonaniem, że piloci wielkich pasażerskich samolotów są jednymi z ostatnich prawdziwych fachowców. W moim przekonaniu, idiotą i nieudacznikiem może być cieśla, hydraulik, aktor, czy pokojowy malarz, nie mówiąc już o lekarzu, nauczycielu, prawniku, dziennikarzu, inżynierze, czy specjaliście IT. Pilot wielkich pasażerskich samolotów – nigdy. Mogę się oczywiście mylić, ale podejrzewam, ze jednak nie. Kiedy myślę o tych pilotach, czuje niezmiennie z jednej strony podziw, a z drugiej zaufanie. W związku z tym, wydaje mi się, że dla takiego kpt. Wrony ten manewr, który w nas wzbudził taki podziw, był zaledwie częścią jego niezwykłych, a jednocześnie tak bardzo zwykłych umiejętności. On to zresztą przyznaje w wywiadach.
Kiedy więc myślę o tym locie i tym lądowaniu, mam w głowie głównie atmosferę, jaka panowała w tych ostatnich minutach na pokładzie – zarówno po stronie pasażerów, jak i po stronie załogi. Myślę o tych wszystkich ludziach, którzy z jednej strony się tak okropnie musieli bać i może modlili się, i zapewne żyli nadzieją, że wszystko jednak będzie dobrze, a z drugiej – w całkowitym skupieniu, a jednocześnie świadomości, że zawsze coś może pójść nie tak, jak pójść miało – robili wszystko dokładnie tak, jak wiedzieli, że robić należy. Kiedy myślę o tym locie i tym lądowaniu, mam w głowie tylko tę atmosferę, dokładnie tak samo, jak miałem w głowie atmosferę tamtego lotu i tamtego – już nie lądowania, lecz zaledwie, i aż, próby ucieczki. I myślę od razu o tamtym pilocie, śp. kpt. Arkadiuszu Protasiuku, który – w moim najgłębszym przekonaniu dokładnie tak jak dziś kpt. Tadeusz Wrona – wspinał się na wyżyny swoich niezwykłych umiejętności, z tą tylko różnicą, że o ile temu wszystko szczęśliwie szło zgodnie z planem, on akurat widział, jak wszystko po kolei wypada mu z rąk. Jakież to smutne! Jakież to śmiertelnie bolesne! Zwłaszcza gdy echo tamtego szyderczego śmiechu wciąż nie chce opaść.
Czytałem rozmowę z kpt. Wroną i trafiłem na fragment, moim zdaniem, wręcz porażający. Poproszony przez Monikę Olejnik, by skomentował słowa Marty Kaczyńskiej na temat obu „awarii”, kpt. Wrona mówi, że obie sytuacje nie mogą być porównywane, bo o ile on robił wszystko w spokoju i zgodnie ze swego rodzaju planem, i, tak naprawdę, każda sekunda przynosiła wyłącznie potwierdzenie tego, że wszystko idzie tak jak ma iść, kpt. Prostasiuk praktycznie działał wyłącznie instynktownie i w opozycji do całego świata, który to świat chciał go zwyczajnie zabić. On akurat buduje to inaczej, ale taki jest tego oczywisty wydźwięk. Jest jednak coś, co kpt. Wrona mówi w sposób jednoznaczny. Otóż on opisuje tamten lot punkt po punkcie, a to co mnie – jak mówię – poraża, to fakt, że jego relacja jest całkowicie inna od tej, którą znamy oficjalnie. Okazuje się mianowicie, że, wedle relacji kpt. Wrony, rządowy tupolew z Prezydentem na pokładzie, kiedy się nagle zorientował, że znalazł się zbyt blisko ziemi, chciał natychmiast uciec, ale, uciekając, pechowo zahaczył o tę – jak to określa Wrona – sosnę… no i, przy owej potężnej naturalnie wówczas prędkości, spadł w to błoto. A może się mylę? Może tak to właśnie jednak było od początku? Chyba jednak nie. A więc, co wie kpt. Wrona? Odnoszę wrażenie, że jest oczywiście całkiem możliwie, że on coś wie, ale, tak czy inaczej, robi raczej wrażenie kogoś, komu już jest dokładnie wszystko jedno. Bo w końcu, jakie to ma znaczenie, czy lądował, czy uciekał, czy to była brzoza, czy sosna i czy to wszystko było „na pewno”, czy zaledwie „chyba”?
No i, podczas gdy wydawało się, że jednak znajdzie się tu coś o Zbigniewie Ziobrze, Jarosławie Kaczyńskim i Donaldzie Tusku, zeszło na samoloty. Jasna cholera! Ten Smoleńsk nie da nam zasnąć. Nigdy. Biedny Prezydent, biedna Maria Kaczyńska, biedny Sebastian Karpiniuk, biedny wreszcie Arkadiusz Prostasiuk – już nigdy nie będzie bohaterem Facebooka. Już nigdy nie będzie bohaterem czyimkolwiek. Najwyżej jacyś reżimowi psychiatrzy napiszą pracę o tym, jak to indywidualne kompleksy mogą się stać przyczyną tragedii wielu. Biedny Jarosław Kaczyński. Przegrał – jak z radością oświadcza System – swoje szóste już wybory, a ja oglądam film, który ktoś zaproponował jako uwieńczenie kampanii wyborczej Prawa i Sprawiedliwości. Na którym, zamiast Jarosława zwycięskiego, widzimy Jarosława, który stracił sens życia, Jarosława bez śladu nadziei, Jarosława, który oświadcza bez żadnego już udawania, że dla niego życie własnie się skończyło, i że już nigdy nie będzie szczęśliwy. Zamiast Premiera-Zwycięzcy, widzimy staruszka siedzącego nad całą masą starych, czarno-białych zdjęć i walczy ze łzami. Oto pomysł na zwycięską kampanię!
Ale o tym też nie chce pisać, bo jest mi zwyczajnie niezręcznie. Poza tym, co ja w ogóle tak naprawdę na ten temat wiem?
Już jednak wiem, o czym napiszę. Nadeszła pora na trochę złośliwości. Może się mylę, ale chyba jednak Donald Tusk, wbrew zapowiedziom, nie spotkał się 27 października z tym staruszkiem, któremu obiecał obiad, i którego w przedwyborczy czwartek wystawił do wiatru. Czyżby się w tym całym zamieszaniu zagapił? Kto wie? Ja jednak podejrzewam, że poszło o coś innego. Wszystko straciło znaczenie. I on akurat wie to najlepiej.

Komentarze

  1. Toyahu,
    Coryllusa czytam i ma duzo racji w tym co pisze,wole jednak Twoje podejscie do tych wszystkich spraw ,ktore sie tocza wokol nas.Musze przyznac,ze na drugim biegunie znajduje sie Aleksander Scios ktorego tutaj wielokrotnie ignorowales i lekcewazyles jak juz bywal tu wspominany przeze mnie i innych.Nie bardzo rozumiem dlaczego tak go nie trawisz.Jest Twoim prawie idealnym przeciwienstwem w sensie stylu natomiast sedno i cel waszego blogopisania jest przeciez ten sam.Przyznam,ze najciekawsze sa jego komentarze pod wlasnymi wpisami.
    Pozdrawiam Cie

    OdpowiedzUsuń
  2. @Toyah
    Boeing, Tupolew - i ludzie, ci którzy przeżyli dzięki Bożej Opatrzności, temu że mieli wspaniałego pilota i braku "brzozy", i Ci którzy nie przeżyli z nie z powodu braku Bożej Opatrzności, nie z powodu braku wspaniałego pilota lecz z powodu "obecności brzozy".

    To szczęśliwe lądowanie w dniu Wszystkich Świętych, w przeddzień Dnia Zadusznego - wspomnienia wszystkich Zmarłych, również tych ze Smoleńska.


    Ziobro - Kaczyński, Kluzik - Kaczyński. Podobne a inne.
    I Tusk zapracowany nad szlifowaniem kolejnego expose

    OdpowiedzUsuń
  3. @toyah

    Cholera jasna! Napisałam długi komentarz od serca i Blogger mi go cały zeżarł. Nie dam rady w tej chwili odtworzyć. Spróbuję jeszcze raz wieczorem.

    Powiem Ci tylko, że owszem, Coryllus pisze rzeczy ważne, ale nikt tak mistrzowsko jak Ty nie potrafi oddać nastroju, w jakim się znajdujemy. Jak czytam Twój tekst, to czuję, że wyraża on wszystkie moje myśli i emocje.
    Ogromnie Ci za to dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
  4. @Marion
    Zawsze dobrze przed "wysyłką" komentarza zaznaczyć sobie jego całość i wybrać opcję "kopiuj". Wtedy w pamięci mamy komentarz i w przypadku niepowodzenia w jego "wysyłce" zawsze go można odtworzyć poprzez wybranie opcji wklej.
    Zawsze tak robię gdy piszę dłuższy komentarz...

    OdpowiedzUsuń
  5. @tobiasz11
    Ja napisałem, dlaczego nie czytam Ściosa. Zawsze za coś bardzo konkretnego. No i jeszcze za coś, ale to Ci powiem prywatnie.

    OdpowiedzUsuń
  6. @Marion
    Proponuję, żebyś się logowała zanim napiszesz komentarz, a później, dla bezpieczeństwa, go skopiowała. To nie jest taki wielki kłopot.

    OdpowiedzUsuń
  7. Piękny tekst, nie poddawajmy się.

    Jeszcze mam tyle sił, by to napisać.

    Kiedyś mój przyjaciel napisał - starzejesz się stary.

    Sprzeciw we mnie wielki, ale sił do działania coraz mniej.




    Pozdr.
    -------------------
    GW nie kupuję.
    TVN nie oglądam.
    TOK FM nie słucham.
    TVPinfo wywaliłem z pilota.
    Na Rysiów, Zbysiów i Mira nie głosuję.

    OdpowiedzUsuń
  8. @Przemo1

    Brzmi to niedobrze,zycze Tobie duzo sil.Toyah potrafi trzymac nas wszystkich w pionie:)

    OdpowiedzUsuń
  9. http://www.youtube.com/watch?v=zjkzSw







    Pozdr.
    -------------------
    GW nie kupuję.
    TVN nie oglądam.
    TOK FM nie słucham.
    TVPinfo wywaliłem z pilota.
    Na Rysiów, Zbysiów i Mira nie głosuję.

    OdpowiedzUsuń
  10. @Przemo
    Pewnie że się starzejemy. Pewnie że sprzeciwu w nas wciąż wiele.

    OdpowiedzUsuń
  11. @Przemo
    Nie otwiera się ten adres.

    OdpowiedzUsuń
  12. @toyah

    Trudno mi odtworzyć te emocje, które czułam po przeczytaniu Twojego tekstu. Dlatego teraz będzie krócej i już nie tak od serca jak w nieodżałowanym komentarzu pożartym przez Bloggera.

    Poczucie odrętwienia, w jakie popadliśmy jako społeczeństwo, jest po prostu przerażające.
    Odnoszę wrażenie, że całe nasze życie publiczne to jakiś teatr pozorów, w którym wszystko wywróciło się na opak, wszystkie wartości zostały obśmiane i wyszydzone, a antywartości urosły do rangi cnót najwyższych.

    Dzień Wszystkich Świętych z perspektywy mediów był bardzo smutny. Nie chodzi nawet o kontrast, jaki się zarysował w porównaniu szczęśliwego lądowania boeinga i smoleńskiej tragedii.
    Najsmutniejsze jest to, że pamięć o ludziach takich jak kapitan Protasiuk i generał Błasik została zdeptana z błotem, a Polacy to zaakceptowali.
    W dniu Wszystkich Świętych wszystkie telewizje wspominają zmarłych sportowców i aktorów, a ani słowem nie zająkną się o ofiarach smoleńskiej hekatomby. Dla nich to już jest zamknięta przeszłość.
    Jest to strasznie pesymistyczne, ale nie zgadzam się z Coryllusem, że wszystkie szanse na zbudowanie mitu smoleńskiego zostały pogrzebane. Należy chyba w tym wszystkim uwzględnić jeszcze działanie Bożej Opatrzności. I w tym cała nasza nadzieja.

    OdpowiedzUsuń
  13. @Toyah


    Dobra i szczera odpowiedź.

    Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
  14. @toyah
    @marion
    też mi ostatnio Blogger zżarł komentarz.
    Zrozumiałam, dzięki Marion, ze to co mnie niesamowicie pociąga w Twoich tekstach Toyahu, to nastrój. Rzeczywiście jesteś Mistrzem nastroju. I niezależenie od tego, czy się z Toba zgadzam, czy nie, to zawsze nastrój Twoich testów działa nieodmiennie. I nawet nie potrafię się zastanawiać, czy masz rację, czy nie, bo Twoje teksty nie sa do zastanawiania. Dla mnie sa do chłonięcia. I dlatego nie umiem się zdystansować do tego, co piszesz. I chyba nie jest to takie ważne.
    Pozdrawiam serdecznie
    p.s moze byś Toyahu mową wiązaną spróbował?

    OdpowiedzUsuń
  15. @molier
    Bardzo się cieszę, że i Ty i wcześniej Marion zwróciłyście uwagę na ten nastrój. Bo, powiem szczerze, to jest to co ja sam zawsze traktowałem jako coś najważniejszego. Wszędzie. Czy to w poezji, czy w prozie, czy w muzyce, czy w malarstwie. Oczywiście, im piękniejsza melodia, czy ciekawsza historia, tym lepiej - ale to i tak był zawsze nastrój, który tę treść wypełniał.
    A więc, tak. Niech będzie, że ja jestem specjalistą od nastroju.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Czy Rafał Trzaskowski zaprosi Miley Cyrus na uroczyste otwarcie nowej oczyszczalni ścieków?

"Für Deutschland", czyli o metodzie skutecznego uprawiania polityki

A więc Trump, czyli białe Święta?