sobota, 9 maja 2009

O inteligencji typu pop i o - jakże by inaczej - grillowaniu

O Lechu Wałęsie pisałem tu wielokrotnie. Głównie pogardliwie i – jeśli ktoś tak woli – z zimną nienawiścią. Czemu ja w ogóle widzę sens, żeby się nim zajmować? Sprawa jest dosyć prosta. Poza Lechem Wałęsą, nie ma na polskiej scenie politycznej postaci tak prostackiej, a jednocześnie tworzącej takie zamieszanie na tej właśnie scenie, tak beznadziejnie płaskiej i nieciekawej, a w tym samym czasie tak skutecznie destablizizującej wszystko co się tylko zdestabilizować da. Mam oczywiście swoje własne przemyślenia, na temat tego, jak to się dzieje, że właśnie Lech Wałęsa odnosi tak niebywały sukces i tak nieprawdopodobnie nieadekwatny do swoich intelektualnych i czysto ludzkich możliwości, ale wiem też, że sprawa jest na tyle skomplikowana, że jeśli już piszę o Wałęsie, to bardzo ogólnie i właściwie tylko w związku jakimiś doraźnym zdarzeniami. Wiem, że Wałęsa to temat, który zasługuje na grube opracowanie, zarówno psychologiczne, socjologiczne, czy politologiczne, czy nawet filozoficzne, ale nie mam wątpliwości, że wszystko co by miało wykraczać poza codzienność zdarzeń, wymagałoby pracy tak bardzo starannej i tak wielu badań, że oczywiście, tym kto ostatecznie zbada Wałęsę, nie mógłbym być na pewno ja. Jak się dziś okazuje, oto, ni stąd ni z owąd, cały fenomen Lecha Wałęsy jako osoby wpływowej, postanowił omówić Piotr Semka w artykule w Rzepie http://www.rp.pl/artykul/9133,302088_Semka__Walesa__zbiorowej_troski_.html Ale o tym za chwilę.
W cytowanym tu już kiedyś przeze mnie wywiadzie Boba Greene’a z Richardem Nixonem, Nixon mówi tak o telewizji:
Powiedziałbym, że z wszystkich cywilizacyjnych zagrożeń współczesnej Ameryki, najbardziej mnie przeraża potęga telewizji. Kiedy przeglądam sondaże, które dowodzą, że przeciętny Amerykanin spędza cztery godziny przed telewizorem, jestem autentycznie załamany.
Obawiam się, że młode pokolenie będzie gorzej wykształcone, jeśli będzie tak mało czytało. Bycie odpowiedzialnym w dzisiejszym świecie nie może być oparte na nieustannym gapieniu się w ekran telewizora i wchłanianiem tych wszystkich obrazków i autorytatywnych komentarzy i tego wszystkiego.
Pamiętam jeszcze z czasów prezydenckich konferencji prasowych, jak to wszyscy oczekują od ciebie, że odpowiesz na dwadzieścia pięć pytań w pół godziny. A więc zadają ci pytanie: Co zamierza pan zrobić w sprawie Iranu? I na to masz półtorej minuty.
Mowy nie ma. A mimo to, tak to właśnie wygląda. A więc ludzie otrzymują powierzchowną odpowiedź. A później ma pan tych komentatorów, którzy, jeśli dostana pół minuty w wieczornych wiadomościach, to już mogą się cieszyć. Jak można omówić problem inflacji, nowy program walki z narkotykami? Jak można omówić inteligentnie cokolwiek w półtorej minuty? A mimo to, ci biedni politycy muszą robić to codziennie, byle się znaleźć w wieczornych wiadomościach.”
Bob Greene spotykał się z Nixonem w początku lat 80-tych. To już trzydzieści lat temu. Wiele się zmieniło, nawet Polska przez ten czas dobiła do cywilizowanego świata i nawet już u nas, istnieją specjalne szkolenia dla dziennikarzy telewizyjnych, o których Nixon – w nieco innym miejsc – mówi, że przez nie „wszystko staje się nudne jak Orzeszkowa”. Mówi tak: „Na tych wszystkich uniwersytetach, na tych kursach mówienia, każą ci wciąż słuchać swojego głosu. I koniec jest taki, że w telewizji, wszyscy – i kobiety i mężczyźni – mają dokładnie tę samą melodię, tę sama kadencję […] To wszystko byłoby o wiele bardziej interesujące, gdyby mówili normalnie.
A więc i my dobijamy do świata. Ale, niestety, już nie tylko jeśli idzie o telewizję. Gdyby Nixon żył dzisiaj, byłby z pewnością bardzo zdziwiony, widząc, jak już nie tylko obraz, ale i papierowe słowo, zaczyna mieć tę sama, „nudną jak Orzeszkowa” kadencję. I to już nie tylko w gazetach, ale i w książkach.
Niedawno pisałem o tym, jak to coś może wyglądać w literaturze, na przykładzie Polactwa Rafała Ziemkiewicza.Już po napisaniu tego tekstu, spotkały mnie ciężkie zarzuty ze strony osób ceniących Ziemkiewicza bardzo, że jestem wobec niego niesprawiedliwy. Oczywiście, jak się można było spodziewać od początku, sam padłem ofiarą tego, o czym piszę dzisiaj. Mój tekst nie dość, że nie był recenzją książki Ziemkiewicza, to nawet nie był tej książce poświęcony. Ale mimo to, że ani nie był recenzją, ani nie był na temat, to jednak coś tam o tym nieszczęsnym Polactwie napisałem i siłą rzeczy, jedyne co z tego zostało, to goły zarzut, że Ziemkiewicz jest dokładnie tak samo pusty, jak cały pop. Stało się zupełnie to samo, co sugerował Nixon: „Jak można omówić inteligentnie cokolwiek w półtorej minuty?” Ja można opisać polskość w ramach jednej popularnej ksiązki i jak można skrytykować tę książkę w jednym tekscie na blogu? Dziś nadal jednak nie mam zamiaru recenzować książki Ziemkiewicza, ale bardzo chciałbym coś dodać, co – mam nadzieję – uściśli całą kwestię. Mój problem z Ziemkiewiczem polega na tym, że on, jako publicysta, działa na jednej płaszczyźnie. Wymyśla jedną tezę, zazwyczaj bardzo nośną, i żeby dowieść jej prawdziwości, pisze na ten temat, albo cały wielki artykuł, albo – jeszcze gorzej – całą książkę. Ponieważ wszystko zostaje już zwykle załatwione na pierwszych stronach, albo w pierwszych zdaniach, a cała reszta jest już wyłącznie pisaniem, co ślina na język przyniesie, byleby tylko nie za bardzo odchodzić od tematu i nie obniżyć za bardzo poziomu kontrowersji.
Ja – jak mówię – nie planuję recenzować książek, nawet tak ważnych – by nie rzec, kultowych – jak Polactwo. Chce wyłącznie zwrócić uwagę na metodę, jaką się posługuje Ziemkiewicz, na jednym tylko przykładzie. Chcąc dowieść, ze ‘polactwo’ to również bezmyślna biurokracja, pisze Ziemkiewicz tak:
Nie znam na przykład kraju, który by miał w przeliczeniu na głowę mieszkańca liczniejsze władze. W polskim parlamencie zasiada 560 posłów i senatorów. Dokładnie tyle samo, co w USA. Tylko że USA liczą sobie około ćwierć miliarda mieszkańców”.I dalej, w charakterystycznie błyskotliwy dla siebie sposób, ze słynną ziemkiewiczowską swadą, udowadnia, że to jest właśnie jeden z elementów tak zwanego polactwa. I wymienia nazwiska, przytacza anegdoty, wręcz śpiewa piosenki na temat tego, jacy to ci Polacy są beznadziejni. Zadałem sobie trud, żeby sprawdzić, jak – jeśli idzie o kwestię polactwa– wygląda sytuacja w kilku europejskich krajach. Otóż Polska ma jednego parlamentarzystę na 68 tys. mieszkańców; Francja – jednego na 65 tys. mieszkańców; Hiszpania – jednego na 62 tys. mieszkańców; Portugalia – jednego na 43 tys. mieszkańców; Włochy – jednego na 63 tys. mieszkańców; Holandia – jednego na 44 tys. mieszkańców; Czechy – jednego na 35 tys mieszkańców….
Więc jeszcze raz. Ziemkiewicz pisze o polskim polactwie, kpiąc, szydząc, załamując ręce, wróżąc ostateczny upadek tego narodu i wieczną niewolę, podając jako jeden z argumentów, rozbuchaną biurokrację, a to na przykładzie nadmiernego składu osobowego parlamentu. I pisze tak, że pozwolę sobie powtórzyć: „Nie znam na przykład kraju, który by miał w przeliczeniu na głowę mieszkańca liczniejsze władze”. Ktoś mnie pewnie poprosi, żebym analizował dalej. Dalej grzebał po ziemkiewiczowskich stroniczkach, i wykazywał mu niechlujstwo i lenistwo. Nie. Ja już mógłbym dalej nie czytać w ogóle Ziemkiewicza, bo ja już swoje wiem. To jest właśnie ktoś taki. On wymyśla tezę, a później już tylko pisze, pisze, pisze… Jak będzie, tak będzie. Byle by wykonać plan. A plan – przyznaję – jest imponujący. A jak się czyta! Ileż tam żartów i anegdot i celnych spostrzeżeń! Przepraszam, ale ja już nie muszę.
I to jest własnie dokładnie to, o czym mówił przed laty Nixon, tyle że 30 lat później. Rynek spostrzegł, że jest jeszcze grupa osób, która nadal lubi sobie poczytać. A więc stworzył dla nich ofertę specjalną. Oni mogą czytać, ale to co dostaną, dostaną w tzw. pigułce. Nie dlatego że brakuje czasu, ale dlatego że brakuje miejsca. A pigułka będzie albo taka, albo inna – zależnie od wymagań czytelnika. Dla zwykłego, niewymagającego czytelnika tabloidów, powstanie tekst na 120 słów, złożony z 10 prostych zdań i ten tekst przekaże odpowiednio ułożoną pod względem ‘ciekawości’ informację. Dla czytelników bardziej inteligentnych, będzie gruba książka i ta książka również dostarczy odpowiednich wrażeń. Efekt jednak będzie taki, że i ten artykuł i ta książka będzie niosła dokładnie tę samą informację, czy naukę, czy rozrywkę, tyle że odbiorcą będzie ktoś kto lubi czytać, albo ktoś kto lubi czytać mniej. Dla reszty będzie telewizja.
Wczoraj w Rzepie, Piotr Semka dostarczył pigułkę tym wszystkim, którzy potrzebują się dowiedzieć, jak to jest z tym Lechem Wałęsą. I robi dokładnie to samo, co pan z telewizji, i to samo, co Rafał Ziemkiewicz, tyle że w formie gazetowego artykułu na – ja wiem? – 2 tys. słów. Jest oczywiście teza: Wałęsa to przebiegły lis i twardy gracz, na którego nie ma mądrych. Pisze Semka w leadzie swojego artykułu: „Historyczny lider „Solidarności" lubi występować w roli pomnika. Jednak co rusz ucieka z cokołu, aby związanemu z nim akurat środowisku wykręcić jakiś numer”. I teraz jest tak. Czy Semka wyjaśnia, jak to jest z tym „lubieniem”? Na ile Wałęsa lubi, a na ile musi? Co to znaczy „co rusz’? Ile razy uciekł, a ile razy go zmuszono? Ile razy uciekł, bo tak sobie wymyślił, a ile razy go zrzucono, albo się przestraszył? Ile razy on ten numer „wyciął”, a ile razy to jemu ten numer „wycięto”? Czy Semka odpowiada na pytanie podstawowe: Na ile Wałęsa jest samodzielny i wolny? Ani to, ani tamto, ani żadne inne pytanie nie jest przez Semkę potraktowane poważnie. On przedstawia nam maksymalnie skróconą i strywializowaną historię Lecha Wałęsy, dbając oczywiście cały czas, żeby ta narracja była odpowiednio zajmująca. A wszystko po to, żeby przekazać nam jedną, jedyną wiadomość – Wałęsa to sprytna bestia. I sprytna i bestia w sensie podstawowym.
Niezwykle charakterystyczny dla procederu, o którym tu dziś piszę, jest cały ustęp tekstu Semki, zatytułowany Psucie lidera "Solidarności" . Proszę sobie przeczytać. Semka w tekście o długości i przenikliwości przeciętnego wypracowania maturalnego, postanawia jednocześnie przedstawić całą historię współczesnej Polski i na tym tle – osobę Lecha Wałęsy. I w tej sytuacji, pozostaje nam tylko już czytać takie puste i płaskie diagnozy jak te:
Trudno zliczyć środowiska polityczne, które psuły Wałęsę, tolerując jego złe cechy i broniąc go, aby tylko dopiec adwersarzom” „Wyrywanie sobie Wałęsy z rąk zaczęło się z chwilą powstania NSZZ "Solidarność" w 1980 r.” "Lechu" szybko zerwał ze swoimi patronami sprzed Sierpnia i zagrał o samodzielne przywództwo” „Na dodatek na lidera "Solidarności" starał się wpływać prymas Józef Glemp, by ograniczyć wpływy środowiska lewicy laickiej w związku” „Dlatego w stanie wojennym, gdy najważniejsze stały się kontakty na Zachodzie – ważniejsze od robotniczych mas – postawił na środowisko Adama Michnika” „W okresie od rozpoczęcia rozmów Okrągłego Stołu do powstania rządu Tadeusza Mazowieckiego akceptował strategiczną rolę Bronisława Geremka i Adama Michnika jako faktycznych architektów polityki strony opozycyjnej” „W tym czasie kultu Wałęsy pilnowali jego najważniejsi doradcy” „Nasz bohater zrobił wtedy kolejny zwrot i zaczął planować, kto przygotuje mu kampanię prezydencką. Rozejrzał się, kto jest wrogiem jego wrogów i zainteresował się braćmi Kaczyńskimi
Przecież dla każdego, kto jest zainteresowany polityką choćby trochę wyżej od przeciętnej, tekst Semki wyłącznie irytuje swoją trywialnością. Tam każdy możliwy problem jest zaczepiony wyłącznie z samego wierzchu i każda odpowiedź, jakiej Semka udziela, powoduje pięć kolejnych pytań, na postawienie których już oczywiście nie ma ani czasu ani miejsca. Ale inaczej być nie może. To z czym mamy do czynienia, to nowa szkoła publicystyki, która jest taka a nie inna, bo takie a nie inne są czasy, i takie a nie inne są wymagania. To jest dokładnie ta sama sytuacja, o której trzydzieści lat temu wspominał Richard Nixon, zatroskany o to, że telewizja opanowała zbiorową świadomość na szkodę słowa pisanego.
Pamiętam, jak jeszcze za starej komuny, od czasu do czasu miałem okazję czytać Time Magazine, albo Newsweek. Zawsze bardzo liczyłem na to, że może uda się znaleźć coś na temat Polski i polskiej walki. Oczywiście, wszystko co czytałem było – w porównaniu z tym, czym nas karmiono w kraju - takie odważne i takie bezkompromisowe. Tyle że po pewnym czasie, ta właśnie powierzchowność, wymuszona brakiem miejsca i czasu i przede wszystkim potrzebą dostosowania się do możliwości przeciętnego czytelnika, już tylko irytowała. I to właśnie wtedy, zawsze wolałem sięgnąć choćby do ocenzurowanych tekstów Kisiela, które, choć znacznie krótsze, bardziej politycznie i obyczajowo ‘poprzycinane’, były jednocześnie bez porównania bardziej intelektualnie intensywne, a przez to zwyczajnie pouczające.
Ktoś mi powie, że nie mam prawa się mądrzyć, bo sam mogę bardzo łatwo zostać oskarżony o mierność i brak przenikliwości. Proszę bardzo. Przyjmuję wszelkie zarzuty. Pragnę jednak jeszcze raz zwrócić uwagę, ze ja najczęściej zajmuję się sprawami bardzo codziennymi, a jeśli wchodzę w politykę, to również – najczęściej – staram się nie snuć refleksji na tematy, które wymagają większej pracy i intelektualnej i szperania po źródłach, niż jest to potrzebne, żeby zapełnić parę stron papieru. A poza tym, nawet jeśli na tym bardzo zamkniętym poletku, ktoś znajdzie u mnie ślady niestaranności, lub jakichś większych błędów i niedomówień, to proszę mi je pokazać. Choćby w takim zakresie, jak ja to wykazałem Ziemkiewiczowi w kwestii rzekomego ‘polactwa’ polskiego parlamentu. I powiem nieskromnie, że się tu czuję bardzo bezpiecznie.
Ja, na przykład, być może (kto wie?) swój następny tekst poświęcę temu, że grillowanie – wbrew temu co mówią ludzie grillujący co tydzień – to nie jest bardzo powszechna sprawa. Że nawet jeśli urządzenie do grillowania, kosztuje jedyne 20 złotych, a może i nawet mniej, to całe miliony ludzi w Polsce już nie stać na to, żeby sobie kupić ten kawałek karczku i go zjeść nie z głodu, ale tak dla zabawy. No i sprawa podstawowa. Ja, na przykład, mimo że mnie stać i na grilownicę i na kawałek mięsa ekstra, nie rozstawię grilownicy w kuchni, ani nawet w łazience, tylko po to, żeby dołączyć do czegoś, co Donald Tusk – który z pewnością, jak sobie chce pogrilowac, to może wyjść do ogrodu – uznaje za przeciętne. I jak już będę pisał ten tekst, to zwrócę uwagę na to, jak elity w Polsce fatalnie się znalazły poza głównym nurtem zycia. I jeśli będę chciał to wszystko podać w tym swoim typowym tempie, który ktoś z moich czytelników kiedyś nazwał ‘czasem’, to zejdzie mi jakieś 3 do 4 stron. I tam będzie wszystko co trzeba. Ale ja się zajmuję drobnymi sprawami. Takimi maleńkimi sprawami, którym jakże daleko nie tylko do ‘polactwa’, ale nawet do Lecha Wałęsy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.