niedziela, 8 lutego 2015

Andrzej Duda - człowiek z tarczą i amuletem

O Andrzeju Dudzie pisałem na tym blogu trzy razy i chociaż tylko raz zanim został wskazany przez Jarosława Kaczyńskiego, jako kandydat na tego, który wyrzuci z Pałacu Prezydenckiego Bronisława Komorowskiego razem z tą jego dziwną żoną i szeregiem niemal równie dziwnych kumpli, to już wówczas z pełnym szacunkiem. Mam tu na myśli dość już stary tekst, dotyczący zdarzenia już zapomnianego, a dla mnie do dziś prawdziwie wstrząsającego. Oto któregoś dnia Platforma Obywatelska postanowiła, że jako posła sprawozdawcę któregoś ze swoich typowo antyspołecznych projektów wystawi posłankę o nazwisku Agnieszka Chłoń-Domińczak, wówczas w bardzo zaawansowanej ciąży, by ta przez kilka godzin stała z tym brzuchem na mównicy i broniła owych platformowych pomysłów.
Pozwolę sobie tu przypomnieć początek tamtej notki:
Znajomi donieśli mi, że – jak podaje Dziennik – Agnieszka Chłoń-Domińczak, wiceminister w Ministerstwie Pracy urodziła dziecko i kiedy wróciła do pracy w Ministerstwie, dowiedziała się, że minister Fedak odebrała jej ‘prowadzenie spraw dotyczących otwartych funduszy emerytalnych, żłobków, domów dziecka i rodzin zastępczych. 2 kwietnia wyszło zarządzenie ministra pracy określające nowy podział ról i obowiązków wiceministrów. Większą część jej obowiązków przejął wiceminister Marek Bucior. Chłoń-Domińczak pozostało koordynowanie działań dotyczących dyskryminacji zawodowej i społecznej, aktywizacja zawodowa ludzi po pięćdziesiątce, a także nadzór nad biblioteką’.
Jeśli ktoś sądzi, że z tej informacji najciekawsze jest nazwisko wiceministra Buciora, myli się głęboko. Sprawa jest bowiem interesująca w sposób dość wyjątkowy. A na fali ostatnich ruchów w okolicach starej agentury spod znaku Andrzeja Olechowskiego i pewnej nerwowości na poziomie medialnego zaplecza Platformy Obywatelskiej, może się okazać, że ta wyjątkowość jeszcze troszeczkę się wzmocni.
A więc nie chodzi o Buciora. Sprawa dotyczy w pierwszym rzędzie owej Agnieszki Chłoń- Domińczak. Jeśli ktoś nie pamięta, o kogo chodzi, chętnie przypomnę. Otóż w listopadzie zeszłego roku, kiedy pani Domińczak była jeszcze w zaawansowanej ciąży, jej partia wydelegowała ją, żeby przez wiele godzin odpowiadała posłom na pytania dotyczące emerytur pomostowych. W pewnym momencie minister z Kancelarii Prezydenta, Andrzej Duda, zwrócił uwagę Premierowi, że zmuszanie kobiety z brzuchem do wielogodzinnego wysiłku, tylko po to, żeby uzyskać trochę punktów w sondażach, jest zdecydowanie podłe. I wtedy – jak niektórzy może już sobie przypominają – rozpętało się piekło. Pierwsza zaprotestowała sama pani minister, informując wszystkich, że ona się czuje bardzo dobrze, że już wcześniej dwukrotnie była w ciąży, że dla niej ciąża to pikuś, a Duda to cham i ona nie życzy sobie z jego strony żadnych uwag. Za Domińczak poszedł najpierw atak polityczny, a potem medialny i w efekcie zrobił się taki rejwach, ze Duda musiał kobietę przeprosić, a i tak jeszcze przez całe tygodnie Platforma Obywatelska i reżimowe media znęcały się nad Dudą za jego zbydlęcenie, a nad Prezydentem, że trzyma u siebie taką hołotę.
Oczywiście, pojawiały się – jak zwykłe w podobnych przypadkach – głosy rozsądku, gdzie całą aferę próbowano odpowiednio nazwać i przynajmniej w ten sposób potwierdzić pewne, znane jeszcze sprzed setek lat, standardy, zgodnie z którymi kobieta w ciąży jest w sposób naturalny traktowana z większym szacunkiem, niż przeciętny człowiek. Generalnie jednak, atak szedł równy, nieprzerwany i ostatecznie Duda – podobnie jak przed nim Irasiad, wieśmaki, Włoszczowa, Borubar i dziesiątki innych nazw i zdarzeń – dołączył do całej popkulturowej grupy pojęć wyznaczających zbiór, powszechnie określany, jako obciach”.
Przypomniałem sobie tamten tekst już wczoraj po tym, jak zapoznałem się z, jak się należy spodziewać, zaledwie pierwszym z prawdziwie druzgocących dla Systemu kampanijnych wystąpień Andrzeja Dudy, a przede wszystkich z wyjątkowo nerwową reakcją wspomnianego Systemu. A przypomniałem sobie o nim z tego prostego powodu, że widząc, z kim mamy do czynienia, zrozumiałem, że to się nie mogło zacząć dopiero teraz. Oni na niego Dudę musieli mieć oko już wcześniej, tyle tylko, że to myśmy się na nim odpowiednio wcześnie nie poznali. No ale on po tych wszystkich latach stanął na tej strasznej scenie i stało się. I, przepraszam, że to mówię, ale oni w tej chwili mogą go już tylko zabić. Bo nawet jeśli sfałszują nadchodzące wybory i każą Komorowskiemu przez kolejne pięć lat przysypiać pod tym żyrandolem, właśnie nastąpił nowy rozdział.
Ponieważ już i tak znaczną częścią tej notki wypełniają cytaty z notki wcześniejszej, nie zaszkodzi jeszcze raz odwołać się do diagnoz sprzed miesięcy. Oto w odpowiedzi na decyzję Prawa i Sprawiedliwości, by w wyborach prezydenckich partię reprezentował Andrzej Duda podniosła się histeria tak wręcz obłąkana, jakby ci, którzy jej ulegli zostali wcześniej zaczarowani co najmniej przez ministra Nałęcza, że już nie mogłem nie zareagować i napisałem między innymi, co następuje:
Został więc ów Bronisław Komorowski prezydentem i dziś mamy to co mamy. Z jednej strony, świadomość kompletnego upadku, a z drugiej ów lęk, że być może my tak naprawdę czegoś nie wiemy i możliwe, że to jednak jest ktoś naprawdę wybitny. Otóż nie. Jest faktem, którego żadne moce ziemskie, czy choćby i piekielne nie są w stanie podważyć, że prezydent Komorowski jest najgorszy w tym sensie, że każdy jest od niego lepszy. Nawet Andrzej Duda.
I o Dudzie dziś chciałem pisać. Otóż biorąc pod uwagę, że Bronisław Komorowski jest prezydentem Systemu, a nie Polaków, prezydentem nie wybranym w powszechnych wyborach przez Naród, ale nominowanym przez System, w obliczu zbliżających się w przyszłym roku wyborów musimy pogodzić się z tym, że jeśli System uzna, że trzeba Komorowskiego zachować na tym stanowisku, on prezydentem będzie przez kolejne pięć lat. I nikt z nas nic w tej sprawie nie zrobi. Koniec. Kropka. I nie zmieni tego żadna, choćby najbardziej fantastyczna kontrkandydatura. Gdybyśmy nawet nagle spośród siebie wyłonili kogoś o przymiotach i talentach Ronalda Reagana i Margaret Thatcher i o twarzy George’a Clooney’a, jeśli życzenie Systemu będzie inne, on tych wyborów nie wygra. Wygra je Bronisław Komorowski.
I oto Prawo i Sprawiedliwość wystawia do tej walki Andrzeja Dudę i wszyscy wybuchają perlistym śmiechem. Przepraszam bardzo, ale z jakiego to powodu? W czyją to stronę ów śmiech jest skierowany? Czy naprawdę w stronę Dudy? A niby z jakiego powodu? Powiedzieliśmy już sobie, że, obiektywnie rzecz biorąc, od Komorowskiego lepszy jest każdy, a więc oczywiście też Duda. Tu jednak mamy coś więcej: Duda, obiektywnie rzecz biorąc, jest lepszy od wielu, wielu innych chętnych do tego, by kandydować w tych wyborach, a już na pewno od prof. Nowaka, który tu i ówdzie był aż nazbyt poważnie proponowany do tej roboty. Z tego co wiem, Duda wygląda nienajgorzej, jest bardzo elokwentny, inteligentny, jak się zdaje stosunkowo uczciwy, politycznie bardzo kompetentny, krótko mówiąc prezentuje się jako ktoś, przy kim wielu kandydatów w normalnej demokratycznej walce nie miałoby szans. A my tu mówimy o Bronisławie Komorowskim? Przepraszam bardzo, ale w jaki sposób Komorowski jest w stanie wygrać z Dudą, jeśli przyjmiemy, że te wybory, podobnie jak poprzedzająca je kampania, będą uczciwe? Ktoś powie, że nie będą. Ktoś powie, że propaganda Systemu Dudę rozbije w proch. No i zgoda. Ja to bardzo poważnie biorę pod uwagę, tyle, że kogo nie rozbije? Nowaka? A czemu niby Nowak byłby się jej w stanie oprzeć, skoro w lipcu roku 2010 oni pokazali, co są w stanie zrobić z samym Jarosławem Kaczyńskim?
Sprawa polega na tym, że przede wszystkim – podkreślam, z tego co o nim wiem – Duda jest dobry. Po prostu. To nie jest George Clooney, nie jest to też Ronald Reagan, czy Margaret Thatcher, ale jest dobry. Przede wszystkim jednak, jak już wcześniej się umówiliśmy, na Komorowskiego dobry jest każdy, tyle że nam nie jest potrzebny każdy, ale ktoś przynajmniej na te smutne czasy – adekwatny. Jeśli System uzna, że dość już tych oszustw, Duda wygra i to wygra w pierwszej turze. Jeśli nie, nie wygra ani Jarosław Kaczyński, ani nikt, kogo sobie wymyślimy. Jedno powinniśmy pamiętać, by nie dać się aż tak zaczarować. Trzymajmy się rzeczywistości. […] i pamiętajmy – to nie oni są naszym przeciwnikiem. To są eksponaty z ruskiego gabinetu figur woskowych. Wystarczy, że temperatura wzrośnie choćby o jedną kreskę, oni się roztopią i nie zostanie z nich nawet kupka kupy. I to wcale nie dlatego, że wosk nie zamienia się w gówno”.
To był listopad zeszłego roku, a więc jak widzimy, trochę czasu upłynęło. Czy coś się zmieniło? Niewiele, ale jedna rzecz jest nowa na pewno: od wczoraj z Dudy już się nikt nie śmieje, a jeśli nawet to robi, to już w żaden sposób nie jest w stanie ukryć tego, jak mu strach zatyka oddech. Dlaczego? Otóż nawet nie dlatego, że oni nagle poczuli, że Duda autentycznie może wygrać – w końcu, jak już sobie powiedzieliśmy, jak trzeba będzie, to oni te wybory sfałszują, a my nawet nie piśniemy – ale dlatego, że Prawo i Sprawiedliwość po tych wszystkich latach wypuściło ze swoich szeregów przywódcę doskonałego, takiego, jakiego Polska nie miała nigdy, przywódcę przy którym Aleksander Kwaśniewski wygląda dokładnie tak, jak człowiek, którym od początku był. Mówię o Aleksandrze Kwaśniewskim, który w roku 2000 został prezydentem już w pierwszej turze, i to nie dlatego, że był atak fantastycznie doskonały, ale dlatego, że konkurencja była kompletnie do niczego.
Dziś Prawo i Sprawiedliwość ma Andrzeja Dudę, a ja już nawet nie muszę apelować o powagę, bo to, że żartów nie ma wie już chyba każdy. Zwłaszcza ci, którzy zanim dojdzie do rozstrzygnięcia, będą próbować mu zabrać te amulety. Ewentualnie podmienić.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie jest do kupienia pełny zestaw wybranych felietonów z tego bloga w dwóch tomach: „O siedmiokilogramowym liściu” i „Palimy licho”. Dwie książki za ledwie 60 zł i tylko tutaj, w księgarni u Coryllusa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.