piątek, 15 stycznia 2010

O krwi, o współczuciu i o uciekającym życiu



Jak niektórzy z nas być może zauważyli, telewizja ostatnio przestała pokazywać zbliżenia zakrwawionej twarzy premiera Berlusconiego, a zamiast tego dostarcza nam zbliżenia zakrwawionych twarzy zmarłych lub umierających wśród gruzów mieszkańców Haiti. Patrzyliśmy więc wczoraj wieczorem i my na to miasto i tych ludzi, i wtedy najmłodsza Toyahówna spytała mnie, jak to się dzieje, że te wielkie tragedie zdarzają się najczęściej w takich miejscach jak Haiti, a nie we Francji, Australii, w Polsce, w Norwegii, w Stanach Zjednoczonych, czy w Kanadzie? A więc jak to się dzieje, że to właśnie te najbiedniejsze kraje spotyka tak smutny los? No i sobie trochę porozmawialiśmy na temat tego świata, który – jak wiemy – jest najlepszy z możliwych, choćby z tego powodu, że „wszystko co uczynił było bardzo dobre”.
Blog, który prowadzę (proszę o wysyłanie C00026 na numer +487144) jest blogiem politycznym, a więc takim, w którym przedstawiam swoje polityczne poglądy, i – jak twierdzą niektórzy – prawicowym. Niektórzy mówią wprawdzie, że nic podobnego, że wręcz przeciwnie – lewicowym, a nawet bolszewickim. No ale niech już będzie, że prawicowym. W związku z tym, zastanawiam się, czy reagując na zaufanie mojej córki co do tego, że ja wiem wszystko, nie powinienem był, odpowiadając na jej pytanie, wydąć mądrze warg, unieść w zadumie brwi i skierować ją do ewangelicznej przypowieści o człowieku, który budował na piasku. Czy, nie jest tak może, że gdybym to zrobił, nie dość, że bym pokazał swoją prawicowość najwyższej próby, to jeszcze moja wypowiedź miałaby walor edukacyjny, a córka moja w przyszłości, dzięki tej nauce, zostałaby jakąś bardzo skuteczną businesswoman i mogłaby mnie na starość utrzymywać? Nie powiedziałem jej jednak o tym piasku, ani tez o skale, ale normalnie – tak jak zawsze – porozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, wylaliśmy swoje żale i rozeszliśmy się do wieczornych zajęć.
Ponieważ niniejszy blog jest blogiem podobno prawicowym, pojawia się tu niekiedy osoba Zbigniewa Herberta, który, co powszechnie wiadomo, dla nas prawicowców, jest i sztandarem i pałką. Ledwo wczoraj mieliśmy okazję przyjrzeć się, jak to działa. Ale i ja sam, o ile dobrze pamiętam, wyciągnąłem Herberta raz, już wiele miesięcy temu, przy okazji jego wiersza o współczuciu. Piękny to wiersz. Bardzo mądry i bardzo poruszający. No i, jak wiele tych wierszy – dziś już klasyczny. I wraca więc dziś do mnie ta „arytmetyka współczucia”, kiedy siedzimy z moją córką, oglądamy telewizyjne obrazki z Haiti i zastanawiamy się nad tym światem, który z cała pewnością jest „bardzo dobry”. Ale wraca ona do mnie nie tylko teraz. A może nawet nie najbardziej teraz. Są bowiem obrazy jeszcze inne, na swój sposób podobne, czasem o bardziej uniwersalnym przekazie, czasem bardziej prowincjonalne, gdzie z tą herbertowską arytmetyką dzieją się rzeczy dość dziwne.
Proszę mi pozwolić jeszcze przez moment pozostać na Haiti. Parę dni temu, kilka razy pojawiła się postać kobiety w sukience, stojącej w samym centrum kadru, na zawalonej oczywiście gruzami ulicy. To co było w tej postaci szczególne, to to, że ona nie była zakrwawiona, ani w ogóle nie wyglądała na ofiarę tej katastrofy. Napisałem że ona stała. To nie do końca prawda. Ona nie stała. Ona była skręcona w największej rozpaczy. Ona wykonywała najbardziej poruszający taniec rozpaczy. Jeśli umiemy sobie wyobrazić kobietę, którą dotknęła strata niemiłosierna i nieopisana, strata na którą ona umie już wyłącznie reagować takim histerycznym pląsem, od którego następny krok to już tylko wewnętrzna eksplozja, to właśnie zobaczymy tę kobietę w sukience na tle zniszczonego miasta. Widziałem parokrotnie tę postać na ekranie mojego telewizora i chciało mi się wyć.
Wcześniej jednak, jeszcze zanim Haiti zniknęło pod ziemią i zanim ta dziewczyna we wzorzystej sukience tak okrutnie przeżyła swoją stratę, ta sama telewizja pokazała szpitalną salę gdzieś w Polsce, na tej sali szpitalne łóżko, a na tym łóżku człowieka – jak nas poinformowano – z rakiem nerki, z przerzutami do kręgosłupa. Biedny ów człowiek, mówiąc bardzo zachrypniętym z choroby głosem, opowiadał mniej więcej tak, że on bardzo by chciał żyć, że nawet nie wiecie jak chciałbym żyć, że mam, w sobie tyle pragnienia, by zwalczyć tę chorobę, odnajduję w sobie wszystkie możliwe pokłady wiary i woli życia, ale niestety z powodu jakichś urzędowych zawirowań, lekarze przestali podawać mi lekarstwo. Chwilę później wyjaśniono nam, że rząd Donalda Tuska we wrześniu zeszłego roku wydał jakieś rozporządzenie, jednak – z sobie tylko znanych powodów – z terminem wyłącznie trzymiesięcznym. I kiedy owe trzy miesiące minęły, zapomniał rozporządzenie przedłużyć, no i stąd właśnie ten szpital, to łóżko, ten człowiek i te jego straszne słowa.
A ja tonę we współczuciu. I dla tej być może umierającej z rozpaczy czarnej dziewczyny. I dla tego człowieka, tak bardzo czepiającego się życia. Mówią mi, że na Haiti zginęło być może aż 100 tys ludzi. Sto tysięcy. Mocna rzecz. To jest dopiero arytmetyka! Ciekawy jestem, co by na to powiedział Zbigniew Herbert. Ciekawy jestem, co by Herbert powiedział na widok tego cierpiącego w polskim szpitalu mężczyzny i tej sukienki uświnionej rozpadającym się światem. Herbert był wielkim poetą, cudownym prorokiem, jednak mimo to, podejrzewam, że gdyby był tu z nami i spytalibyśmy go, co mamy o tym wszystkim myśleć, powiedziałby po prostu, że nic i że chodźmy już lepiej się napić. Ale też nie wiem, co bym powiedział mojej córce, gdyby ona spytała mnie nie o to trzęsienie ziemi, ale o Polskę. To bym dopiero miał dylemat. Co można odpowiedzieć dziecku, gdy pyta nas o Polskę, a nam w głowie tylko ten Herbert i to współczucie?
Dziwny mi ten tekst wyszedł. Niby prawicowy, a właściwie bolszewicki. By nie powiedzieć, że płonący rewolucją. No i jeszcze ten Herbert ciągnący nas na wódkę. To już chyba trąci o jakąś zdradę, prawda?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.