niedziela, 22 lutego 2015

Nasza małpka, nasza klątwa, nasz los

Jak pewnie część z nas wie, dziś w nocy przyznawane są Oscary, co dla ludzi kochających kino stanowi oczywistą okazję do świętowania, i to jest fakt, którego nie zmienimy, nawet jeśli z tak zwanego „hollywoodu” będziemy szydzić dziesięć razy dłużej i sto razy mocniej, niż dotychczas. Cokolwiek byśmy bowiem nie powiedzieli i jakiejkolwiek kinematografii byśmy nie zechcieli przeciwstawić tę, która jest symbolizowana przez ów „hollywood”, na końcu i tak się okaże, że, jak co roku, wszystkie drogi prowadzą do Dolby Theater w Los Angeles. A jakby tego było mało, po nich w równym stopniu drepczą szczerzy miłośnicy kinematografii amerykańskiej, co ci, dla których bojkotowanie owych filmów, reżyserów i aktorów to kwestia podstawowego smaku. Stąd też, jeśli dziś my tu w Polsce przeżywamy szczyty histerii z tego powodu, że po raz kolejny i nasi twórcy rywalizują o największe współczesne wyróżnienie w branży filmowej, to nie dlatego, że akurat rozpoczyna się jakiś festiwal filmowy w Berlinie, Rzymie, Moskwie, Gdyni, czy Cannes, ale dlatego że amerykańska Akademia Filmowa daje nagrody. I kropka. Tu nie ma nic więcej do dodania.
Gdy chodzi o mnie, ja nigdy nie miałem cienia wątpliwości, co do faktycznej hierarchii, jaka obowiązuje w tej branży, ale też nigdy nie miałem najmniejszych problemów z uznaniem, że dziś jedyne kino warte uwagi, to kino amerykańskie i brytyjskie. Podobnie, nigdy nawet nie śmiałem protestować, kiedy po raz kolejny okazywało się, że, jeśli nagle gdzieś na świecie pojawi się coś wartościowego to o tym z pewnością poinformują nas Amerykanie, a nie Francuzi, Włosi, Niemcy, czy Belgowie.
I oto nagle jeszcze wczoraj w nocy moje dzieci zaprezentowały mi fragment nominowanego do tegorocznego Oscara polskiego filmu dokumentalnego pod tytułem „Nasza klątwa”, a ja od razu muszę wyjaśnić, że, jeśli tylko fragment, to nie dlatego, że całość jest ściśle chroniona prawem autorskim, ale dlatego, że człowiek o tradycyjnie rozumianej wrażliwości, wiedząc, że nie ma do czynienia z parodią Monty Pythona, nie jest w stanie tego czegoś oglądać dłużej niż przez chwilę. Obejrzałem więc pół minuty, może minutę, tego filmu i powiem uczciwie, że czegoś tak skandalicznego złego nie widziałem chyba nigdy, a daje słowo, że wiem, o czym mówię. Czytelnicy tego bloga znają moje zdanie na temat polskiego filmu, to jednak co zobaczyłem wczoraj wieczorem bije na głowę wszystko inne, włącznie z „Drogówką”, „Lejdis” i „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”. Rzecz w tym, że tamto wszystko, choćby nie wiadomo jak złe, jest tylko złe; w przypadku tego czegoś, trudno nawet powiedzieć, że mamy do czynienia z żartem.
Nie mam zamiaru pisać tu recenzji tego filmu, nie mam nawet ochoty pisać, o czym ten film jest, ja nawet nie planuje na temat tego filmu napisać tu kolejnego zdania; jak ktoś chce, niech się obsłuży korzystając z tego, co jest szeroko dostępne w Internecie. Ja chcę się dziś tylko zastanowić się, jak to się stało, że ten film został w ogóle nominowany, bo mam głębokie przekonanie, że tu mamy do czynienia z czymś znacznie poważniejszym, niż jakaś marna sztuka i związany z nią prosty przekręt. Jeśli coś takiego odbywa się na takim poziomie, to znaczy, że mamy do czynienia z sytuacją o skali dotychczas nieznanej.
Aby pokazać, co mam na myśli, może wrócę do sprawy, o której już tu wcześniej pisał mój kolega Coryllus, a co się wiąże z pewnym szczególnym literackim debiutem. Może parę słów wyjaśnienia dla czytelników bloga prowadzonego pod adresem toyah.pl, którzy to co się dzieje w Salonie maja najczęściej w nosie. Otóż w moim mieście od niedawna pojawiła się lokalna sieć spożywcza pod nazwą „Małpka”, gdzie niekiedy kupują. I oto dziewczyna, która tam sprzedaje, pochwaliła mi się jakiś czas temu, że napisała powieść, którą rozesłała do kilku pierwszoligowych wydawnictw w kraju, no i proszę sobie wyobrazić, że jedno z nich postanowiło jej tę powieść wydać. Mało tego, wydać. Umieścić książkę we wszystkich głównych sieciach księgarskich w kraju, zorganizować promocję we wszystkich ogólnopolskich mediach, a samej autorce zorganizować serię spotkań z czytelnikami. Najpierw pogratulowałem dziewczynie sukcesu, wyraziłem nadzieję, że otrzymam od niej egzemplarz autorski, no i oczywiście zapytałem, o czym jest ta książka. Okazało się, że jest to coś, co ona określiła jako „takie trochę psychologiczne fantasy”.
Książka jeszcze się nie ukazała, natomiast znajoma sprzedawczyni otrzymała swój pierwszy autorski owej powieści egzemplarz. Pokazała mi go naturalnie, a ja naprawdę pełen naiwnej nadziei, że, kto wie, ale może tym razem stał się cud, rzuciłem okiem na początek, i nie uwierzycie: „Urodziłam się inna. Mój ojciec był człowiekiem, a matka wampirem”. Jakoś tak. W tej sytuacji pomyślałem, że sprawdzę, jak ta niezwykła historia się kończy i okazuje się, że równie imponująco: „Nie poddam się. Będę walczyć”.
Rzecz teraz w tym, że wedle zapewnień mojej znajomej sprzedawczyni z „Małpki”, ona już się przymierza do kolejnych części powieści, ale na razie przede wszystkim myśli o przetłumaczeniu jej na język angielski i wydaniu jej w Stanach. Kiedy jej powiedziałem, że jestem anglistą, ucieszyła się bardzo, bo w ten sposób „nie będzie musiała szukać tłumacza”, no a kiedy jej wyjaśniłem, że do tej roboty będzie musiała znaleźć kogoś znacznie bardziej ode mnie językowo sprawnego, powiedziała, że poprosi swoją ciocię, która mieszka od wielu lat w Stanach, czyli na miejscu. Oczywiście, wobec tych wszystkich doświadczeń zadumałem się bardzo i w efekcie popadłem w nastrój naprawdę ciężkiego przygnębienia, i oto wczoraj właśnie, obejrzawszy fragment nowego polskiego filmu dokumentalnego pod tytułem „Nasza klątwa”, pojąłem, że tu się ani nie ma z czego śmiać, ani czemu dziwić, ani nawet komu współczuć, bo jest bardzo prawdopodobne, że już za rok moja znajoma sprzedawczyni z „Małpki” będzie nominowana do nagrody „Nike”, i wtedy dopiero zrozumiemy, co się dzieje. Przepraszam bowiem wszystkich bardzo, ale jeśli stało się tak, że jakiś dwoje siadło na kanapie, włączyło kamerę, zaczęło wedle napisanego przez siebie scenariusza do tej kamery na zmianę stękać „No, nie wiem, kurwa… naprawdę nie wiem”, a dziś w nocy cały świat będzie to ich stękanie podziwiał w tłumaczeniu na język angielski, to o czym my tu rozmawiamy? Co my tak naprawdę z tego świata rozumiemy i co na jego temat wiemy?
Od pewnego już czasu Coryllus na swoim blogu próbuje odpowiedzieć na pytanie, dlaczego rynek książki w Polsce wygląda jak wygląda, ową odpowiedź z grubsza już chyba znamy i to co z niej wynika, obejmuje również problem, jaki przed nami przedstawiła moja znajoma z „Małpki”. I to, przyznaję, z mojego punktu widzenia stanowi autentyczny horror. Co by jednak o tym nie mówić, wciąż jeszcze jesteśmy w stanie sobie z tym jakoś poradzić, nawet jeśli na końcu tego szaleństwa ujrzymy wspomnianą wcześniej „Nikę”. Znacznie jednak się nam wszystko skomplikuje, kiedy ta powieść o pół-człowieku i pół-wampirze, zgodnie z kalkulacjami tego dziecka, zostaniewydana w Stanach przez powiedzmy Random House, a następnie uzyska nominację do National Book Award. Po wczorajszym doświadczeniu stoję gotowy na wszystko.

Wszystkich czytelników tego bloga szczerze zachęcam do korzystania z oferty naszej księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Jest tam choćby moja książka „Marki, dolary, banany…”. A przecież nie tylko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.