wtorek, 5 lipca 2011

Ja, homo sovieticus

Tak się złożyło, że znów przez parę dni nie będę pisał. Otóż jutro rano wjeżdżam do Poznania i pod Poznań, żeby się spotykać z ojcem Rachmajdą i naszym księdzem Don Paddingtonem. Samo to wydarzenie jest dla mnie czymś bardzo radosnym, jednak z drugiej strony martwię się cały dzień, bo chciałbym coś napisać, byście mieli co czytać przez te dwa dni, a w głowie mam tylko tego nieszczęsnego „Misia” i jego fanklub. Przez chwilę pomyślałem, ze skomentuję występ w „Kropce nad i” Marka Żylicza, profesora, członka komisji Jerzego Millera i staruszka w tak karykaturalnym wydaniu, że ani Władysław Bartoszewski, ani Tadeusz Mazowiecki, ani choćby Kazimierz Kutz nie byliby w stanie z nim konkurować, nawet gdyby ich wypuścić na nas bez snu, bez jedzenia i bez pastylek. No ale powyższe zdanie jest wszystkim co na ten temat umiem powiedzieć, a i tak mam już z pewnością grzech. Powiem tylko może jeszcze, że już nie muszę czekać aż Donald Tusk przeczyta raport, a zaprzyjaźnione biuro tłumaczeń otrzyma ten swój złoty przelew. Jeśli ów zespół Millera składa się z takiego zestawu ekspertów, to ja już wiem wszystko. Między innymi i to, ze Donald Tusk wiedział, co robi.
A więc wciąż myślę o Barei, a do tego jeszcze, za sprawą komentatora podpisującego się jako Paweł, o PRL-u. Poszło mianowicie o to, że w jednym z ostatnich komentarzy pod wpisem o Barei, chcąc mnie przekonać, że pokazana u Barei peerelowska Polska to czysty hiperrealizm, Paweł zacytował jakiegoś anonimowego recenzenta, który jakiś czas temu oświadczył, że „Miś” to:
obraz społeczeństwa, które, poddane totalnemu kłamstwu, oddychające tym kłamstwem, zatrute nim, kupiło je i uznało za regułę rządzącą światem. […] I jeśli potrafimy patrzeć, nagle dostrzegamy syntezę socjalizmu, jakiej nie stworzył bodaj nikt. Portret tej chorej, zbrodniczej ideologii, pokazanej w jej codziennych ofiarach. Widzimy Polskę, do imentu – pardon – skurwioną, ześwinioną, załganą, przepychającą się jak stado świń u półpustego koryta, widzimy ludzi zdegenerowanych i zdeformowanych życiem w paskudztwie Peerelu, i w tych ludziach widzimy samą istność realnego socjalizmu”.
Wprawdzie, po tych słowach pada jeszcze – ni z gruszki ni z pietruszki, kompletnie bez sensu i bez śladu logiki – zapewnienie, że taka Polska i tacy Polacy, są przez Bareję przedstawieni „bez odrobiny żółci, bez pogardy dla ześwinionych ludzi, wręcz z miłością dla nich”, no ale jeśli są osoby tak naiwne, by tej wymówki nie potraktować, jako wyłącznie próby ucieczki przed najbardziej ciężkim słowem, to proszę nie oczekiwać, że będę nią ja. Widzimy u Barei Polskę „skurwioną, ześwinioną, załganą, przepychającą się jak stado świń”, widzimy Polaków „zdegenerowanych, zdeformowanych i ześwinionych”, a przy okazji bardzo ich uprzejmie zapewniamy o swojej miłości i szacunku. Oto właśnie kwintesencja tego, co się w naszej popularnej kulturze, ale również w naszej myśli o Polsce, przyjęło określać hasłem „Bareja”.
Jakiś czas temu napisałem tu parę tekstów zaczepiających Stefana Chwina, reżimowego pisarza i publicystę. Powodem dla którego się nim zająłem, była jego wypowiedź jeszcze za życia gazety o nazwie „Dziennik”, gdzie zabierając glos w ankiecie zatytułowanej „Czy Polska jest sexy”, ów mąż powiedział co następuje:
…chodniki i jezdnie, przechodnie i latarnie, drzwi i okna, gesty, fason mówienia, naród kurtkowców, szalikowców, bereciarek, kłębiący się w przejściach podziemnych dresowaty lud z lumpeksu, który siebie samego nie cierpi, bo wie, że jest pogardzany i sam sobą pogardza, przekonany przy tym głęboko, że winę za wszystko ponoszą podli inteligenci, agenci i aferzyści […] Wystarczy pojechać chociaż raz na Ibizę czy Wyspy Kanaryjskie, by poczuć do głębi prawdziwą ohydę klimatu środkowoeuropejskiego, na jaki zostaliśmy skazani fatalnym wyrokiem losu. Od listopada do maja krajobraz polski sączy prawdziwie depresyjne trucizny i nie zmienią tego nawet najbardziej olśniewające mazurki Chopina, seriale 'M jak Miłość' oraz 'Złotopolscy' czy polski Papież w każdym oknie”.
Opinię Chwina potraktowałem wówczas tak jak ona na to zasługiwała, a więc tak zwanym „kopem w ryj”, i już bardziej grzecznie sformułowaną prośbą, by Chwin się jak najszybciej spakował i z Polski wypieprzał. A proszę zwrócić uwagę na fakt, że Chwin zaprezentował tę swoją satyrę – to była satyra, prawda? – nie w stosunku do świata, który wywołuje w nas wyłącznie wzruszenie i serdeczny spokój, lecz w stosunku do świata o którym sam wciąż powtarzam, że będzie on musiał jeszcze za wiele odpowiedzieć. Mimo to potraktowałem Chwina tak jak go potraktowałem, bo ani mi do głowy nie przyszło myśleć, że Chwin wypluwając z siebie owe bluzgi pod adresem Polski i Polaków, tak naprawdę swoje talenty kierował pod adresem III RP. Ani mi do głowy nie przyszło, bym nagle miał przyznać, że, owszem, ciężkie to słowa, jednak w pewnym sensie jak najbardziej słuszne, i z pewnego punktu widzenia stawiające Chwina w naszych szeregach – szeregach ludzi, którzy poświęcają swoje życie, by Polskę wyprowadzić z tej smutnej zapaści.
Ale dziś też muszę przyznać coś samemu Chwilowi. On Polskę potraktował jak potraktował, ale przynajmniej nie zaczął się w chwilę później wykręcać i zapewniać nas, że przez niego przemawia wyłącznie miłość i szacunek. On był przynajmniej szczery. W odróżnieniu od takiego Barei i jego dzisiejszych wyznawców.
Każdy kto jest na tyle zawzięty, by czytać ukazujące się tu od ponad już trzech lat teksty, wie, co ja sądzę o współczesnej Polsce i Polakach. Ale też wie, jakie jest moje zdanie na temat PRL-u, na temat ludzi PRL-u i na temat życia w tamtych czasach. Myślę, że wie też, że, kiedy zdarza mi się wpaść w nastrój naprawdę ponury, miewam prawdziwy dylemat, co do tego, czy rzeczywiście warto nam było zamieniać to cośmy mieli kiedyś, na to co mamy dziś. Napisałem zresztą na ten temat całkiem pokaźną liczbę tekstów, i wydaje mi się, ze nie obrażę się, jeśli ktoś po ich przeczytaniu pomyślał sobie o mnie, że jestem zwykłym komunistą. A mimo to – muszę jeszcze raz na to zwrócić uwagę – kiedy przeczytałem, jak Chwin traktuje moją Polskę, uznałem, że jeśli mam wybierać między połączonymi siłami PRL-u i III RP, a nim, to bez chwili wahania skreślam jego. Stefana Chwina – durnia, szuję i zaprzańca.
Ktoś mi powie, żebym się nie wygłupiał, bo wszyscy wiemy, czym był PRL. Otóż ja mam nie gasnące przekonanie, że chyba jednak nie wszyscy. To znaczy, wszyscy wiemy, czym podobno był PRL, natomiast czym on był naprawdę, wielu z nas albo nie miało okazji się nigdy przekonać, albo – jeśli kiedyś się o tym osobiście przekonali – to z jakiegoś powodu dali sobie z czasem pomieszać skutecznie w głowach i tę wiedzę stracili. A najlepiej o tym świadczą nie filmy Barei – bo sam Bareja akurat doskonale to wiedział, tyle że kręcił śmieszne filmy – lecz opinie o PRL-u takie, jak powyższa, zacytowana – ciekawe, że najprawdopodobniej w jak najlepszych intencjach – przez Pawła.
Jeszcze przed trzema laty, napisałem tekst, który zatytułowałem „Homo sovieticus, czyli o skuteczności tresury”. Łączy się z nim pewna anegdotka. Otóż publikowałem wtedy w Salonie24, a więc wśród komentarzy ukazujących się pod moimi notkami, obok głosów życzliwych, pojawiało się dużo akcentów wrogich, czy wręcz nienawistnych. I oto – pamiętam to świetnie do dziś – pod tym tekstem ukazała się komentarz kobiety nazwiskiem Rudecka-Kalinowska – osoby w typie…ja wiem? No, nie umiem wymyślić nic celnego. Otóż, ku mojemu zdziwieniu i zawstydzeniu, owa Rudecka-Kalinowska bardzo ten mój tekst pochwaliła, a mnie potraktowała nadzwyczaj przyjaźnie i życzliwie. Ja wiedziałem, że ona tego, co ja napisałem musiała zwyczajnie nie zrozumieć – to własnie wtedy po raz pierwszy zrozumiałem – że ona jest zwyczajnie głupia, niemniej przykrość pozostała. Ponieważ wciąż się tu powtarzają głosy, sugerujące, że Rudecka-Kalinowska uwielbia Bareję – a ja jestem na sto procent przekonany, że go uwielbia, a „Misia” zwłaszcza – tylko, ze za tym uwielbieniem stoi zwykła głupota, chciałbym przypomnieć ten swój stary tekst o „homo sovieticusie”. Tak by pokazać, że ja też tak potrafię, jak Bareja. Stworzyć coś, co będzie potem przez intelektualistów kompletnie niezrozumiałe. Zapraszam, i tradycyjnie proszę o finansowe wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. A jak wrócę w piątek, to obiecuję, że Wam znów coś opowiem.

Przeczytałem tu niedawno niezwykle ciekawą refleksję, gdzie autor zastanawiał nad tym, ogólnie rzecz ujmując, co system sowiecki zrobił z ludźmi, których uważał za swoich poddanych. Temat jest tak obszerny, że umówić go skutecznie nie udało się ani autorowi wspomnianej refleksji, ani nie uda się tego zrobić mnie, ani też nie sposób go omówić pewnie w ogóle, a co dopiero w tak krótkiej formie, jaką jest zwykły skromny blogowy wpis. Na dodatek, temat ten, oprócz tego, że niezwykle złożony, jest okropnie śliski, bowiem wystarczy powiedzieć „homo sovieticus” , żeby do tego światła zaczęły się garnąć nie tylko osoby prawdziwie uczciwe i zatroskane, ale również, a być może nawet przede wszystkim, najgorszego autoramentu manipulatorzy, którzy, gdy tylko zwietrzą okazję, by dokopać komuś, kogo nie lubią, sięgają po ten argument z niezwykłą lubością.
Z tym drugim typem mieliśmy w ciągu tych kilku lat wolności do czynienia – i wciąż mamy – aż nazbyt często. Czy to jakiś światły publicysta, czy jakiś mądry polityk, czy któryś bardzo nowoczesny ksiądz, właściwie każdego dnia nachyla się nad tym marnym, głupim Polakiem i mówi mu ciepłym, zatroskanym tonem: "“Jesteś jakże typową ofiarą systemu. Nie ja, ale ty". A system był, system działał i system nie próżnował. A ja dziś bardzo chciałbym wtrącić swoje trzy grosze do tej niekończącej się rozmowy o tym, co osiągnął?
Mam tu jedno, bardzo interesujące wspomnienie. Pewna dziewczyna studiowała w innym mieście i co tydzień wracała pociągiem do domu. Ponieważ pociąg przyjeżdżał na dworzec jej miasta późnym wieczorem, zawsze czekał na nią jej chłopak. Któregoś dnia, pociąg z jakiegoś powodu się spóźniał. Ponieważ żadnej informacji o spóźnieniu i o czasie spóźnienia nie było, chłopak poszedł do odpowiedniego okienka. Pani nie było w okienku, za to stała w głębi, na zapleczu, i gawędziła sobie z koleżanką. Chłopak czekał cierpliwie, wreszcie zawołał: “Może by tak pani zechciała tu podejść”. Pani podeszła do okienka, wychyliła głowę na zewnątrz i zawołała do przechodzących milicjantów, żeby zrobili porządek z “tym awanturującym się pijakiem”. Milicjanci przyszli, wsadzili chłopaka do swojej niebieskiej nyski, zawieźli na posterunek milicji, przesłuchali, a następnie skierowali sprawę do kolegium, które odpowiednio skazało chłopaka na bardzo wysoką grzywnę za awantury po pijanemu. Przyznać trzeba uczciwie, że go nie pobili, bo przecież mogli. Może oszczędzili go, bo się nie stawiał i nie pyskował.
I teraz przed nami trzech bohaterów tego zdarzenia. Wszyscy trzej żyli w ramach systemu i trzej podlegali obróbce, o której własnie przeczytałem na jednym z blogów. Pani z okienka, pan milicjant i chłopak. Powstaje pytanie: która z tych trzech osób dała się wytresować systemowi? Pan milicjant, który napisał wniosek do kolegium, pani z okienka, która poczuła się częścią systemu i zadziałała, czy chłopak, który wszystko, co milicjanci kazali, wykonał bez protestu, mimo, że był całkowicie niewinny? Gdybym pytanie to zadał komuś takiemu, jak na przykład red. Żakowski, to pewnie bym się dowiedział, że „homo sovieticusa” poznajemy nie po tym, co robił kiedyś, ale jak się prowadzi obecnie. Gdybyśmy spytali o to jakiegoś komunistę, powiedziałby nam, że nikt tu nie zawinił, bo PRL był naszą wspólną ojczyzną i trzeba było jakoś żyć. A my? Co na ten temat sądzę ja i Wy? Pozwólcie, że zanim ja wypowiem się jednoznacznie, jeszcze przez chwilę powspominam.
Kiedy byłem dzieckiem, chodziłem z moim ojcem na pochody pierwszomajowe. Bardzo lubiłem te pochody i bardzo lubiłem, jak jest 1 maja, bo było wesoło, kolorowo, pod moim oknem jeździli kolarze, w parku sprzedawali watę na patyku i wiatraczki z plastiku i oranżadę. Później przestałem je lubić i przestałem w nich brać udział. Zorientowałem się też, że nikt właściwie pierwszomajowych pochodów nie lubi, a już zwłaszcza ci, którzy na nie chodzą. Pochodów nikt nie lubił, komunistów każdy nienawidził, a gdybym historię chłopca z dworca opowiedział publicznie tym wszystkim obywatelom machającymi flagami, balonikami i chorągiewkami, prawdopodobnie ogromna większość splunęłaby symbolicznie, ale by się nie zdziwiła. Bo ogromna większość wiedziała, że komuniści to mordercy, których należy się bać. Jednocześnie jednak, pewnie ta sama większość powiedziałaby, że po pierwsze chłopak dobrze zrobił, że się nie kłócił, że milicjant jakiś porządniejszy, bo chłopca nie pobił, a pani z okienka to zwykła ruska swołocz, ale może była pijana.
Czy można powiedzieć, że oni wszyscy – ci ludzie w komunistycznym pochodzie – byli psychicznymi ofiarami systemu? Czy może na odwrót. Może to właśnie dzięki ich zdrowemu rozsądkowi, jakoś się nam udało? Skłonny jestem przypuszczać, że owszem, wśród nas było dużo, bardzo dużo ludzi, którzy jakoś tam padli ofiarą tej wielkiej operacji pod nazwą “budujemy człowieka radzieckiego”. Niektórzy bardziej, inni mniej, jedni częściej, inni rzadziej. Ale na ogół nie mam pretensji. Uważam, że na ogół nie daliśmy się.
Może z wyjątkiem naprawdę nielicznych. Takich, jak na przykład artysta Janusz Józefowicz, który zamiast iść w pochodzie, jak przystało na normalnego obywatela, łaził po szwedzkich supermarketach i kradł wszystko, co uznał za ładne i przydatne, a o czym jakiś czas temu, w wywiadzie dla magazynu „Pani”, czy może „Twój Styl” – diabli wiedzą, jak to się nazywało – czegoś z dumą opowiadał.

42 komentarze:

  1. @PLK
    Też bym ją obstawiał. Z drugiej strony, sam pan rozumiesz, ten cholerny dworzec, wiąż jacyś zwracają głowę, a pijaków też nie mało. Widziałeś może kiedyś taki sowiecki film, 'Dworzec dla dwojga'? Tam to wszystko było pięknie wyjaśnione. Wielki film. Bareja by się posrał, a czegoś choćby podobnego nie nakręcił.

    OdpowiedzUsuń
  2. @toyah
    najgorsze że homo sovieticus do końca życia się nie zmieni. To nie tylko dworzec przecież to samo było nawet w spółdzielniach mieszkaniowych, nie mówiąc o urzędach.
    Tylko dzięki nim istnieje III RP!

    Filmu nie znam i prawdę mówiąc chyba jeszcze nigdy nie widziałem żadnego sowieckiego filmu w całości! Ale jakim cudem sowiecki film może być dobry skoro tam to dopiero była cenzura i propaganda?

    OdpowiedzUsuń
  3. @PLK
    To bardzo proste. Sowieccy reżyserzy skupiali się na robieniu filmów, a nie na drażnieniu się z cenzurą tylko po to, żeby zabłysnąć w towarzystwie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Cześć, zdegustowałem się Twoją poprzednia notką i to bardzo. Zatem napisałem coś do Ciebie, co jest za duże na komentarz. Zechcesz, to przeczytasz, nie zechcesz - nic się nie stanie.

    Odpowiedzi, nie mówiąc o dyskusji - nie oczekuję, bo po lekturze rozmowy pod Twoim tekstem nie spodziewam się żadnej sensownej wymiany zdań w tej materii.

    Chcę tylko, żebyś wiedział.

    P.S. Przy okazji do coryllusa, który zapewne od razu brzęknie, jak nożyce. Daruj sobie bycie adwokatem toyaha. Czytać Cię da się jakoś od biedy, ale "dyskutować" z Toba - nijak.

    OdpowiedzUsuń
  5. @Freeman
    Oczywiście że przeczytam. Z miłą chęcią. Natomiast już mi jest przykro, że Cię rozczarowałem.
    Swoją drogą, to Twoja wina. Mogłeś się już dawno domyślić, że ja Barei nie znoszę.

    OdpowiedzUsuń
  6. @Toyah

    Nie zdzierżyłem do końca wywiadu z panem Żyliczem. I nie chciałbym się tak zestarzeć. Chyba nawet Olejnik zorientowała się, że to żenujące widowisko i stawia całą komisję w karykaturalnym świetle (bo my wiemy, że jest karykaturalna, ale wierni tvn24 może nie. Jeden z głównych podejrzanych - Miller, przewodniczącym komisji) i dość szybko i prosto zakończyła rozmowę.
    ===================
    Co do Twojego przypomnianego wpisu i pytania, kto z nich to homo sovieticus, odpowiedź jest prosta - wszyscy.
    Bo to był okrutny teatr i wszyscy grali narzucone role. Oczywiście, część niemalże z rozkoszą i kreatywnie, część zaś poddawała się tym rolom z bierną rezygnacją.
    To były takie, kompletnie fałszywe czasy i nikt w nic nie wierzył. Czasy tragikomiczne, ale też czasy, jak z "Ubika" Dicka, gdzie nic nie było na prawdę takie, jakie się wydawało.
    Wszyscy grali. Te właśnie role, bez ładu i składu, pokazywał Bareja. Zabrakło mu talentu, by pokazać cały fałsz i umowność. Może gdyby Mrożek się za to wziął.

    Gdyby Stalin dłużej pożył, to społeczeństwo miałoby nieco inny obraz tamtych czasów. A na pewno nie byłoby komedyjek Barei.

    Lecz homo sovieticus jest ciągle żywy. Dała temu dowód Joanna Kluzik Rostowska, składając piękną, stalinowską samokrytykę, przy wstępowaniu w szeregi matecznika homo sovieticusa, jaką jest Platforma.

    OdpowiedzUsuń
  7. @toyah
    zakotłowało się od tego Twojego Barei na Salonie24.

    OdpowiedzUsuń
  8. @toyah
    Teoretycznie raport Millera nie powinien się wiele różnić od raportu Macierewicza ale sądząc po Żyliczu będzie chyba zaskakująco inny...,

    Homo sovieticus - tak każdy z nich.
    Tu znowu przypomina się książeczka Fedorowicza "W zasadzie tak" - swoista instrukcja postępowania dla każdego obywatela priwislańskiego kraju - władza ma zawsze rację...

    Miłych "rekolekcji" życzę, z Bogiem

    OdpowiedzUsuń
  9. @tadeusz1965
    Widziałem. Bardzo to wszystko zabawne. Jako pierwszy to udowodnił jeszcze dawno temu Sowiniec. Żeby odnieść sukces czytelniczy - trzeba napisać o Toyahu. Ja na Salonie już nie bywam, ale myślę że jego tekst że mną w tytule wciąż tam przewodzi w liczbie komentarzy.
    Dziś o tej potędze dobrego tematu przekonał się mój kumpel Freeman.
    Przy okazji, drobna uwaga do wszystkich tych, którzy zastanawiają się nad tym, jak ja się czuję, czytając te szydercze wobec siebie komentarze, nie mogąc na nie jednocześnie odpowiedzieć. Czuję się fantastycznie! Kiedy ich liczba przekroczy 500, kupię sobie flaszkę.

    OdpowiedzUsuń
  10. Toyahu - nie przekonałem się o żadnej potędze dobrego tematu. Ja nawet nie chcę uczestniczyć w dyskusji pod moją notką. Robię w zasadzie tylko za moderatora i nie dopuszczę do personalnej chamówy. Szydery też tam nie. Cóż, nie każdy musi Cię lubić, tak ja Ty masz prawo nie lubić kogoś tam.

    A odpowiedzieć możesz u mnie na blogspocie. Możesz też w S24 - nie musisz być tam blogerem - możesz, jak Nicek - tylko komentować, prawda?

    Odpowiedzieć możesz też u siebie - w końcu masz poczytnego bloga, czytanego również przez tych, którzy piszą w S24.

    Odpowiedzieć nie może zaś Bareja - nigdzie. Na szczęście nie może też przeczytać tych szyderczych "wobec siebie komentarzy", jakich za życia nie szczędzili mu różni Kuce i Poręby.

    A przypisywanie mi chęci odniesienia "sukcesu czytelniczego", bo ośmieliłem się napisać to, co napisałem, jest szyderą żałosną. Ja się o swój "sukces" nie martwię, nie zarabiam pisaniem bloga.

    I naprawdę to nie jest notka o Tobie (przykro mi), ale o swoistej "metodologii" ocenienia człowieka, o którym nie wiesz zgoła nic, choć bez wielkiego wysiłku mógłbyś się dowiedzieć.

    Trzymaj się i pozdrów o. Antoniego ode mnie.

    OdpowiedzUsuń
  11. @toyah

    Uczciwie trzeba zaczac od wyznania, ze ja lubie film Mis, oraz niektore inne filmy Barei. To znaczy glownie niedoceniany film Co mi zrobisz jak mnie zlapiesz. Wiec jak powiedziano, podobaja mi sie te filmy, i w nastepstwie tej dyskusji raczej beda mi sie i tak w dalszym ciagu podobac.

    W nawiazaniu do wczesniejszych komentarzy (zwlaszcza Marynarza): owszem, Mis to jest erupcja gagow, ich nagromadzenie wrecz rzesadne, i rzeczywiscie na poczatku przeslania ono fabule, ale to jest film o, jak na polskie standardy, precyzyjnej, ciekawej fabule. Dotrzega sie to pozniej.

    I jest jeszcze cos: to zakonczenie. To zakonczenie, ktore wielu "wyksztalciuchowych" fanow filmu uwaza za niepasujace do reszty, za calkiem bezsensowne. To zakonczenie, ktore jest tak nudne dla wiekszosci osob, ze nikt jak widze nie wrzucil go na YouTube, wiec nie mam jak Ci go podlinkowac. Otoz wiec musisz mi na slowo uwierzyc, ze to zakonczenie jest bardzo wazne. Bardzo serio, i bardzo, bardzo w naszym duchu. Choc nie sadze zeby zmienilo Twoja ocene.

    Aha: calkowicie odrzucam argumentacje "to ulubiony film wyksztalciuchow". Wyksztalciuchy maja jeszcze sporo ulubionych rzeczy, i ani mi w glowie wykreslac niektore z nich z mojego menu tylko z tego powodu. Wyksztalciuchy na przyklad lubia ksiazke Przygody dobrego Wojaka Szwejka, i ja ja lubie, i zdaje sie nasz Ksiadz tez ja lubi (przynajmniej - cytowal ja kiedys). Wyksztalciuchy lubia ksiazke Mistrz i Malgorzata, i ja, cholera, rowniez. I wiele jeszcze rzeczy lubia wyksztalciuchy, co nie znaczy ze te rzeczy sa zle same w sobie, gdyz kluczowy, zauwaz, jest sposob JAK wyksztalciuchy cos lubia, a nie CO wlasciwie lubia.

    Z drugiej strony ja rozumiem ogolny tok Twojego wywodu, ktory dla mnie mowi tyle, co wyspiewal nasz najlepszy Dylan jakiego kiedykolwiek mielismy - Staszewski: "wszyscy artysci to prostytutki". W tym sensie jest zgoda i nie ma sporu. Kazdy kto wtedy cos robil na niwie sztuki robil to tylko dlatego, ze ktos sie na to zgodzil i dal pieniadze, oraz troskliwie (choc z daleka) podgladal efekty. Przypadkowosci nie bylo zadnej. Szczerze mowiac, i dalej jej chyba nie ma, i to w swiecie calym. Wiec tu w zasadzie zgoda.

    Zdaje sie ze przynajmniej jeden z naszych kolegow, Przemo, mial do czynienia z Bareja w pewnym projekcie. Ciekawym co mialby nam do napisania?

    Serdecznosci!

    OdpowiedzUsuń
  12. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  13. @Freeman
    Ależ mi ani do głowy nie przyszło, byś Ty miał polemizować z moim tekstem po to, by zbijać komentarze. Ja tylko stwierdziłem fakt, że Toyah w tytule lub choćby w temacie gwarantuje sukces czytelniczy.
    Ta uwaga zresztą nie była skierowana do Ciebie, lecz do tych, co żyć beze mnie nie potrafią i jednocześnie krążą po mieście, głosząc wszem i wobec, jakim to ja jestem nudnym zerem.
    Co do tych komentarzy, ja nie mam żadnych zastrzeżeń. One mnie nie będą wzruszać nawet jeśli tam już będą się pojawiać wyłącznie przekleństwa. Salon24 jest dla mnie dziś miejscem całkowicie obcym. Dziś tam wszedłem pierwszy raz od miesięcy i aż się zdziwiłem, jak te stare, zasuszone nicki stały się dalekie. Zupełnie jakbym wpadł do mojej podstawówki.
    Na Twój tekst odpowiem Ci na sto procent. Tu albo u Ciebie na blogspocie.
    A Ojca oczywiście pozdrowię.

    OdpowiedzUsuń
  14. @LEMMING
    To ja chyba odpowiem tym samym komentarzem, jaki Ci posłałem esemesem. Tylko jeszcze wcześniej muszę Ci wyznać, że akurat to słynne zakończenie Misia widziałem parę razy. Bez emocji. No i odnośnie Bułhakowa - on tu nie pasuje. Uniwersalność kultu 'Misia' bezpośrednio obejmuje ocenę tego co mamy dziś. Mistrz i Małgorzata dotyczy spraw znacznie bardziej uniwersalnych. A poza tym, mnie nie chodziło o ocenę intelektualną, lecz emocjonalną. Mistrza i Małgorzatę czyta nawet była żona aktora Pazury. Kilka razy do roku.
    A teraz wróćmy do Barei i do Twojego wyznania. Wszyscy lubią Misia. Tylko ja nie. I moja rodzina. To w sumie jest bardzo ciekawe. U nas w domu nigdy się nie dyskutkowało problemu Barei. To wyszło jakoś tak samo. Ja mam wrażenie, że tu mamy do czynienia z takim samonakręcającym się kultem. Zupełnie jak w przypadku Titanica czy Gorączki sobotniej nocy. Ktoś wspomi tylko tytuł, i wszyscy się śmieją.
    Ale masz rację. Tu nie najbardziej chodzi o Bareję. Mnie mocno interesuje taka oto zagadka, jak to się stało, że tu doszło do takiego sojuszu ponad podziałami. Tego nie było ani w przypadku Herberta ani nawet w odniesieniu do piosenek Perfectu. Dziś czytam sobie w pociągu Uważam Rze i tam jest tekst o czymś, co wiedziałem że jest, ale nie miałem świadomości, że zostało nazwane. Chodzi o tak zwany infotainment. I wyobraź sobie, że autor tego tekstu, opisując TVN-owskie Fakty, nagle wspomina tego Bareję. Że on tam właśnie stanowi stały element tego wystroju.Zupełnie jakby przeczytał naszą dyskusję.
    O Bułhakowie jednak nie wspomniał.

    OdpowiedzUsuń
  15. @ toyah
    mozliwosc odpowiedzi na S24, od strony czysto technicznej, masz. Ale ja sie nie dziwie, ze tego nie robisz. Dolaczenie do grona komentatorow pod wpisem Freemana byloby idiotyczne. Na takie wpisy odpowiada sie u siebie.
    A jesli chodzi o "chamowe", to ja jej pod wpisem Freemana nie widze, choc, faktycznie, niektore komentarze za przyjemne nie sa.

    OdpowiedzUsuń
  16. @ Toyah

    Witam ponownie.

    Wywołany poniekąd do tablicy wyjaśnię kilka rzeczy.

    Po pierwsze i najważniejsze nie próbowałem przekonywać Pana do czegokolwiek. Ów cytat zamieściłem jako jeden z argumentów w dyskusji, będącej jedną z bardziej ożywionych ostatnimi czasy (nie tylko na Pana blogu...). Argument, zdaję sobie sprawę, skrajny. Uznałem, że potrzebny, by mieć w miarę najszersze spektrum do polemiki (która wygasła zaraz potem; tym bardziej doceniam Pańską odpowiedź)

    W poprzednim "komentarzu" nie wyraziłem własnego stosunku do przytoczonego cytatu. Jako człowiek urodzony w 1981 roku PRL z autopsji pamiętam słabo. Opowieści rodziców i mnóstwo relacji historycznych, jak również opinie Pana oraz cytowanego recenzenta, są tak różne i tak ze sobą sprzeczne, że pozwolę sobie darować wyrażanie jakichkolwiek opinii. Nie czuję kompetencji. Zresztą nie miejsce na to.

    "Miś" dla mnie, i wielu znajomych 30-latków, zawsze był polskim Monty Pythonem, szczytem purnonsensu, doprowadzeniem rzeczywistych sytuacji do absurdu. Plus wiele żartów do PRL-u nie nawiązujących (np. Ochódzki próbujący spieniężyć czek w angielskim Barclaysie). Coś jak przypowieść, mit. W żadnym wypadku hiperrealizm.

    Zadziwiające, jak ten film i jego autor silnie rezonują dzisiaj. Cała polska blogosfera huczy. Mało w tym sensu, treści, dużo jazgotu. Nawet ja w to wszedłem - mój wczorajszy "komentarz" był pierwszym jaki kiedykolwiek gdziekolwiek umieściłem.

    Długaśność tegoż proszę złożyć na karb braku obycia w komentowaniu.

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  17. @Paweł
    Mnie również zaskoczył poziom emocji jaki temat Barei wywołał. Jeśli ja zabierali się już od chyba dwóch lat, żeby napisać na ten temat, to nie tyle że względu na te filmy, których, przyznaję, nigdy nie lubiłem, ani że względu na osobę Barei, która mnie zupełnie nie interesuje, ale że względu na zjawisko polegające na pełnym politycznym sojuszu między nimi a nami w tym jednym jedynym punkcie. Mam na myśli film 'Miś'. Ten wspólny kult jest dla mnie całkowicie niepojęty. A wyjaśnienia jakie tu padły, że oni rzekomo Barei nie rozumieją, uważam wyłącznie za desperacką próbę odcięcia się.

    OdpowiedzUsuń
  18. @Toyah
    W czasach Barei środowiska nowej inteligencji były całkiem dobrze wprzęgnięte w PRL, a żeby jeszcze przyjemniej i inteligentniej im się żyło, nabijały się z tegoż. Z tych żarcików w wykształciuchowym gronie powstał Miś. Tyle on dla mnie był i jest wart. Tak jak nudne, nieciekawe i nietwórcze to były środowiska, tak nudny i nietwórczy jest to film.
    Jak niemal cała produkcja filmowa z epoki peerelu. Z Kieślowskim na czele i jego wijącymi się w mękach moralnych polskimi inteligentami wziętymi z sufitu.
    Jak wynika z tego, co tu czytam, Miś nagle stał się ogólnonarodowym problemem i dziwną linią podziału. Czyżby najgłupszy gatunek ludzi, jakim są reżyserzy, miał naprawdę rząd dusz?

    OdpowiedzUsuń
  19. @All

    Trudno, na zimno dyskutować o filmach Barei. Dlaczego? Bo już jest kult. A gdy jest kult to racjonalizm nie ma sensu.

    Innym zjawiskiem jest rozprzestrzenianie się tego kultu. I nie jest prawdą, by filmy Barei stały się kultem u wykształciuchów.
    Pamiętam dobrze, jakieś 5 lat temu, moje dzieciaki, podwówczas 20 letnie, miłośnicy purnonsensu, prowadziły ranking polskich filmów epoki komunizmu. Na pierwszym miejscu zazwyczaj była "Hydrozagadka", a tuż za nią "Wniebowzięci" z cudownymi Himilsbachem i Maklakiewiczem. Był również Bareja, ale już poza pierwszą piątką. Czyli dopiero ocierał się o kult.
    Dzieciaki moje obracają się nieco w środowiskach artystycznym i mogę przyjąć, że te środowiska tworzą pewne trendy. Trendy poza oficjalnym obiegiem, czy mainstreamem. Ale trendy godne pożądania, co widać chociażby po panu Wojewódzkim, który jako prowincjusz stale aspiruje do tego środowiska. Niestety, oczywiście nie udaje mu się to i ku swojej rozpaczy trafia do środowiska MWzDM, blachar i dresiarzy.
    No i tutaj to chwyciło.
    Jak żelek we włosach, tipsy, czy tatuaże, zaczęło to spływać na dół i zatrzymało się, między innymi u wykształciuchów.
    Istotne są relacje czasowe. To co było na czasie w środowiskach opiniotwórczych parę lat temu, rozprzestrzenia się teraz wśród wykształciuchowych aspirantów.
    Ci pierwsi poszli już dalej i zajmują się albo Almondovarem, albo von Trierem.

    Dzieła Barei to nie są złe produkcje. Ale też nie są wybitne.
    To, że stały się kultowymi, to wyłącznie dlatego, że pewna grupa młodych ludzi, na którą się patrzy i która ma posłuch (i nie jest to Sławomir Sierakowski, Hołdys, Owsiak czy Szczuka)zaczęła się tym bawić.
    Podobnie rozprzestrzeniały się takie rzeczy jak Szwejk i Mistrz i Małgorzata. Kolejni młodzi, ci którzy są we właściwej grupie, grupie opiniotwórczej, nienazwani trendmakerzy, nagle się zachwycili tymi starymi dziełami i ten zachwyt wyeksponowali. Aspiranci to pochwycili = i mamy nowy kult.

    Często abstrahując od wartości danego dzieła.

    OdpowiedzUsuń
  20. @Marylka
    Chyba jednak nie do końca. Mam wrażenie że z większością reżyserów, aktorów i piosenkarzy poradziliśmy sobie dobrze. Właściwie został tylko ten Bareja i może Kieślowski.
    Swoją drogą, ciekawe że obaj nie żyją.
    Może gdyby Fedorowicz umarł w Peerelu, też byśmy go dziś hołubili. enie że z większością reżyserów, aktorów i piosenkarzy poradziliśmy sobie dobrze. Właściwie został tylko ten Bareja i może Kieślowski.
    Swoją drogą, ciekawe że obaj nie żyją.
    Może gdyby Fedorowicz umarł w Peerelu, też byśmy go dziś hołubili.

    OdpowiedzUsuń
  21. @Toyah
    Dobrzy aktorzy w polskim kinie to dla mnie już historia. Zresztą podobali mi się tylko komediowi plus Holoubek. A ci nowi to jakieś dno. Może ja jestem głucha na polskie filmy, ale nie rozumiem połowy z tego, co oni mamroczą. Poza tym ciągle wzdychają.
    Ale co tam - Ty to masz teraz dobrze z tą wizytą. A może już ładujesz swój duchowy akumulator, aż trzaska.

    OdpowiedzUsuń
  22. Skoro już rozgorzała dyskusja na temat Stanisława Barei, to może i ja dorzucę swoje parę groszy.
    1. Bareja nie był tak utalentowanym (w sensie warsztatowym) reżyserem jak paru jego kolegów. Ale znalazł sobie niszę w polskim kinie- niezwylke trudną, na którą było ogromne zapotrzebowanie widowni, a przez to i władz kinematografii - komedię.
    2. Przy swoim umiarkowanym talencie Bareja kręcił różne tematycznie filmy - od "Żony dla Aurstralijczyka" z zespołęm "Mazowsze" w roli głownej poprzez "Poszukiwany, poszukiwana" - po "Misia". Wszystkie te filmy - niezależnie od treści cieszyły się u publiczności ogromnym powodzeniem, bo wśród snujących się "Znikąd donikąd" po ekranie "Niewinnych czarodziei" te filmy były jednak oddechem w ponurym życiu polskiego kina lat sześćdziesiatych i siedemdziesiątych.
    Od pewnego momentu pozwolono Barei na nieco więcej niż kręcenie błahych komedii - pozwolono trochę podrwić z komunistycznej rzeczywistości. Myślę, że władza traktowała te filmy jako "wentyl bezpieczeństwa" - przecież to, z czego się śmiejemy w jakiś sposób zostaje oswojone. Z drugiej strony były to filmy dla władzy jednak trochę groźne, bo w karykaturalny sposób czym ten system był. Ale widocznie komuniści uznali, że zyski z pokazywania tych filmów są większe niż trzymanie ich na półkach.
    cdn

    OdpowiedzUsuń
  23. 3. Bareja, który zwyczajnie lubił swój zawód miał w tamtych czasach dwa wyjścia - albo zrezygnować z robienia czegokolwiek i zabranie się za układanie podłóg, albo w jakiś sposób układać się z systemem, podgryzająć go na tyle na ile to było możliwe. To była swoista gra, z której zapewne nie zdają sobie sprawy osoby "późno urodzone".
    Toyah napisał: "Stanisław Bareja, reżyser, który jest przez niektórych dziś traktowany jak samotna wyspa na oceanie komunistycznego kłamstwa, przez cały czas tkwił po uszy w najbardziej oczywistym mainstreamie. To nie był ktoś, kto stworzył niezależne antypeerelowskie kino, zgromadził wokół siebie grupę swoich aktorów, i w organizowanych po salkach parafialnych pokazach, podtrzymywał ducha narodu. Kiedy się patrzy na te filmy dziś, i widzi się rozmach, z jakim one były robione i tych właśnie aktorów – wszystkich najbardziej akurat wtedy pierwszorzędnych – to nie można się łudzić, że filmy Barei powstawały poza samym głównym nurtem."
    Film jest przemysłem. To nie jest to samo co chwycić za pióro i napisać na kartce wiersz. To ekipa, bardzo drogi sprzęt, pieniądze. Nie było możliwe "kino offowe" wyświetlane w parafialnych salkach. Nie było na to technicznych możliwości.
    Przy dzisiejszych środkach technicznych - dobrej jakości camcorderach, w końcu za 7000 dolarów można już kupić kamerę, która spełnia minimalne wymogi profesjonalnego sprzętu filmowego, możliwości montowania filmów w komuterze takie filmy są możliwe. W tamtych czasach nie byłoby możliwe powstanie takich filmów jak "Solidarni 2010" bez zgody władz, bo po prostu pani Ewa Stankiewicz nie dysponowałaby odpowiednim sprzętem. Co najwyżej mogłaby sobie go nakręcić na amatorskiej kamerze 8mm bez dźwięku. Tak więc Bareja chcąc robić filmy musiał być reżyserem "mainstreemowym" bo innej możliwości nie było.
    4. Skąd się wziął kult Barei? Bo dla wszystkich jest wygodny.
    Dla komunistów (albo postkomunistów jak kto woli) - bo jego filmy w jakiś sposób łagodzą obraz systemu.
    Dla tych którzy żyli i pamiętają tamten system - paradoksalnie dla tego samego powodu - łagodzenia wspomnień. Bo poważna refleksja o tym w jakich warunkach musieliśmy żyć byłaby na codzień nie do zniesienia.
    Dla "późno urodzonych" - okazja do porechotania z czasów ojców bez konieczności wgłębiania się w istotę systemu.
    Stąd Bareja stał się wygodny do propagowania i uczenienia z niego przez obecny system reżysera kultowych (strasznie nie lubię tego określenia) filmów epoki komunizmu.
    5. Wpadł mi kiedyś w ręce zapis pokolaudacyjny po filmie "Miś", na którym zdecydowano odłożyć film na półki. (Na których leżał bardzo krótko, bo przyszedł "festiwal Solidarności" i system nieco popuścił. Nie jestem w stanie zacytować dosłownie, bo dokumentu nie mam w szufladzie, ale zapamiętałem, że największym zarzutem wobec tego filmu na owej kolaudacji były nie losy prezesa Ochódzkiego, nie skecz w barze mlecznym, ale szyderczy i wynaturzony obraz polskiego społeczeństwa - owych zapijaczonych cieciów z "cyrku w budowie". wrednych babć klozetowych, zapijaczonych woźniców.
    Nie wiem, czy w ówczesnych urzędnikach konematografii odezwało sie sumienie, poczucie smaku, czy strach, że taki obraz jest naigrywaniem się ze społeczeństwa, drażnieniem go, a reakcji tego społeczeństwa ci urzędnicy się najbardziej obawiali.

    OdpowiedzUsuń
  24. Tak więc Stanisław Bareja - reżyser przeciętny - miał po śmierci zwyczajnie szczęście. Jego filmy spełniają różne zapotrzebowania i każdy w nich widzi to, co chce zobaczyć. Stąd ich "kultowość".
    Podobno prywatnie był uroczym, uczciwym i po ludzku - porządnym człowiekiem.
    Pomagał podziemnej "Solidarności". Przywoził z Zachodu jakieś drukarki, materiały do drukowania itp.
    Tyle o nim wiem.
    I naprawdę - bardzo jestem ciekaw jakie filmy kręciłby dziś.

    OdpowiedzUsuń
  25. @Jan

    Ładnie to napisałeś i co najważniejsze bez zacietrzewienia.
    To jest dobra odpowiedź na słowa Toyaha.

    Jednakże nie do końca tłumaczysz, dlaczego Bareja i jego filmy są "kultowe". Teza o wychodzeniu na przeciw różnym zapotrzebowaniom jest w tym wypadku za słaba.
    Próbowałem to tłumaczyć powyżej kreowaniem różnych trendów, w taki sam sposób jak się kreuje aktualnych celebrytów.

    Ostatecznie, po tej dyskusji, jestem przekonany, że nic innego nie jest ważne, jak tylko potrzeba rechotu i potrzeba poznania obiegowych grepsów, bez których nie można egzystować w "towarzystwie" ( różne takie "łubu dubu...")

    OdpowiedzUsuń
  26. Dlaczego Bareja nie miałby być kultowym reżyserem w państwie, w którym niejaki Kwaśniewski byłby prezydentem do końca swoich dni...gdyby była taka możliwość.

    OdpowiedzUsuń
  27. @Marylka
    Wizyty zostały zakończone. Wracam do domu. Też liczę na te akumulatory, choć obawiam się, że intensywność intelektualna tego doświadczenia była tak duża, że słowa na ten temat z siebie nie wyduszę.
    Co do aktorów i filmów, pełna zgoda plus jeszcze kilka uwag dokładnie w tę samą stronę.

    OdpowiedzUsuń
  28. @Jan
    Dziękuję za bardzo ciekawy komentarz. Z częścią argumentów się zgadzam, co do części nie nam zdania, z dwoma się nie zgadzam.
    Otóż to nie jest prawdą, że Bareja obiektywnie musiał być częścią mainstreamu. Jeśli chciał być reżyserem popularnym, nie miał wyjścia, jednak mógł też kręcić filmy w ramach systemu - co oczywiście inaczej się nie dało - ale bez tych koncesji. Proszę nie myśleć, że ja mam do niego pretensje. W najmniejszym stopniu. Ale nie nam ochoty traktować go jako dysydenta.
    Ja zwyczajnie pamiętam tamte czasy. Całe ówczesne środowisko intelektualno-artystyczne było podzielone na dwie części. Po jednej stali najbardziej zawzięci słudzy reżimu, jak Poręba, Żukrowski, Harasymowicz, Siemion, Bratny, Duda-Gracz, Kutz, Gogolewski i paru jeszcze innych, a po drugiej, tak zwana 'polska, wolna myśl twórcza' w osobach Olbrychskiego, Zanussiego, Hołdysa i całych setek bardziej lub mniej znanych nazwisk. Na tym poziomie reżim był i intelektualnie i towarzysko w kompletnym odwrocie. Bareja w tym wszystkim się w żaden sposób nie wyróżniał.
    No i druga sprawa. Filmy Barei nie łagodzą obrazu Systemu. One go przedstawiają w formie karykatury.

    OdpowiedzUsuń
  29. @leszek152
    Uważam że Kwaśniewski jako kłamstwo doskonałe to mit. Przypominam, że kiedy Lech Kaczyński został ministrem w rządzie Buzka, w pewnym momencie zrównał się popularnością z Kwaśniewskim. Tu zawsze chodziło o to, że nam brakowało dobrej kontrpropozycji.

    OdpowiedzUsuń
  30. @Toyah
    Świetnie że jesteś, i to z ładunkiem...

    OdpowiedzUsuń
  31. @Marylka
    A ja się cieszę, że Ty jesteś. Z tym ładunkiem to nie wiadomo jak będzie. Jak na razie, jestem kompletnie skołowany.

    OdpowiedzUsuń
  32. @Toyah
    Więc niech się przetrawi i ułoży. A ja się wybiorę na spotkanie z JK, mam nadzieję, że się zmieszczę.

    OdpowiedzUsuń
  33. To Wy sobie dalej słodźcie, ale ja już bloga Toyaha nie będę odwiedzał. I pewnie paru innych czytelników też straciłeś. Szkoda. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  34. Toyahu, myślę, że to co napisałeś o podziale "środowiska" w latach komuny nie jest do końca prawdziwe. Zgadzam się z tym, że było podzielone na twardych zwoleników reżimu jak Żukrowski, Siemion, Poręba i wielu innych. Środowisko tych, co robili za "opozycję" myślę, że było bardziej zróżnicowane. Prawdą jest, że większość z nich zasiliła pookrągłostołowe elity, ale nie wszyscy!

    Nie chcę bronić Barei, bo nie wiem jak zachowałby się w III RP. Być może byłby w komitecie poparcia Bronisława Komorowskiego. Ale równie dobrze mogę sobie wyobrazić, że ten człowiek popierałby Jarosława Kaczyńskiego.
    W końcu "mainstreemowym" aktorem był Zelnik, (zaczynał u partyjnego. oddanego komunie Kawalerowicza) a jednak znalazł się gdzie indziej niż Olbrychski.

    Masz rację - źle się wyraziłem. Filmy Barei nie łagodzą systemu, ale poprzez karykaturę, poprzez śmiech - oswajają go.

    OdpowiedzUsuń
  35. @jazgdyni
    Myślę, że i ja i Ty masz rację. Może też chodzi o to, by znać te same grepsy, mówić tym samym językiem, być "trendy".
    Pozdrawiam i dziękuję za miłe słowa.

    OdpowiedzUsuń
  36. @cypkin
    Jeden z pomysłów na ten blog polega na eliminowaniu elementów zbędnych. Gdybyś Ty wiedział, jacy mistrzowie tu przed Tobą się obrażali, to byś się tak nie nadymał.

    OdpowiedzUsuń
  37. @Jan
    Nie masz się co oszukiwać. Wszyscy. No dobra, pójdę na kompromis - niemal wszyscy.

    OdpowiedzUsuń
  38. @Toyah
    Acha - masz rację. Bareja dysydentem na pewno nie był. Jeśli tak ktoś go traktuje dopisuje coś, czego nie było.
    Dziękuję i pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  39. @Toyah & Jan

    Aha, w końcu doszliśmy do odwiecznego dylematu - kto był dysydentem a kto był reżimowcem.
    Gdyby to tylko było takie proste.
    Z moich osobistych obserwacji wynika, że bardzo często dysydentem był ten, którego po prostu było na to stać. Jakaś tam rodzina za granicą. Jakiś dziedziczny i nie do odebrania mająteczek. To namacalnie wspierało wewnętrzny protest przeciw reżimowi. Oczywiście, byli też dysydenci stricte ideowi. Chociażby Państwo Gwiazdowie. I oni cierpieli, a za to teraz gówno mają. W odróżnieniu zresztą od ówczesnych dysydentów sztandarowych, którzy mieli powiązania wówczas i mają te powiązania również teraz. Oni właśnie spijają miód.

    Przylepienie łatki współpracy z reżimem też nie jest takie jednoznaczne.
    Zapomina się o jednym - jeszcze w roku 1987 wielu mądrych ludzi nie wierzyło, że komunizm kiedykolwiek padnie (z takim właśnie przeświadczeniem, w tym roku zmarł mój ojciec, wielki antykomunista, choć człowiek na stanowisku).
    Powiem więcej, w 1987 roku o upadku komunizmu wiedzieli ci, którzy sami kręcili się przy władzy i ci opozycjoniści, z którymi władza prowadziła poufne pertraktacje.

    Bareja, jestem przekonany, nie był ani w jednej, ani drugiej grupie.
    On po prostu, jak miliony ludzi, lepiej, czy gorzej, odwalał swoją robotę.


    Ps. Ciągle jeszcze 50% ludzi nie jest po jednej, czy drugiej stronie, nie głosuje i ma w dupie zaliczanie się do jakiegokolwiek obozu. Czy oni są gorsi?

    OdpowiedzUsuń
  40. @jazgdyni
    Trudno się z Tobą nie zgodzić gdy opisujesz portret dysydenta.
    Chciałbym jednak dodać jeszcze jedną myśl o filmach Stanisława Barei, nie o nim samym. Nie napisałem tego poprzednio wprost, a chyba powienienem.
    Niezależnie od intencji reżysera,ja przypuszczam, że wbrew jego intencjom - jego filmy w wolnej już Polsce odegrały jednak bardzo, ale to bardzo szkodliwą rolę.
    Sprowadziły bowiem w popkulturze obraz komunizmu do tych kilkunastu czy kilkudziesięciu skeczów, grepsów, strywializowały go.
    Tak jak napisałem - nie sądzę by było to intencją autora, wręcz przeciwnie - tworząc te filmy sądzę, że reżyser miał przekonanie, że mówi o systemie maksymalnie dużo, ile można było w tamtych warunkach powiedzieć by nie zostać skazanym na niebyt.
    Czasami są to zabiegi naiwne, wręcz infantylne. "- To taka nasza solidarność" - mówi taksówkarz o pracy mechaników, którzy naprawiają samochód poza normalnym służowym trybem w "Zmiennikach". W ten sposó Bareja przemyca zakazane wtedy (rok kręcenia filmu 1985) słowo. Trochę to przypomina dziecięcą zabawę, gdy się mówiło "a deszczyk padu padu ...du pa du pa".
    Tak więc myślę, że Bareja miał najlepsze intencje.
    Rola jego filmów po roku 1989 jest przykładem jak dzieło autora może być wykorzystane po jego śmierci. Żyć własnym życiem.
    Czy cieszyłaby to ta obecna popularność czy "kultowość"?
    Nie wiem.
    Być może gorycz z tego "sukcesu" byłaby większa od satysfakcji.
    A może nie - pławiłby się w zaszczytach i zasiadał do "śniadania mistrzów".

    Smutno trochę.
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  41. @Jan

    Licho to wie, co by było z Bareją, gdyby żył teraz. Trzeba również uwzględnić ten aspekt, że wielu dobrym ludziom na starość potwornie odbija i chcąc nie chcąc, w imię swych wydumanych, demencyjnych racji zeszmacają sie całkowicie (vide Bartoszewski czy Czubaszek).

    I masz niewątpliwą rację, że filmy Barei, w wolnej Polsce odegrały szkodliwą rolę. Rolę, której Bareja niewątpliwie nie spodziewałby się.
    Można przyjąć, że System świadomie użył jego filmów do zrelatywizowania i "zmiękczenia" obrazu PRLu, po tym jak Michnik zaczął się ściskać z Kiszczakiem i Jaruzelskim i organizować wspólne imprezki z Urbanem. Kto wie, czy nie wespół z takim "mistrzem" wspólnie nie wmanipulowali nieszczęsnego Bareję w takie szambo.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.