piątek, 22 maja 2009

I znów lezą

Kilka minut temu przyszła do mnie starsza Toyahówna i kazała mi wejść na stronę www.latarnikwyborczy.pl i odpowiedzieć na znajdujące się tam pytania, dzięki czemu będę wiedział, na kogo mam głosować w nadchodzących wyborach. Ona już to zrobiła i wyszło jej, ze najbliższy jej przekonaniom program będzie realizowało coś, co się nazywa Polska Partia Pracy. Chodziło teraz o to, żebym i ja dowiedział się, jakie mam poglądy. Wszedłem, zaznaczyłem odpowiednie kratki, sprawdziłem wynik i ów latarnik wyborczy poinformował mnie, że ja jestem UPR. Następnie do testu zasiadł Toyah junior i on z kolei wpadł pod skrzydła Libertasu. Najciekawsze jednak przed nami. Właśnie wróciła do domu Toyahowa. Zmusiliśmy ja wspólnie, żeby odpowiedziała na zadane pytania i co się okazało? Otóż, ile razy on nacisnęła guzik ‘dalej’, była przekierowywana z powrotem do quizu. Po czterech bezskutecznych próbach, machnęliśmy na nią ręką i uznaliśmy, że ona to pewnie zwykła pisówa i kazaliśmy jej iść spać.
Oczywiście, sytuacja jest w tym momencie szczególna. Przede wszystkim nas nie trzeba zachęcać do udziału w głosowaniu, bo wszyscy, i bez pomocy dobrych ludzi, popędzimy 7 czerwca do wyborów jak na skrzydłach. Poza tym, co może jeszcze ważniejsze, popędzimy tam, żeby głosować na Prawo i Sprawiedliwość, a konkretnie na Marka Migalskiego, którego wszyscy lubimy. A więc, wbrew zachętom płynącym ze strony organizatorów akcji, nie będziemy w tym roku wspierać ani Libertasu, ani UPR-u, ani jakichś drobnych komuchów nawet, tylko właśnie PiS.
Mimo jednak tego, że – jak się zdaje – umysły stojące za projektem o nazwie Latarnik Wyborczy, przygotowując się do czerwcowych wyborów, nie nas miały na myśli, ani też z pewnością nikogo z tych, którzy już decyzję podjęli, wydaje się, że dobrze by było się zorientować, co to się dookoła nas wyprawia i kto to taki próbuje sobie poustawiać sprawy, może nie do końca czysto, ale za to bardzo – z pewnego punktu widzenia – skutecznie. Dlaczego nieczysto? Dlatego mianowicie, że wbrew swoim zapewnieniom, autorzy projektu oczywiście bardzo zdecydowanie zachęcają do nie-głosowania na jedną konkretną partię. Dlaczego skutecznie? Dlatego, że zwracając się do osób o różnych politycznych poglądach, których łączy jedna wspólna kwestia – mianowicie nikt z nich nie ma ochoty brać udziału w wyborach, namawiają ich do jednego - żeby głosowali na wszystko, tylko nie na PiS.
Zaglądam jeszcze raz na stronę z quizem. Latarnik Wyborczy – cóż to takiego? Nie bardzo wiadomo. Strona jest niezwykle skromna. Ładna, schludna, ale skromna. Tam jest wyłącznie ten test i krótka informacja, że „’Latarnik wyborczy’ to interaktywne narzędzie internetowe, dzięki któremu można lepiej poznać swoje poglądy polityczne oraz porównać je z programami poszczególnych komitetów wyborczych. Uruchomiliśmy już trzecią edycję "Latarnika wyborczego". Do tej pory stronę odwiedziły setki tysięcy wyborców. Projekt nie promuje żadnej partii, komitetu, koalicji wyborczej, ani żadnych, konkretnych poglądów politycznych. No i kilka kolorowych linków do tzw. partnerów: Centrum Edukacji Obywatelskiej, coś o uroczej nazwie 7czerwca.org.pl Pępek Europy, Młodzi głosują, Gazeta Wyborcza, znów coś o dziwnej nazwie – Vote Match Europe 2009, cafebabel.com-the european magazine. No i jest jeszcze uwaga o pieniądzach: „Projekt został zrealizowany przy wsparciu udzielonym przez Islandię, Liechtenstein i Norwegię ze środków Mechanizmu Finansowego Europejskiego Obszaru Gospodarczego oraz Norweskiego Mechanizmu Finansowego oraz budżetu Rzeczypospolitej Polskiej w ramach Funduszu dla Organizacji Pozarządowych”.I wreszcie najważniejsze – nazwiska tych, którzy zaproponowali mi i mojej rodzinie, żebyśmy nie głosowali na PiS. Proszę bardzo:Hanna Gospodarczyk, Natalia Jędrzejczyk, Adam Markuszewski, Konrad Niklewicz, Jacek Pawlicki, Mateusz Przywara, Dominika Pszczółkowska, Anna Samel, Jędrzej Witkowski, Barbara Wus, Dominik Uhlig. Konsultacje: Piotr Pacewicz, Stefan Marschall.
Kim są ci znakomici ludzie? Nie jest łatwo zgadnąć, bo – jak to często w podobnych sytuacjach bywa – do pewnych zadań najlepiej jest kierować tzw. adeptów. Ambitnych, chętnych, pełnych poświęcenia, ale jednak adeptów. Natomiast zamiast zgadywać, kim oni są, można ich wyguglować. I już wiemy. Niemal wszyscy z nich są w jakiś sposób związani albo z Agorą, albo z czymś, o czym już tu kiedyś miałem nieprzyjemność pisać, a co się nazywa Golden Line http://toyah.salon24.pl/88292,japiszony-napadaja. Czy ja coś sugeruję? Ależ skąd. Ja tylko staram się dowiedzieć, who is who. Czysta ciekawość.
Nic nie sugeruję, a mimo to, okropnie mnie poruszają te nazwiska. Cała kupa kompletnie nieznanych nazwisk. Nawet w momencie, gdy już wiemy, czym mniej więcej oni wszyscy się zajmują, znamy nawet zdjęcia niektórych z nich, znamy ich numery telefonów, ich adresy emaliowe, wciąż ta ich w gruncie rzeczy kompletna anonimowość robi wrażenie. A to przecież nie wszystko. Latarnik Wyborczy nie jest projektem samodzielnym. On, jak się okazuje, stanowi część czegoś, co się nazywa Młodzi Głosują i kiedy próbujemy skorzystać z odpowiedniego linka, wchodzimy na stronę kolejnego projektu, o nazwie Centrum Edukacji Obywatelskiej i wszystko co nam się otwiera jest słodkie, kolorowe, wesołe… i wszędzie te nazwiska, te numery telefonów, te adresy mailowe, te zdjęcia. Pełna otwartość. Tyle że nikomu niepotrzebna.
Przyjrzyjmy się temu Centrum Edukacji Obywatelskiej, które, jak się zdaje, to wszystko otwiera. Kim są ci państwo, którzy realizując dziesiątki najdziwniejszych programów na rzecz tego, żeby było mądrze, ciekawie i przede wszystkim kolorowo, ostatnio wszystko podporządkowują jednemu: żeby „pokazać Europie”? Więc tu też spotykamy dziesiątki nazwisk. Dokładnie 42 nazwiska. Nazwiska kompletnie obce, kompletnie nikomu niepotrzebne. Ciekawe że 34 z nich, to kobiety. Dlaczego ciekawe? Nie wiem. Po prostu ciekawe. A wśród nich jedno nazwisko znane Alicja Pacewicz i, oczywiście, odpowiednia informacja: „Podtrzymuje na duchu i podlewa kwiatki w biurze[…] Po pracy najchętniej koleguje się z mężem, synami, spotyka się z bliskimi, jeździ na rowerze, podróżuje, czyta gazety i ogląda telewizję BBC, kupuje nikomu niepotrzebne drobiazgi na targach”. Ona jest akurat znana, przynajmniej przez swojego męża. Ale cała reszta, robi wrażenie podobne. Bo tu nikt niczego nie ukrywa. Tu o nic się nie dba tak, jak o pełną transparentność. Oto wiceprezes zarządu CEO, Liliana Rzeżuska – „Motto życiowe: „Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”. Po pracy najchętniej słucha muzyki i zajmuje się ogrodem.” Oto Marianna Hajdukiewicz – „Po godzinach najchętniej: spala energię swoich dzieci, czyli jeździ z nimi na rowerze, na nartach, na łyżwach, na rolkach”.Jest też Zuza Naruszewicz. Ona z kolei „wierzy, że w muzyce tkwi dużo dobra”. Lubi też „energię, która wyzwala się w momentach, gdy kilka osób współgra. Każdy na swój sposób, wszyscy razem.” No i należy też wiedzieć, że pani Zuza „poszukuje takich stanów na każdym kroku, w każdej pracy, w każdej chwili czasu wolnego”. I tak niemal za każdym razem.
Ktoś mnie się spyta, czego się czepiam. Co mam przeciwko ludziom, którzy w wolnym czasie, kiedy nie jeżdżą na rolkach, nie bawią się z dziećmi, nie chodzą po lesie z psem, chcą zachęcić Polaków do obywatelskiej aktywności? Jakiś czas temu pozwoliłem sobie tu w Saloniezamieścić tekst zatytułowany Coming-out, czyli o tych, co wychodzą http://toyah.salon24.pl/88321,coming-out-czyli-o-tych-co-wychodza. Tekst ten powstał ze zwykłego ludzkiego oburzenia tym, że wystarczy grupa bardzo ustosunkowanych ludzi z pieniędzmi i z kontaktami, żeby dokonać najbardziej bezczelnego wyborczego przekrętu na poziomie jednego dużego narodu. Kto jest ciekaw, o co poszło, niech sobie sięgnie do źródeł. Tu mi dziś szkoda czasu, bo jeszcze wiele jest rzeczy, o których trzeba wspomnieć, a za które niektórzy prędzej czy później będą musieli odpowiedzieć. Może tylko przypomnę, że skutkiem pewnej niezwykłej inicjatywy Leszka Balcerowicza – a kto wie, kogo jeszcze – udało się do wyborów w roku 2007 zapędzić trzy miliony dodatkowych, kompletnie nieprzytomnych obywateli – głownie starszych dzieci – i kazać im, jak się okazało, bardzo skutecznie, pomoc w obaleniu legalnego rządu. A wszystko to pod hasłami „obywatelskiej aktywności”, „obywatelskiej odpowiedzialności”, „obywatelskiego rozwoju”, „obywatelskiej inicjatywy” i „obywatelskiego poczucia obowiązku”.
Problem polega na tym, że nasz świat, pozornie demokratyczny, w rzeczywistości jest poddany całkowicie anty-demokratycznej manipulacji. W którymś momencie, w Polsce już po upadku komunizmu, zaktywizowała się pewna grupa, która w sposób bardzo agresywny, a jednocześnie maksymalnie, dyskretny usiłuje wpływać na polityczną i społeczną sytuację w naszym kraju. Nie są to ludzie, którzy tworzą partie polityczne, nie są to publicyści, nie są to polityczni dziennikarze, nie są to ani księża, ani członkowie politycznych stowarzyszeń. Są to pewne projekty, zajmujące się wyłącznie tak zwanych postaw obywatelskich. Oni nie angażują się w politykę, oni nie popierają żadnych konkretnych ideologii, oni nikomu nie chcą gwałcić sumień. Oni wyłącznie działają na poziomie tak zwanych inicjatyw obywatelskich. A jak idzie o politykę, to oni w gruncie rzeczy polityki nienawidzą. Chcą tylko edukować i pokazywać kierunki. A ich szczególnym klientem są szkoły. Przede wszystkim szkoły i młodzież. I oczywiście, nie mam żadnych wątpliwości, że wszyscy Ci dzielni działacze na rzecz pobudzania postaw obywatelskich, mają na sercu wyłącznie pomoc zbłąkanej młodzieży, która zamiast świadomie uczestniczyć w życiu Polski i Europy, albo chuligani, albo jak już się szczęśliwie zaangażuje, to nie w pełni świadomie. I nie do końca po obywatelsku. Więc prowadzą tę swoją szczytną działalność i prowadzą ją otwarcie, przejrzyście, transparentnie, wręcz z dumą.
Nie to co my. Ostatnio, z paru stron, doszły mnie opinie tego typu oto, że jest coś bardzo nieuczciwego w tym, że my blogerzy tak często ukrywamy swoje dane. Przyznam szczerze, że jestem zaskoczony. Otóż zawsze sądziłem, że na tym właśnie polega uroda sieci, że ludzie tu nie występują jako realne byty, lecz niejako głos sieci. Nigdy nie przyszło mi dociekać, kim jest ktoś kto się podpisuje jako NEOspasmin, czy nawetostatnio podobno fruwający samolotami niejaki Infidel. Gdybym miał ochotę kogoś z nich opieprzyć, ich nazwiska nie były mi do niczego potrzebne. I, jak w to mocno wierzyłem, im moje również. W końcu, jakie to ma dla kogokolwiek znaczenie, czy ja się tu będę prezentował jako Krzysztof Osiejuk, czy jako Stefan Owsiarczyk, czy Toyah?
Przy okazji ataku establishmentu na Katarynę, zachodziłem w głowę, dlaczego tak wiele osób tak bardzo się zastanawia, jak ona się nazywa. Dlaczego tak wielu ludzi nie robiło wrażenia zainteresowanych tym, co się w związku z tą sprawą tak naprawdę w Polsce wydarzyło? Dlaczego tak wiele osób – jak się wydaje – kompletnie nie przejęło się tym, że oto, po raz pierwszy od dziesiątek lat, organy władzy państwowej, zaatakowały zwykły, skromny, pojedynczy, ZUPEŁNIE PRYWATNY głos opinii publicznej? I znów – dlaczego niektórzy ludzie, których pozycja publiczna naprawdę nie zmusza ich do tego, żeby się przejmować, w gruncie rzeczy nic nie znaczącym, blogerem, tak się zaangażowali w to pozornie absurdalne śledztwo? Dziś – tak się fatalnie stało – już wiem. Już mnie to pytanie nie męczy. Już wszystko świetnie zrozumiałem. Otóż, wszystko wskazuje na to, że oni znali nazwisko Katarynyod dawna. Oni z całą pewnością, doskonale wiedzieli, kim ona jest, czym się zajmuje i tylko nie wiedzieli, jak się za nią zabrać. A darować jej nie mogli.
Wydaje mi się, że każdy kto jest odpowiednio wrażliwy i skupiony, wie, do czego zmierzam, czy – jak kto woli – co insynuuję. Myślę, że gdybym postanowił w tym miejscu skończyć ten tekst, ci do których ten tekst piszę, już i tak by wszystko wiedzieli. Ale, na wszelki wypadek, jakoś to wszystko muszę zamknąć. Bo chcę mieć pewność, że skutecznie udało mi się zwrócić uwagę na jedną tylko rzecz. Na coś, o czym już tu wielokrotnie pisałem. Mianowicie chciałem pokazać jak wygląda w dzisiejszej Polsce układ sił, a co za tym idzie gdzie się zaczyna odwaga, a gdzie się kończy zwykła pewność siebie. Gdzie jest bezpiecznie, a gdzie należy zacząć uważać? Komu co wolno, a komu czego nie wolno?
Strona internetowa Centrum Edukacji Obywatelskiej, podobnie jak strony organizacji i inicjatyw z tym czymś związanych, wypełnione są nazwiskami. Nazwiskami ludzi oczywiście czystych, uczciwych, serdecznie zaangażowanych w czynienie dobra. I oczywiście – zgodnie z wielokrotnie powtarzanym zapewnieniem – całkowicie apolitycznych. Ja jednak nie mam najmniejszych wątpliwości, ze ANI JEDNA z podpisanych tam osób nie planuje w najbliższych wyborach głosować na PiS. Wiem jeszcze coś – każda z tych osób jest bardzo mocno emocjonalnie zaangażowana w to, żeby PiSzostał starty z polskiej sceny politycznej. Skąd wiem? Proszę nie żartować.
I wiem jeszcze coś. Gdyby się miało okazać, że się jednak mylę i jedno z nazwisk, które znalazłem wśród członków tych projektów było nazwiskiem należącym do kogoś z wielu piszących w Salonie przyjaciół IV RP, a pozostali by się o tym dowiedzieli, to oni by stanęli na głowie, żeby ich najzwyczajniej w świecie rozstrzelać. W każdym możliwym wymiarze. Bo oni zniosą wszystko, ale nie tzw. kreta. Oni nie po to wymyślili ten zabieg z całą tą ‘obywatelskością’ i z całym tym ‘obywatelskim społeczeństwem’ i z tą nieszczęsną ‘obywatelską inicjatywą’, żeby im jakieś niesprawdzone elementy zakłócały słodką harmonię. I, konsekwentnie, gdyby się okazało, że któryś z nich pisze swoje polityczne komentarze pod nickiem – na przykład – matka kurka, to po pierwsze ta wiedza pozostałaby wyłącznie najgłębszą wiedzą środowiskową, a po drugie oni wszyscy byliby ze swojego kumpla, czy kumpelki, wyłącznie bardzo dumni. I zresztą słusznie, bo czemu nie. W końcu oni nie są politykami. To prości, porządni obywatele. W odróżnieniu od takiej Kataryny, która oczywiście nie jest żadnym obywatelem, lecz zwykłym pisowskim agitatorem. I która za karę zostanie wywleczona na widok publiczny, odarta z całej swojej prywatności przez kolegów dziennikarzy, a następnie zniszczona wszędzie tam, gdzie to się da.
Cóż można jeszcze powiedzieć? To wszystko. Zbliżają się wybory. Jak można przeczytać na stronie tzw. Koalicji na rzecz gromadnego udziału w wyborach (nie żartuję – to jest ich nazwa) i na stronach partnerskich http://www.7czerwca.org.pl/pl, oni się boją, że frekwencja 7 czerwca sięgnie ledwie powyżej 10 procent. A wiedzą, co to dla nich oznacza. Więc powtarzają eksperyment sprzed dwóch lat. Zupełnie taki sam jak wtedy. Tak samo bezczelny i tak samo przerażający. Nas już zachęcili, żebyśmy głosowali na Libertas, na PPP, lub na UPR. Toyahową już skreślili. Biorą się za innych.
Zmieńmy Polskę.
Idźmy na wybory!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.