czwartek, 28 lipca 2011

Kogo się boi Radek Sikorski?

Wypowiedź, jaką Anne Applebaum zamieściła na profilu swojego męża na Twitterze, wzbudziła we mnie uczucia dwojakiego rodzaju. Przede wszystkim, oczywiście, mnie wzburzyła, tak jak wszystko co antypolskie i nacechowane, czy to złą wolą, czy intelektualną gnuśnością. To co chciałem na ten temat powiedziec, powiedziałem już zresztą w tym miejscu wczoraj. Z drugiej jednak strony, pomyślałem sobie, że w tych dwóch zdaniach, znajduje się bardzo pocieszający dowód na to, że nawet na poziomie najwyższego towarzyskiego lansu, istnieje coś takiego jak stałość uczuć i związków małżeńskich. Anne Applebaum i Radek Sikorski, nie dość, że wspólnie siedzą przy komputerze i wspólnie zdobią ten jego twitterowy profil, to w sposób zupełnie wyjątkowy demonstrują pełną zgodność poglądów i tych poglądów intelektualnej podstawy. Przepraszam bardzo, ale gdyby między mną, a panią Toyahową istniała jedność choćby w połowie tak silna, byłbym najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
A należy pamiętać, że ja i ona nie jesteśmy celebrytami, zepsutymi przez sławę i pieniądze. Jesteśmy zwykłymi, biednymi ludźmi, z dorosłymi dziećmi i psem na głowie, mieszkającymi przy zwykłej, hałaśliwej ulicy, gdzie problemów jest tyle samo, co drobnych, codziennych radości. I ja nie skarżę się na to, że ona nie prowadzi razem ze mną tego bloga, ani choćby na to, że ona nie udziela mi jakichś politycznych wskazówek. Problem w tym, że ona, kiedy ja tu piszę, nawet nie zagląda mi przez ramię. Więcej. Ona nawet nie czyta tych tekstów. Siedzi najwyżej przy swoim laptopie i od czasu do czasu tylko rzuci mi z pretensją w głosie, że blogowicze coś mało wysyłają.
Nie wiem dlaczego, ale jak idzie o Radka Sikorskiego i jego żonę, zawsze sądziłem, że to jest układ w gruncie rzeczy fikcyjny. To znaczy, nie do końca, bo trochę wiem, dlaczego tak myślałem. Nie ma bowiem z pozoru wielkich szans na to, by ktoś taki jak Anne Applebaum, kiedy już pierwszy urok egzotycznością tej sytuacji minąć musiał, trzymała się całym sercem kogoś takiego jak Radek Sikorski. Zwłaszcza w czasach, gdy w sposób zupełnie oczywisty widać, że z nim jest coś zdecydowanie nie tak. Również, jak by nie patrzeć, wydawało się, że Applebaum i Sikorski to jednak od samego początku różne poziomy. Natomiast moje przekonanie, że oni nawet razem nie mieszkają, było tak silne, że nie usprawiedliwiało go ani owo poczucie poważnego mezaliansu, ani stan, w jakim Sikorski się dziś znalazł. Tymczasem, proszę bardzo! Oni nie dość, że mieszkają razem, to razem siedzą na Twitterze i jednym głosem zaklinają ten swój czarny świat.
No a i tak, to wciąż nie wszystko. Zwróciła na to zresztą wczoraj uwagę w swoim komentarzu Marylka, pisząc, że ona była naprawdę szczerze przekonana, że Anne Applebaum jest od Sikorskiego mądrzejsza, a tu się okazuje, że nic podobnego. Że oni się dobrali jak dwa ziarna w korcu maku. Oto związek. Oto miłość. Oto tradycyjne małżeństwo. Wbrew wichurom i niekiedy bardzo brzydkiej pogodzie. To jest naprawdę widok wzmacniający nasze morale. I jestem przekonany, że choćby dla tego co nazywamy obiektywizmem spojrzenia, należało to tu powiedzieć.
W międzyczasie jednak, okazało się, że Radosław Sikorski wystąpił na jakiejś konferencji prasowej w Londynie i uznał za stosowne podzielić się z całym światem refleksjami na temat niedawnej tragedii w Norwegii i sposobu w jaki polityczny i moralny wymiar owej tragedii angażuje w sprawę Polskę i Polaków. Sikorski mówił na ten temat dość dużo i, jak sądzę, większość czytelników tego bloga zna jego słowa już na pamięć, a zatem zwrócę uwagę tylko na jedną obecną w tej wypowiedzi myśl. Otóż Radosław Sikorski poinformował światową opinię publiczną, że „w Polsce nie brak ludzi myślących tak jak Anders Behring Breivik.” I to jest, moim zdaniem, całkowicie nowy wymiar funkcjonowania polskiego rządu i osobiście Radosława Sikorskiego w przestrzeni publicznej. Więcej, to jest, jak się zdaje, także całkowicie nowa jakość, jeśli idzie o funkcjonowanie Radosława Sikorskiego w przestrzeni czysto ludzkiej. Bo proszę zwrócić uwagę. Mamy świat, w którym oczywiście dzieją się rzeczy straszne. Mamy więc te wojny, te ataki terrorystyczne, te – to tu to tam – jakieś akty szaleństwa, kończące się śmiercią kilku osob, w tym samego napastnika. Generalnie jednak, można odnieść wrażenie, że świat – przynajmniej tu, w wymiarze europejskim – jest dość spokojny. A świadczyć o tym może choćby powszechny szok, z jakim spotykają się ataki takie jak ten w Norwegii.
Weźmy Polskę. Napięcie społeczne, z jakim mamy do czynienia od dobrych kilku już lat, jest całkowicie nowe. Wydaje się, że ten rodzaj ludzkiej wrogości, jaki zapanował już nie tylko wśród ludzi sobie obcych, ale też wśród przyjaciół, czy wręcz rodzin, nie jest w stanie się równać z tym, z czym mieliśmy do czynienia w czasach PRL-u. Poziom agresji, jaki możemy obserwować zarówno w mediach oficjalnych, jak i w Internecie, niekiedy nie ma sobie równych w całej naszej najnowszej historii. I zwróćmy uwagę, że z tego wszystkiego możemy się doliczyć właściwie tylko jednego przypadku, gdy jakiś opętaniec zamordował działacza Prawa i Sprawiedliwości, a grupa innych opętańców zamordowała Prezydenta RP i przy okazji 95 osob, mających tego pecha, że byli tam razem z nim. Ktoś powie, że to dużo. Pewnie że dużo. To tylko ów Brejvik, w swoim chorym umyśle, może twierdzić, że nigdy nie jest za dużo, lecz co najwyżej za mało. Jednak musimy uczciwie przyznać, że przy tak silnym napięciu, od tak wielu już lat, to prawdziwy cud, że mamy tylko te dwa morderstwa. O czym to może świadczyć? Wydaje mi się, że z całą pewnością o jednym: że w Polsce Brejvików na sto procent nie ma. Bo gdyby byli, to nasze ulice spływałyby krwią.
Radosław Sikorski ostatnio zaczął się bać Polaków. Uważam, że jest to informacja bardzo istotna i interesująca sama w sobie. Za chwilę zresztą, wypowiem się na ten temat trochę szerzej. Chciałbym jednak wrócić na chwilę do czasów jeszcze bardzo dawnych, kiedy to wszystko zaledwie się zaczynało. Otóż przypominam sobie – pisałem o tym zresztą tu na blogu – jak któregoś dnia dziś już nieżyjący Lech Kaczyński udał się z wizytą na Podbeskidzie, konkretnie do Bielska Białej. Z tej okazji, „Gazeta Wyborcza” w swoim lokalnym wydaniu, opublikowała tekst zatytułowany „Prezydent w Beskidach. Ale o co chodzi?”, a w nim słowa niejakiej red. Ewy Furtak następującej treści:
Do Bielska-Białej prezydent ma przyjechać w sobotę. W połowie września do bielskiego ratusza przyszło pismo z jego kancelarii z podziękowaniem za zaproszenie do odwiedzenia miasta i informacją, że prezydent przyjmuje je z przyjemnością. Ale - jak powiedziano ‘Gazecie' w urzędzie miasta - akurat teraz nikt prezydenta oficjalnie nie zapraszał. Prezydent od ponad tygodnia objeżdża kraj i odwiedza średniej wielkości miasta. Oficjalnie w ramach obchodów 90-lecia odzyskania niepodległości."
Ktoś powie, że to nic takiego. Może dziś, ten typ dziennikarskiego umiaru byłby uznany – w końcu Polska nie stoi w miejscu – za coś wyjątkowego, ale wtedy tak to własnie wyglądało. Po tym jednak sugestywnym początku, następuje dyskusja internatów, i tu już trzeba będzie odwołać się do głosu ludu. Ludu, o którym, jak się domyślam, wspominał podczas swojej konferencji prasowej w Londynie, Radosław Sikorski. Przypominam tylko, że mamy do czynienia z portalem wyborcza.pl. Proszę posłuchać. To jest fakt. Jedyne co poprawiłem, to naturalne dla tego typu przekazu błędy.

***

Może pomidorkiem albo jajkiem zgniłym dostanie? Należy się temu idiocie.

***

Oj, ciupagi w Beskidach też są w użyciu! Może się kaczuszka zdziwić jak mu góral-protestant ciupagą "zaprotestuje"....

***

Nie wiem, czego tutaj będzie szukał ten mamlaty, zakompleksiony karzeł. Nie cieszy się poważaniem na Podbeskidziu - niepotrzebnie się tu pcha - bo będzie to jego kolejna porażka i punkciory ujemne do przyszłych wyborów. Pewnie w Bielsku dostanie sraczki - no i bardzo dobrze - spieprzaj, dziadu do mamusi.

***

Ten osobnik nie jest wolny. Najchętniej zrzekłby się urzędu, ale jego pedalski braciszek mu na to nie pozwala - stąd taka deprecha, sraczki, wściekanie się na opozycję. Ale im bardziej się wścieka i sraczkuje - większa szansa, że na serce zejdzie, albo mu jelito grube pierdolnie. Cieszmy się!

***

Zobaczcie.....kaczka leci. Oooo..... i bęc!

***

Na szacunek trzeba sobie zapracować. A ten pokurcz akurat tego nie potrafi. "Ale wtedy nie spotkał się z mieszkańcami, bo padał deszcz."
Hahahahahahah! Żałosne działania.

***

Żałosne. Nie dość, że wprasza się na szczyt UE, to teraz i tu. Brak słów...

***

Co by tu, kurwa, jeszcze spieprzyć panowie. Tak działają wielcy urzędnicy kancelarii pisdęta. I bardzo dobrze.

***

Na spotkanie z Panem Prezydentem ani ja, ani nikt inny z mojej rozlicznej rodziny się nie wybiera. Nie lubię i nie poważam. Mam go aż nadto dość na co dzień w TVP, Szkle Kontaktowym itd.

***

Przecież go tam nikt nie chce - niech jedzie do drugiego kaczora. Jak tego człowieka szanować???? Totalne dno !!! Dlaczego Naród Polski musi cierpieć przez tego pajaca??????????????

***

Nikt memłacza nie zaprasza, a on wpierdala się na krzywy ryj i wkurwia ludzi. Takim samym wpierdalaniem jest próba zastąpienia premiera w Brukseli.

***

Dureń z wigorem, wigoru to ma więcej od Tuska. Tak, ale wtedy gdy go zażywa i trzyma jeszcze w ryju przed połknięciem. Czemu on tak wkurwiająco wpływa na ludzi i czy on o tym wie. Ma teraz nowego podpowiadacza, ofleja i brudasa w jednym. Jak delegacje innych państw mogą reagować na takiego śmierdzącego od papierosów kacyka? Ten nieogolony facet ma to, co wszyscy menele wokół ust na zaroście. Nalot od dymu. Gdy się taki myje codzienne, to tego nie widać, a tu widać. Czyli kacyk się nie myje i z takimi tuzami my do Europy!

***

Pokurcz wtedy nie wyszedł, ale z powodu swoich słabych zwieraczy i upodobań do "czachojebów". Po co na deszczu, jak można w ciepełku i blisko kibla.
Jeśli ktoś nie pamięta, o co chodziło z tym „kiblem”, to przypomnę. W tamtych czasach, ogólnopolskie media doniosły, że prezydent Kaczyński cierpi na chorobę zwieraczy i musi często korzystać z toalety. Informacja ta, ponieważ była bardzo zabawna i podnosząca część społeczeństwa na duchu, została chętnie przyjęta przez kulturę popularną, i w niektórych środowiskach utrzymuje się do dziś, o czym może świadczyć choćby rysunek Andrzeja Mleczki, zamieszczony w jednym z jego ostatnich tomików.
I teraz jest tak. Wprawdzie, pomijając jeden, też nie do końca bezpośredni, apel internauty, opublikowany przez Agorę, o to, by Prezydent został zamordowany, powyższe wpisy zawierają wyłącznie obelgi i złośliwe żarty pod adresem Lecha Kaczyńskiego. Nikt chyba jednak nie ma wątpliwości, że faktyczny przekaz tych wpisów jest jeden: „Śmierć!” Tu nie ma żadnych wątpliwości, że z tego, co mamy okazję przeczytać, wynika jedno przesłanie – nie będzie spokoju, dopóki on żyje. I przyznaję. Ów apel został przyjęty i Prezydent umarł. Czy nastał spokój? Oczywiście, że nie. Miał też umrzeć Jarosław Kaczyński, ale wyszło tak, że, zamiast niego, umarł jakiś drobny, lokalny działacz. Wprawdzie Stefan Niesiołowski bardzo chciał, żeby to on był tu celem, ale, jak się okazało – to jeszcze nie dziś. Wyszło na to, że efektem tej kampanii pogardy i agresji stało się jedno zabójstwo i jedna katastrofa lotnicza. I tyle. Jak już wspomniałem, to oczywiście o 97 śmierci za dużo, ale, przede wszystkim, czy naprawdę tak trudno sobie wyobrazić sytuację, że tych mordów jest dziesięć, czy sto razy więcej? Zwłaszcza, że – jeśli z jednej strony postawimy kogoś zwyczajnie szalonego, a z drugiej oficjalny przekaz, który owemu szaleńcowi tłumaczy, że jego reakcje są naturalne i zdrowe – kolejka chętnych powinna naprawdę być znacznie dłuższa.
Ale zwróćmy uwagę na jeszcze jedną kwestię – i może tym samym przejdźmy powoli do tematu stojących za zachowaniem Radosława Sikorskiego emocji – a mianowicie takiej oto zagadki, dlaczego Radosław Sikorski nie rozpoczął swojej krucjaty przeciwko internetowej agresji już wtedy? Wtedy, gdy ona dopiero raczkowała, ale raczkowała – jak widzimy – mocno i z bardzo dobrymi perspektywami. Otóż wydaje mi się, że on wtedy nie reagował, bo czuł się zupełnie dobrze, wiedząc doskonale, że mu nic-a-nic nie grozi. On wówczas świetnie wiedział, że naprzeciw siebie nie ma dyszących pragnieniem śmierci wilków, lecz całkowicie otumanione, nicnierozumiejące, kompletnie bezradne stado owiec. Bo, jak idzie o wilki, to one są z nim. Wierne i posłuszne.
No i tym samym, pojawia się kolejna zagadka – czemu Sokorski zaczął się bać dziś? Bo to że się boi, wydaje się być faktem. Ktoś oczywiście powie, że on się nie boi niczego. Że to tylko taka gra. Że on chce sobie sprytnie przygotować miejsce do kolejnych lat dobrego i szczęśliwego życia. Myślę, że to nie jest prawda. On się naprawdę boi. Tyle że nie koniecznie tego, że ktoś przyjdzie do niego do domu i go zastrzeli. To akurat on wie świetnie, że jeśli ktoś do kogoś będzie strzelał, to tylko jakiś młodzieniec z Młodych Demokratów do Jarosława Kaczyńskiego. I że ten ktoś to zrobi, to w głębokim przekonaniu, że minister Sikorski taką akcję pochwala. Natomiast on boi się czegoś innego. On się boi nastrojów. Nastrojów, których jakimś tam symbolem stał się dla niego ów Anders Behring Breivik. Bo nawet on to wie – albo sam z siebie, albo z informacji, jakie uzyskał od swojej żony – że coś takiego, jak nastroje, potrafi być bardziej niebezpieczne od dziesięciu Brejvików z całą saletrą dostępną we wrocławskich sklepach. Mówię o nastrojach, które nie zabijają, bo to są nastroje dostępne wyłącznie ludziom dobrym i szanującym życie. Ale jednocześnie ludziom, którzy im bardziej są cierpliwi, tym bardziej są zdeterminowani, gdy ta ich cierpliwość się kończy. Mówię o ludziach, których taki Sikorski bardziej się boi od internetowych wariatów, czy to z Norwegi, czy z Polski.
A więc Radosław Sikorski śmierci się nie boi. On się boi czegoś znacznie gorszego, niż zamach, niż śmierć, niż wariat z bombą. On się zwyczajnie boi demokracji. I dlatego to, już ponad rok temu, zaczął się zachowywać tak dziwnie, i ten stan się u niego już tylko pogarsza. Cóż więc pozostaje nam? Myślę, że powinniśmy się Sikorskiemu przyglądać. Nie tylko jemu, ale jemu zwłaszcza, bo to jest człowiek, który traci naprawdę wiele i, jak widzimy, szczególnie źle świadomość tej utraty znosi.
Zachęcam do kupowania mojej książki o siedmiokilogramowym liściu, i proszę o – w miarę możliwości – ciągłe wspieranie tego bloga. I tu i tam jest naprawdę bardzo dużo ważnych słów i obrazów. A jeśli uda się tę książkę sprzedać, to wydam kolejną, z tekstami już z okresu po Smoleńsku. I to dopiero będzie prawdziwy obraz tego, jak się zmieniały te nastroje, by osiągnąć stan, którego Radosław Sikorski tak się dziś przeraził.

16 komentarzy:

  1. Wprawdzie jakąś godzinę temu zapodałem to pod poprzednią notką, ale tutaj chyba nawet lepiej pasuje, gdy tam dyskusja właściwie wygasła.

    Dlatego przeklejam, co następuje:

    Jak wiecie, korzystając z cierpliwości toyaha, lansuję tu taką syntezę, że jesteśmy widzami, czasem statystami, a niekiedy nawet uczestnikami rozgrywającej się wojny:

    Prawda przeciw Przemocy.

    Ostatnie wydarzenia zmuszają do bliższego przedstawienia antagonistów:


    1) Z istoty rzeczy, prawda agresywna być nie może. Natomiast przemoc, agresywna być musi - też z samej istoty rzeczy.

    2) Przeciwstawione prawda i przemoc mają przeciwstawne cele. Celem prawdy jest prawda, a celem przemocy jest przemoc. W szczególności, celem terroru jest terror.

    3) Przemoc z prawdą walczyć musi, bo - jak wiadomo - prawda wyzwala. Natomiast prawda walczyć nie musi, bo ona jest nieśmiertelna i odradza się mimo przemocy (szkoda, że czasem zbyt dużym kosztem i czasem za późno).


    Wniosek:

    Niedorzeczne („oksymoroniczne”) są projekty typu: „wprowadzę prawdę przemocą”.

    Takie projekty zdarzają się w różnych kombinacjach, dających się z grubsza podzielić na dwie grupy:

    - typu lewackiego (np. hitlerowskiego, komunistycznego, multikulti, itd.), w którym wcale nie chodzi o prawdę, ale jak najbardziej i tym bardziej chodzi wyłącznie o przemoc. Dopuszczone fragmenty prawdy są wyselekcjonowane do kamuflażu przemocy.

    - typu „brejvikowego”, w którym następuje sfałszowanie dążenia do prawdy poprzez przemoc, gdy ta jest obiektywnym wrogiem prawdy. Także w takim sensie, jaki jest zawarty w spostrzeżeniu: „pierwszą ofiarą wojny jest prawda”*/.


    Nie wydaje mi się, żeby był sens cokolwiek więcej powiedzieć w sprawie tej ostatniej przemocy norweskiej i w sprawie jej wykorzystywania dla dalszej promocji przemocy (także w Polsce).

    Z ostatniej chwili:
    Jeszcze nie mogę się zdecydować, do którego typu należy podtyp "sikorski". Ale on nie wytrzyma, sam się ostatecznie przyporządkuje.

    i jeszcze dedykacja dla przydrożnej pani Jabłońskiej od nieocenionych King Crimson:

    "All of you know that the girls of the road
    Are like apples you stole in your youth."

    http://www.youtube.com/watch?v=WQKp5FVslG0

    ---------
    */ H.Johnson: The first casualty when war comes is truth.

    OdpowiedzUsuń
  2. I dla równowagi, z tego samego źródła: gratka dla Zdradka:


    "You don't possess me
    Don't impress me
    Just upset my mind
    Can't instruct me or conduct me
    Just use up my time."


    http://www.youtube.com/watch?v=QbkdZFhYIOQ

    OdpowiedzUsuń
  3. @orjan
    Ładnie powiedział ten Johnson. A King Crimson? Wiadomo!

    OdpowiedzUsuń
  4. Toyahu,

    Troszke poza tematem,przeczytalem dzis na stronie Daily Mail o komentarzu Twego ulubionego artysty Morrissey'a odnoszacego sie do zbrodni w Norwegii.

    W trakcie warszawskiego koncertu w niedziele powiedzial:To co stalo sie w Norwegii to nic w porownaniu ze zlem czynionym codziennie przez sieci McDonalds i KFC.

    Jakis czas temu narzekales tu w tym miejscu na Lennona i jego idiotyczne spojrzenie na swiat(to z kolei moj ulubiony artysta)

    Taki maly rewanz z mojej strony:))

    Czy ich juz wszystkich popierd....?

    OdpowiedzUsuń
  5. tobiasz11

    Zasięg horyzontu zależy od wyprostowania się.

    OdpowiedzUsuń
  6. @tobiasz11
    Morrissey to bardzo konsekwentny ekolog. Jest przeciw zabijaniu zwierząt, aborcji, eutanazji, przeciw pornografii, przeciw tzw. wielokulturowości, przeciw nowej cywilizacji pod każdą postacią. On nawet przez 30 lat pozostawał całkowicie dyskretny co do swego homoseksualizmmu.
    Przez te 30 lat, on wygłaszał opinie tak radykalne, że ten tekst z Warszawy mnie nawet specjalnie nie zaskakuje. Równie dobrze mógłby powiedzieć, że w tym czasie o wiele więcej dzieci padło ofiarą aborcji. Tyle że my byśmy go za to podziwiali.
    Owszem - to prawdopodobnie wariat znacznie większy, niż Ty i ja, ale to jedno mu muszę przyznać. W swoich poglądach, pozostaje całkowicie samodzielny. No i jednak trzeźwy. W odróżnieniu od wspomnianego przez Ciebie Lennona, który miał mózg całkowicie przeżarty przez narkotyki, a intelektualnie głównie lawirował między naukami Mao, a sztuką swojej żony.

    OdpowiedzUsuń
  7. @orjan

    Od kilkunastu miesięcy mam wrażenie, że znaleźliśmy się (w Polsce i globalnie) w jakimś szczególnym czasie walki Dobra ze Złem. Na razie to zło, które Ty nazywasz przemocą, wydaje się zwyciężać - jest hałaśliwe i wszechobecne. A Dobro i Prawda siedzą sobie cichutko przytłoczone całym tym zgiełkiem. Ale to nie znaczy wcale, że są bezbronne i z góry skazane na porażkę. Zło też o tym wie, dlatego cały czas się intensyfikuje.
    I teraz dochodzimy do bohatera wpisu Toyaha. Radek też jest coraz bardziej hałaśliwy i radykalny, bo on już nie może wytrzymać wobec tej ciszy Prawdy. On ją musi zakrzyczeć prewencyjnie. A że to jest jakiś fatalny dance macabre prosto w otchłań, świadczy o tym fakt, że wciąga w to małżonkę - do niedawna intelektualistkę i osobę o dwie półki wyżej od nieszczęsnego Radka.

    OdpowiedzUsuń
  8. @Marion

    Na to właśnie wygląda.

    Ja używam określenia "przemoc", bo tu chodzi o metodę, która oderwała się od jakiegoś tam celu, do którego miała może prowadzić, a który miał ją może "uświęcać".

    Być może nawet tym celem było u zarania jakieś konkretne "Zło", albo nawet bruk dobrych chęci.

    W każdym razie, ta przemoc sama stała się swoim celem. Dowodem na to jest, że nie potrafi się już zatrzymać.
    Tak samo jak jej profitenci, którym poświęcamy tu uwagę.

    OdpowiedzUsuń
  9. W codziennym surfowaniu po sieci od prawa do lewa "zachaczam" rowniez o Twoj blog. Co za kopalnia obbserwacji psycho-socjo i filozoficznych! Od "morderstwa" ma Prezydenckie do odkrywczyn stwierdzen: "Celem prawdy jest prawda, a celem przemocy jest przemoc. W szczególności, celem terroru jest terror." Poprzez "odkrycia" o zgodności poglądow w małzenstwie Sikorskiego do wyrazanego zalu o nieczytaniu blogow autora przez pania Toyahową, od definicji "najszczesliwszego czlowieka na swiecie" do wybranych przykladow chamstwa i nienawisci w internecie.

    To wszystko jest niezmiernie ciekawe. W tyglu sieciowych informacji, poglądów i opinii jestes "ostoją" ktorej wnioski sa zawsze znane zanim zacznie sie czytac. Wiadomo na co mozna liczyc, na czym polegac, jakie beda analizy otaczajacego nas swiata niezaleznie od nowych faktow codziennie sie pojawiajacych. Prawdziwa "przystan" dla szukajacych analiz dostarczajacych dzien w dzien tych samych wnioskow.

    Dobrze ze piszesz. To jest jednak jakas metoda pozbywania sie emocji. I pokazywania stanu ducha w jakim zyja tysiace. To wspaniale zrodlo poznawania psychiki, sposobu myslenia i schematow jakimi posluguje sie nasza jażń i podświadomość. To kopalnia informacji dla interesujacych sie psychologią społeczną, filozofia poznawczą i
    socjologią kulturową. Musze dodac, ze szczerosc Twoich pogladow i opinii zwieksza wartosc poznawczą. I jest to oczywiscie duzy plus tego bloga.

    OdpowiedzUsuń
  10. @Leszek
    On był taki od początku. I już inny nie będzie.
    Miło mi, że znajdujesz tu Coś dla siebie.

    OdpowiedzUsuń
  11. @toyah

    Dobrze, że przytoczyłeś te wpisy z portalu GW obrazujące skalę nienawiści wobec prezydenta Kaczyńskiego. Większość ludzi już o tym zapomniała, a znaczna część (na czele z redaktorami GW) już wówczas bagatelizowała sprawę, sprowadzając to do incydentalnych frustracji.
    Jakiż dysonans wywołują te wpisy w zestawieniu z dzisiejszym biadoleniem Sikorskiego, że ktoś go chce zabić, bo na portalu Rzepy znalazł się jeden wpis o snajperze i kulach przeznaczonych dla Radka oraz Tuska. Nie wiem, czy to jest część wojny z internautami, czy też Sikorski chce wykazać, że ta nienawiść w stylu Breivika leży po stronie przeciwników PO. A może wszystko naraz + kampania wyborcza.

    P.S. A na konferencji Millera wszystko zmierza w kierunku złego wyszkolenia pilotów. Jednak postanowili poświęcić Klicha.

    OdpowiedzUsuń
  12. @Marion
    A ja jestem niemal w stu procentach pewien, że ten wpis o strzelaniu do Tuska i Komorowskiego dał ktoś od nich.

    OdpowiedzUsuń
  13. @Leszek

    Z pewną nieśmiałością ja wypraszam sobie autorstwo tych stwierdzeń, że celem terroru jest terror.

    Tak stwierdził znawca znacznie w tym zagadnieniu większy ode mnie: niejaki Włodzimierz Uljanow (ksywka: Lenin).

    Akurat w takich kwestiach można mu wierzyć.

    OdpowiedzUsuń
  14. Język agresji i nienawiści

    Gdzie w Polsce spotykamy język agresji i nienawiści?
    - Na Krakowskim Przedmieściu, w Warszawie.

    Kiedy?
    - 10 dnia każdego miesiąca!

    Konrad Lesiak na swoim blogu pisze o potrzebie odrzucenia języka nienawiści:

    http://ideowerefleksje.blogx.pl/

    OdpowiedzUsuń
  15. @OstrowskiR
    To prawda. Na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie każdego miesiąca jest pogardy i nienawiści niemal tyle co w porządnym Psalmie Króla Dawida. A ja tę nienawiść rozumiem i niech ten grzech idzie na moje sumienie. Natomiast, jeśli o tym mi przypomina Janusz Palikot, czy ktoś, kto się do niego odwołuje, to - przepraszam bardzo - ale ja już tylko ziewam.

    OdpowiedzUsuń
  16. @OstrowskiR u. @Lesiak

    Odrzucić język nienawiści?

    To proste, zacząć mówić prawdę!


    @Leszek

    To też nie ja, ale ...

    Amen!

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.