środa, 5 sierpnia 2015

Czy Węgrów smuci kształt list wyborczych Platformy Obywatelskiej w Łodzi?

Podejrzewam, że dzisiejszy dzień przyniesie nam głównie roztrząsanie jednego z ostatnich przemówień Bronisława Komorowskiego do narodu, być może ze szczególnym uwzględnieniem momentu, kiedy ten, jako wciąż jeszcze Prezydent, pochwalił się, że wystarczyła zaledwie chwila, by po Smoleńskiej Katastrofie polska władza, w tym jak najbardziej on sam, zdołała zastąpić zmarłego prezesa Skrzypka Markiem Belką. Ponieważ jednak, gdy chodzi o polską politykę, ja mam tyle niepokojów i zmartwień, że już tylko czekam aż Andrzej Duda oficjalnie obejmie urząd i da nam pierwsze powody byśmy się przestali zadręczać, chciałbym się dziś skupić na czymś bardzo odległym od naszej polskiej sytuacji, a jednak w jakiś przedziwny sposób bliskim. Mówię mianowicie znów o Węgrzech.
Kiedy wróciliśmy z niedawnej wycieczki do Budapesztu, zamieściłem i tu kolejno kilka tekstów, w których z prawdziwym zachwytem opisałem to, czego zdarzyło nam się tam na Węgrzech doświadczyć. I oto w momencie, gdy z owych węgierskich wspomnień utworzyła się już poważna seria, swoją notkę w Salonie 24 opublikował ktoś podpisujący się jako kropka.hu. Ze względu na owo „hu” sprawdziłem go i okazało się, że przede wszystkim, że jest to jakiś polski Węgier – ewentualnie węgierski Polak – który nie lubi Orbana, no a poza tym, że to nic innego, jak właśnie moje teksty zmobilizowały go do owej aktywności. Bardzo mi przyjemnie.
Ja wprawdzie to co na temat swoich wrażeń z pobytu na Węgrzech miałem do powiedzenia, powiedziałem, i temat zmieniłem, jednak, jak widzę, bloger kropka.hu jakoś ciągnie. Wczoraj zamieścił on w Salonie tekst, który Administracja uprzejmie wrzuciła mu na pudło, a w którym on beszta rząd Orbana za to, że doprowadził Węgry do kompletnego upadku, a samych Węgrów na granicę nędzy.
Wbrew temu, co niektórzy czytelnicy tego bloga mogą podejrzewać, ja nie mam ochoty dyskutować z blogerem kropka.hu na temat kondycji, w jakiej znajduje się dziś węgierski naród. Wiem, że społeczne poparcie dla premiera Orbana i jego Fideszu jest tak duże, a popularność socjalistów z tą ich idiotyczną czarną flagą na gmachu Parlamentu tak niska, że aktualna władza ma spokój jeszcze na parę kadencji, a cała reszta siłą rzeczy mnie już nie obchodzi. Wszelkie analizy wraz z odpowiednimi prognozami zostawiam jemu. Niech dostaje cholery. Ja natomiast chciałbym wrócić do wspomnień i opowiedzieć o zdarzeniu, o którym wcześniej nie wspominałem, a który, jak sądzę, w dzisiejszym kontekście do przypomnienia nadaje się w sam raz.
Otóż, kiedy pociąg z Budapesztu do Katowic ruszył, już po chwili, ku powszechnym zaskoczeniu, w naszym przedziale pojawili się węgierscy policjanci w celu przeprowadzenia kontroli paszportowej. W kolejnym momencie zobaczyliśmy, że prowadzą oni jakiegoś Czarnego (zwracam uwagę, że używam terminologii akceptowanej na świecie, jako politycznie poprawnej). Tak się złożyło, że przez czas, jaki upłynął nam między Budapesztem a następną stacją, oni tego Czarnego trzymali w przedziale obok, więc miałem okazję wykonać parę zdjęć. I myślę sobie, że skoro bloger kropka.hu, w sposób oczywisty zainspirowany moimi refleksjami, zamieszcza tu te swoje teksty, jak najbardziej ilustrowane zdjęciami, to nic nie zaszkodzi, jeśli ja też dorzucę parę zdjęć. Choćby po to, byśmy zobaczyli, jak pięknie Węgrzy mówią na policję.



Zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie można kupić moje książki. Kto kiep, niech żałuje.

2 komentarze:

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.