niedziela, 2 sierpnia 2015

Warszawskie dzieci, czy jeszcze raz o ludziach z tatuażami

Zdaję sobie sprawę z tego, że ktoś owo wyznanie może uznać za kokieterię, ale daję słowo, że nawet jeśli mi się niekiedy zdarza robić miny, tym razem jestem całkowicie szczery. Otóż ja rzeczywiście nigdy w życiu nie miałem okazji wysłuchać choćby jednej sekundy muzycznej produkcji Wojciecha Waglewskiego. I wcale nie chodzi o to, że Waglewskiego akurat z jakichś pozamuzycznych względów szczególnie nie lubię i postanowiłem go bojkotować. Nie. Gdybym miał podać powody mojej niekompetencji, gdy idzie o twórczość Waglewskiego, nic poza tym, że go nigdy nie miałem okazji usłyszeć, by mi do głowy nie przyszło. A przecież nie jest tak, że ja generalnie słucham tylko tego, co lubię, albo to co lubią moje dzieci. Nic podobnego. Osobiście jestem otwarty na najróżniejszego rodzaju dźwięki, a w dodatku moja dusza badacza niekiedy wręcz zmusza mnie do tego, by się rzucić na kogoś takiego jak Paweł Kukiz, Muńka Staszczyka, czy nawet Natalię Przybysz. Waglewskiego nie słuchałem nigdy.
A muszę przyznać, że przez te wszystkie lata, od kiedy jego nazwisko zaczęło krążyć w przestrzeni popularnej, miałem naprawdę wiele powodów, by go spróbować sprawdzić. Przede wszystkim przez to, że Waglewski niemal od samego początku funkcjonował jako zjawisko w polskiej muzyce rozrywkowej wyjątkowe, ale również ze względu na to, że on przez samą branżę był traktowany z wyjątkową estymą. Później jeszcze pojawił się ten jego syn ze swoim hiphopowym projektem i to w pewnym sensie poszerzyło scenę samemu Waglewskiemu. A tu nic. Tak się wszystko wokół mnie układało, że – skoro mowa o tych tak zwanych „intelektualistach” – słuchałem Ciechowskiego, Janerkę, Świetlickiego, nawet Nosowską. Waglewski dla mnie istniał wyłącznie jako nazwisko i legenda.
I proszę sobie wyobrazić, że wczoraj, niemal zupełnym przypadkiem, wysłuchałem w telewizji fragmentu specjalnego koncertu, który z okazji rocznicy Powstania Warszawskiego zorganizowało Muzeum Powstania, i którego głównym wykonawcą był właśnie Wojciech Waglewski. Z tego co słyszę, poza stałą obecnością na scenie, to również Waglewski właśnie był autorem wszystkich piosenek, oraz artystycznym pomysłodawcą całego przedsięwzięcia. To on ułożył program koncertu, on wyznaczył jego poszczególnych uczestników i jeśli dziś mówi się o owym muzyczno-patriotycznym projekcie, to pierwszym nazwiskiem, jakie się w tym kontekście wymienia, jest nazwisko Waglewskiego.
Otóż chciałem z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że te w sumie 10 czy 15 minut z całości – a i to w odpowiednio krótkich fragmentach – które udało mi się wytrzymać, to było absolutnie najgorsze muzyczne wrażenie, jakiego miałem okazję doświadczyć. Jakiś czas temu zdarzyło mi się komentować muzyczne umiejętności i estradową sztukę Pawła Kukiza i złośliwie napisałem mu, że od niego wybitniejszym artystą jest nawet Zbigniew Hołdys. Niedawno jechałem jakimś busem, z radia leciała piosenka Muńka Staszczyka pod tytułem „I love you” i ja sobie natychmiast pomyślałem, że to jest najgorsza piosenka, jaka kiedykolwiek powstała na rynku polskiej muzyki popularnej. Pamiętam też, jak tu na blogu komentowaliśmy produkcję jakichś satanistów naśladujących amatorską twórczość spod znaku „Mahogany Sessions”. To co wczoraj pokazał Wojciech Waglewski jest gorsze od tego wszystkiego zebranego do kupy i puszczonego z adapteru bambino.
Nie wysłuchałem do końca owej patriotycznej prezentacji, bo raz, że nie miałem sił, a dwa że faktycznie musiałem wyjść ze sprawami. Kiedy już byłem w drodze, dostałem esemesa od mojego syna, w którym ten mi napisał, że koncert się skończył, a Waglewski na zakończenie żartobliwie rzucił, co następuje: „I to by było na tyle. Bardzo dziękuję, że państwo wpadło”. I ja oczywiście bardzo się cieszę, że on tak właśnie postanowił zamknąć ten występ, bo to wyjaśnia właściwie wszystko. Oto bowiem głos muzyka i kompozytora, który kiedy się go prosi, by napisał kilka piosenek na zadany temat, jedyne co potrafi, to odstawić jakiś żałosny kabaret oparty o parę muzycznych wygłupów. Ale w tym wypadku mamy coś znacznie ważniejszego. Rozmawialiśmy tu niedawno o tym, że patriotyczno-narodowa narracja, której od lat zdawaliśmy się być nieustraszonymi głosicielami, w celach jeszcze nie do końca rozpoznanych, jest stopniowo przejmowana przez środowiska Polsce nieprzyjazne. Mówiliśmy o tym i byliśmy oczywiście to tu to tam krytykowani, że jak zwykle jesteśmy chorobliwie nieufni i że przy tego typu postawie skazujemy się na to, że zostaniemy z owej wspólnej patriotycznej platformy zepchnięci. No i na to przychodzi Wojciech Waglewski, urządza ten swój żałosny cyrk, a na koniec bezczelnie rzuca owo szydercze „państwo wpadło”.
No ale nie o tym miałem pisać. Przede wszystkim chodziło mi o to, by ogłosić, że wreszcie udało mi się usłyszeć Wojciecha Waglewskiego na scenie i czuje się dokładnie tak, jak po obejrzeniu zwiastuna kolejnej wybitnej polskiej komedii z Cezarym Pazurą w roli głównej. Ale przy tej okazji chciałbym przypomnieć, jak to już nieco ponad rok temu napisałem tu o pewnej Jadźce, która stoi na progu decyzji, czy swoje życie poświęcić pracy lekarza, czy rozwijać swoje talenty muzyczne. Pisałem tu o owej Jadźce i, nawet nie mając odwagi, by jej cokolwiek sugerować, wyraziłem opinię, że Jadźka to artystka o potencjale w Polsce niespotykanym… potencjale, który jej branża wybije z głowy zanim ona się zorientuje, co się dzieje. Nie wiem, co słychać u niej dziś, poza tym, że wciąż gdzieś tam śpiewa, natomiast jestem pewien, że gdyby dyrekcja Muzeum Powstania Warszawskiego to u niej zamówiła projekt, który zleciła Waglewskiemu, być może mielibyśmy dziś naprawdę wiele powodów do wzruszeń. Dlaczego? Bo Jadźka to prawdziwa artystka, osoba wrażliwa, no i z tego co wiem, prawdziwa polska patriotka, a nie jakiś bałwan z tatuażem na karku, dla którego słowo Polska to „państwo które wpadło”.


Zachęcam wszystkich do kupowania moich książek, które są do nabycia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. A teraz posłuchajmy Jadźki







3 komentarze:

  1. Pan i Pana syn oglądaliście jakiś inny koncert.
    Wczorajszy koncert (1. sierpnia 2015r.!) pt. "(nie)zakazane piosenki" odbył się w Warszawie bez udziału Waglewskich i nie był to wcale "żałosny cyrk", jak go nazwał Pana syn. Chyba że obaj uznajecie za najwyższy poziom w dziedzinie rozrywki wycie "rollingstonów" pod dyrekcją Coryllusa, kiedy to jest najżałośniejszy w świecie cyrk.
    Chyba że coś jest z Wami nie tak?
    Andrzej Przytuła ze Skierniewic

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozmawialiśmy tu niedawno o tym, że patriotyczno-narodowa narracja, której od lat zdawaliśmy się być nieustraszonymi głosicielami, w celach jeszcze nie do końca rozpoznanych, jest stopniowo przejmowana przez środowiska Polsce nieprzyjazne.

    Może ktoś stwierdził, że na niespokojnych rubieżach nie powinni jednak żyć ludzie, którzy czmychną za czarodziejskim flecikiem Marii Peszek.
    Pytanie tylko czyimi jesteśmy rubieżami i kogo mamy ochraniać, albo komu kupić więcej czasu..

    OdpowiedzUsuń
  3. @Andrzej Przytuła
    Nie. Ja i mój syn oglądalismy koncert, którego główną gwiazdą był Wojciech Waglewski i to był żałosny cyrk. Nie wiem też, skąd Panu przyszło do głowy, że tak go określił mój syn. Ja nic takiego nie zasugerowałem. To była moja ocena.
    Co do Coryllusa i "rollingstonów" nie wiem, o co Panu chodzi. Czyżby do Skierniewic upały zawitały wcześniej?

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.