niedziela, 14 sierpnia 2016

Co lemingi robią na drzewach?

      Zanim zaczniemy, pragnę poinformować, że skutkiem niedawnej awarii salonu24, mój adres osiejuk.salon24.pl przestał działać. W związku z tym zostałem zmuszony do zmiany tej tzw. subdomeny na kosiejuk.salon24.pl. A teraz do roboty.

     Jestem pewien, że nawet gdybym swego czasu tu na tym blogu o tym nie wspomniał, większość z nas i tak by sprawę znała. Opublikowany w „Newsweeku” tekst niejakiej Anny Szulc na temat rzekomego najazdu beneficjentów programu 500+ na nadmorskie plaże, a niezwykle inteligentnie zatytułowany „Najazd Hunów”, zyskał rozgłos, który prawdopodobnie uczyni z niego wydarzenie historyczne w skali dotychczas chyba nieznanej. Pisałem o tym, ale dla porządku wspomnę o tym raz jeszcze. Każdy z nas, a w tym się spokojnie zmieszczą nawet i ci, co nie znają piosenki Wojciecha Młynarskiego „W razie czego przypomnijcie sobie Zdzisia”, doskonale zdaje sobie sprawę z tak zwanego kulturowego wymiaru tak zwanego „nad morza”, niezmiennego od dziesięcioleci. I oto nagle, w związku z tym, że rząd premier Szydło, chcąc cywilizacyjnie wesprzeć pewną część Polaków, wprowadził program o nazwie 500+, a program ów odniósł wielki sukces, wspomniana wcześniej Anna Szulc opublikowała w „Newsweeku” tekst, w którym się pożaliła, że przez populistyczną politykę rządu Prawa i Sprawiedliwości, plaża we Władysławowie jest tak zatłoczona, że przeciętny człowiek nie ma najmniejszych szans, by się tam wepchać, o ile nie ustawi się z ręcznikiem w kolejce o godzinie 3 nad ranem. A i to wyłącznie ku swemu wielkiemu rozczarowaniu, dlatego że, jak się okazuje, owa biała nędza, nie dość, że bezczelnie zajmuje przestrzeń, to głównie zarzyguje deptaki i sra na wydmach, a jeśli jeszcze trafi się jakiś patriota, to doprowadza wszystkich do cholery koszulką z napisem „Wołyń pamiętamy”.
      Taki to był ów słynny tekst opublikowany przez „Newsweek”, kto miał okazję, to się z tym przekazem zapoznał i sprawa na pewien czas została ostatecznie wyparta przez kolejne, bardziej doraźne, tematy.
       I oto, jak się okazuje, my tu nie mamy do czynienia z przemyślaną propagandą skierowaną przeciwko rządowi Prawa i Sprawiedliwości, lecz z autentycznym szaleństwem. Wbrew temu, co mogło by się wydawać, nie jest tak, że ktoś tak w Niemczech nagle wpadł na pomysł, by zaapelować do tych resztek zwolenników starego reżimu przy pomocy takiego przekazu, że jeśli oni się nie zmobilizują, to ten cały syf, dotychczas poukrywany w czterech ścianach obwieszonych portretami Jana Pawła II mieszkań, wypełznie na zewnątrz i porządny obywatel nie będzie miał się gdzie ruszyć. To by było zbyt głupie, nawet gdyby punktem odniesienia miałaby być tradycyjna niemiecka wrażliwość. Więc otóż nie. Jestem pewien, że nawet najgłupszy Niemiec nie wymyśliłby, że uda się obalić rząd Prawa i Sprawiedliwości sącząc w umysły Polaków wiadomość, że jeśli oni się nie obudzą, już niedługo wszystkie plaże nad polskim morzem będą opanowane przez klasyczny „untermensch”. Wygląda na to, że za pomysłem, by uderzyć w rząd Prawa i Sprawiedliwości, wykorzystując do tego ową starą do porzygania legendę o hołocie, która zanieczyszcza świat ludzi wykształconych, porządnych i kulturalnych, nie stoi żadna poważna organizacja, ale zwykłe emocje zwykłych ludzi, którzy najzwyczajniej w świecie nie wytrzymali napięcia związanego ze zmianą władzy w Polsce i z tego wszystkiego zwyczajnie oszaleli. Widząc, jak sytuacja się z każdym dniem robi coraz bardziej beznadziejna, oni zatracili wszelką zdolność racjonalnego myślenia, zdali się na swoje najstarsze i najbardziej naturalne instynkty, ściśle naznaczone  pogardą dla człowieka, i uznali, że skoro to tak pięknie działało przez osiem lat, to i zadziała dziś.
Oto bowiem, kiedy wydawało się, że kompromitacja tekstu Anny Szulc zamknie ów problem ostatecznie, na portalu natemat.pl ukazał się tekst niejakiego Włodzimierza Szczepańskiego, który, jak gdyby nigdy nic wali prosto między oczy:
      „Parawaning, kolejki do gofra, przaśność oraz Janusze z baterią piwa w jednej dłoni i z dmuchaną orką w drugiej. Podobno ‘dobra zmiana’ wyległa na plaże nad polskim morzem. Są tacy, którym to nie odpowiada. Millenialsi, bo o nich mowa, na nowo odkryli ciche zakątki w polskich górach.
       – Było wspaniale! – opowiada Marta, warszawianka, miłośniczka jogi i kotów, oczywiście też weganka. Od niedawna z nowym partnerem odkrywa uroki wspinaczki skałkowej. Tydzień spędzili w Górach Sokolich i Rudawach Janowickich. Zrobili wypad również w Śnieżne Kotły.
      Przed wakacjami zastanawiała się, gdzie spędzić tegoroczny urlop. Miała do wyboru wyjazd nad morze albo w góry. Cieszy się, że pojechała na skałki.
      – Byłam już nad polskim morzem i mi się nie podobało. Tłok i niewiele więcej niż leżenie na plaży. A teraz jeszcze czytałam, że beneficjenci ‘
500 plus’ zjechali nad morze. Wyobrażam sobie te biegające z gołymi tyłkami maluchy. Nie, to nie dla mnie – komentuje.
       Jaki typ ludzi wyjeżdża w polskie góry, można określić po postach na profilach turystycznych. Chociażby osób, które oceniły schronisko ‘Nad Łomniczką’. Wpadają np. w zachwyt z powodu braku elektryczności w placówce. No i spędzają czas aktywnie. Chociażby na rowerach. Omijają uczęszczane szlaki, bo 
Zakopane kojarzy im się z Władysławowem czy Mielnem w niedzielę. Wypisz wymaluj millenialsi i Marta nie jest jedyna....
      Oczywiście całość poraża, natomiast ja bym prosił, byśmy zwrócili uwagę na jeden zaledwie fragment:
      „Było wspaniale! – opowiada Marta, warszawianka, miłośniczka jogi i kotów, oczywiście też weganka. Od niedawna z nowym partnerem odkrywa uroki wspinaczki skałkowej”.
      Intensywność owego obłędu od pierwszej chwili poraża do tego stopnia, że możemy pomyśleć, iż mamy do czynienia ze zwykłą kpiną. Tymczasem nic podobnego. To jest poważny tekst poważnego publicysty i tu nie ma chwili na żarty. Ta „warszawianka”, te „koty”, ta „joga” i wreszcie „weganka” i „partner”, to się dzieje jak najbardziej naprawdę i z pełna powagą. A skoro tak, to uważam, że my też powinniśmy się przestać śmiać i sprawę potraktować poważnie. Oni, jak się okazuje, będą się przenosić w góry. I to jest wiadomość z jednej strony dobra, a z drugiej zła. Dobra, bo jest szansa, że wreszcie na pięknym polskim morzem zrobi się trochę luźniej. My wprawdzie mamy swoją Kuźnicę, ale Jastarnia, też potrafi być piękna, by nie wspomnieć o reszcie wybrzeża. Z drugiej jednak strony, my tu z Katowic mamy blisko do gór i jeśli to wszystko ma się tak skończyć, że oni zaczną się kręcić po tych ścieżkach, to ja to widzę naprawdę czarno. I nawet nie chodzi mi o to, że nagle ta banda nudystów z Chałup przeniesie się pod Babią Górę, ale że człowiek pojedzie do Rycerki, zapragnie zwiedzić okolicę, a tam nie dość że wszędzie będzie nasrane, to wciąż trzeba będzie uczestniczyć w jakichś gejowsko-lesbijskich ekscesach.
      Jest jednak coś, co pozwala mieć nadzieję, że jakoś z tego wyjdziemy. Otóż wspomniany Szczepański tak sam o sobie pisze na portalu natemat.pl:
      „Mam szczęście, bo robię to, co kocham. Mało jest miejsc w Polsce, w których nie byłem jako reporter. Ciekawość ludzi i dobrych tematów wciąż mnie nakręca. Rozmówcy potrafią mnie zaskoczyć i zmusić do zadania sobie pytań, o co w tym życiu chodzi. Z tego też powodu prowadzę zajęcia z imigrantami. I Ty opowiedz mi swoją historię! W chwilach wolnych miłośnik aktywności sportowej, wspinania się na drzewa, uzależniony od roweru i kawy”.
       A ja proponuję, byśmy zwrócili uwagę na to „wspinanie się na drzewa”. Kto wie, czy to nie zapowiada jakiejś nowej, obok biegania, rowerów i sushi, mody i kiedy oni już wreszcie się zjadą do naszych gór, to będą w większości siedzieć goło na drzewach, a my będziemy mogli dla rozrywki rzucać w nich kamyczkami, których, jak wiemy, tam jest cała masa.


Zapraszam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresemwww.coryllus.pl, gdzie są do nabycia moje książki. Naprawdę warto.


1 komentarz:

  1. To zdanie jest o tyle ciekawe, że udało się je nasycić obłędem niemal w każdym wyrazie. A wspinanie na drzewa przypomina powrót do pra-korzeni.
    Wydaje mi się, że to szaleństwo bierze się z jakiś strasznych kompleksów i deficytów sączonych w lewackich rodzinach. Szambo zawsze wypłynie na wierzch.

    OdpowiedzUsuń