Andrzej Duda, czyli być jak Robbie Williams

Nie wiem, ilu czytelnikom tego bloga ta informacja cokolwiek powie, ale nie mam sposobu, by dziś właśnie o tym nie wspomnieć. Otóż proszę sobie wyobrazić, że kilka lat temu byłem na koncercie piosenkarza Robbiego Williamsa. A stało się tak, że pewna moja przyjaciółka bardzo pragnęła pójść na występ owego Williamsa w katowickim Spodku, nie mając na tę okazję towarzystwa, zaproponowała mi wspólne wyjście, ja z czystej sympatii nie do tej akurat sztuki, ale do mojej koleżanki, zaproszenie przyjąłem, no i dziś mogę jak najbardziej ogłaszać, że Robbiego Williamsa widziałem i słyszałem na żywo.
Jak mówię, nie jestem w stanie przewidzieć, dla jakiej części osób, które czytają ten tekst, nazwisko Robbie Williams cokolwiek mówi, ale faktem jest, że to jest artysta wybitny, no a już z całą pewnością wśród fanów muzyki popularnej bardzo popularny w każdym zakątku świata. I przyznaję szczerze, że, choć przez większą część koncertu na popisy Williamsa pozostawałem niemal idealnie obojętny, to co jednak należało docenić, jak najbardziej doceniłem i do dziś uważam, że nie miałem w swoim życiu wiele okazji, by być świadkiem tak wysokiego profesjonalizmu. Robbie Williams śpiewał, ja stałem na wprost telebimu, wpatrywałem się w jego twarz, oczy, usta, a od pewnego momentu już na każdy najdrobniejszy element owej ekspresji, i nagle sobie uświadomiłem, że ów Robbie Williams to jest autentycznie nie byle kto; że to jest artysta, który może sobie śpiewać, co – czy to jemu, czy tym, którzy go prowadzą – przyjdzie do głowy, my możemy go kochać, lub się na niego marszczyć, jedno pozostaje poza dyskusją: on nawet na ułamek sekundy nie traci z pola widzenia świadomości, czym jest bycie prawdziwym artystą i jakie z tego wynikają obowiązki. W pewnym momencie mnie ta muzyka tak znudziła, że już tylko patrzyłem na jego oczy na tym telebimie, a on ani jednym mrugnięciem nie pokazał, że się nudzi tak jak ja.
Ale było jeszcze coś. Robbie Williams zapowiadał kolejne piosenki nie po angielsku, lecz po polsku i robił to nie dość, że bez kartki, to jeszcze niemal bez śladu akcentu. Niedawno oglądałem Pearl Jam na DVD i Eddie Vedder za każdym razem, kiedy mówił do ludzi, czytał z kartki, a robił to z tak straszliwym wysiłkiem, że gdyby nie fakt, że Pearl Jam to wielki zespół, a sam Vedder to naprawdę znakomity wokalista, ktoś by mu musiał powiedzieć, żeby się zamknął. Robbie Williams w Spodku gadał po polsku prawie idealnie, a w jego oczach była ta nieprawdopodobna wręcz pasja. To był rok, kiedy ten sam Williams miał serię trzech koncertów w Knebworth, na które przyszły grube setki tysięcy ludzi, a on przyjechał do Spodka i odstawił taki show, jakiego Katowice nie widziało i już pewnie nie zobaczy.
Przypomniał mi się ten Robbie Williams, a zaraz po nim rok 1990, kiedy to w tym samym Spodku miałem okazję przyglądać się z bardzo bliska Lechowi Wałęsie w kampanii przed wyborami, podczas których wspólnie z Tymińskim rozbił w proch Mazowieckiego. Stałem przed samą trybuną w wypełnionym do ostatniego miejsca Spodku, Wałęsa coś do nas gadał, tak jak to on tyle razy wcześniej, i wciąż do dziś, a ja spojrzałem w jego oczy i z przerażeniem zauważyłem, że one są kompletnie puste, bez śladu emocji, bez tego ognia, na który wszyscyśmy tak liczyli, i wtedy nagle zrozumiałem, że Wałęsa jest zupełnie kimś innym, niż mi się dotychczas wydawało. No i że on jest zwyczajnie kiepski.
I od tego czasu było już tylko gorzej. Przez te wszystkie lata w Polsce nie pokazał się jeden polityk, który by potrafił porwać tłumy, a jednocześnie nie dał po sobie poznać, że jest zwykłym oszustem. Przez te wszystkie lata mieliśmy albo cwanych oszustów, albo poczciwe niezdary, których mogliśmy albo kochać, albo nienawidzić, chcieć się z nimi zaprzyjaźnić, albo ich wyrzucić z domu, ale zawsze wiedzieliśmy, że oni są zwyczajnie do tej roboty kiepscy.
Oglądałem wreszcie wczoraj wieczorem wystąpienie Andrzeja Dudy i przyszło do mnie moje dziecko i zapytało mnie, co on gada i czym to się różni od innych. A ja patrzyłem na jego oczy i nagle zrozumiałem, że to co on mówi i jak ładnie to robi i z jaką gracją, jest kompletnie bez znaczenia. Każdego można ubrać w dobry garnitur, przypudrować mu nosek, napisać mu dobre przemówienie i kazać mu się go nauczyć na pamięć, a jeśli nam się na dodatek trafi jakiś wyszczekany mądrala, to się cieszyć się, że zwyciężamy. Gdy chodzi o Dudę, on ma to coś, co ja widziałem w oczach Robbiego Williamsa: mianowicie radość i pasję. Zachęcam wszystkich, by zechcieli sobie obejrzeć wystąpienie Dudy raz jeszcze z wyłączonym dźwiękiem, by się nie rozpraszać czymś, co możemy usłyszeć nawet od Łukasza Warzechy. Proszę zwrócić uwagę na oczy Dudy i tę radość i tę pasję. Właśnie pasję. Tam jest to samo, o czym swego czasu mówiła Margaret Thatcher, a co niedawno wspominaliśmy:
Także i ja, tego pamiętnego wieczora, gdy jechaliśmy do domu przy Flood Street, powinnam była odczuwać większy lęk wobec przejęcia takiej spuścizny. [...] Lecz wtedy, przewrotnie niemal, wszystkie te wyzwania napawały mnie doprawdy szczerą radością. [...]
Muszę się tu przyznać, że istniało jednak coś jeszcze – coś niezwykle osobistego – co również dawało mi radość i siłę. Chatham kiedyś to świetnie zauważył: ‘Wiem, że mogę ocalić ten kraj i że nikt inny tego nie potrafi’”.
I ja to właśnie widziałem wczoraj w oczach Andrzeja Dudy. Jak już pisałem wcześniej, może być różnie. Nasza sytuacja i nasze doświadczenie jest takie, że nic nas już nie zaskoczy. Ale ja wczoraj w oczach Dudy zobaczyłem tę radość i siłę. A to już jest coś, czego się można trzymać.

Wszystkich zachęcam do odwiedzania księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl. Mamy tam wszystkie moje książki, w tym wciąż i tę pierwszą o siedmiokilogramowym liściu, gdzie jak najbardziej jest też zamieszczona historia wspomnianego wyżej wystąpienia Lecha Wałęsy.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Czy Rafał Trzaskowski zaprosi Miley Cyrus na uroczyste otwarcie nowej oczyszczalni ścieków?

"Für Deutschland", czyli o metodzie skutecznego uprawiania polityki

A więc Trump, czyli białe Święta?