piątek, 6 lutego 2015

Dlaczego praskie psy wolą kanabis od absyntu?

Wróciliśmy wczoraj z wycieczki do Pragi i mam bardzo silne przekonanie, że nie mogę tej przygody pozostawić bez choćby bardzo krótkiego komentarza. Jak już tu parę razy wspominałem, podróżnik ze mnie żaden i nawet pomijając fakt, że po raz pierwszy w życiu leciałem samolotem zaledwie parę lat temu, świadczyć o tym musi choćby i to, że każde z moich dzieci w swoim młodym wieku już zdążyło zobaczyć znacznie więcej ode mnie. No, ale coś tam jednak zwiedziłem i wydaje się, że pod pewnymi względami właśnie Praga robi znacznie większe wrażenie, niż którekolwiek z owych nawiedzonych przeze mnie miejsc, jak choćby Londyn, czy Wiedeń.
Weźmy ten Wiedeń. Byliśmy tam latem zeszłego roku i byłem porażony. Po raz pierwszy bowiem zobaczyłem coś, co wprawdzie wcześniej sam widziałem i we Lwowie i w Przemyślu i w Krakowie, ale też znałem z opowiadań osób, które były w Budapeszcie, a więc owo Cesarstwo, tyle że wszystko to na raz i w dodatku dziesięć razy bardziej. Przyjechaliśmy do Pragi i niemal od pierwszej chwili widać było, że to już jest zupełnie inny wymiar, a z każdą chwilą przeświadczenie to stawało się już tylko mocniejsze. Potęga Pragi robi wrażenie nawet wtedy, gdy wyjedzie się tramwajem poza kultowe już centrum i trafi na miejsca jakby żywcem przeniesione z czasów już nawet nie Husaka, ale samego Gottwalda. Owej szczególnej wielkości nie zobaczymy ani we Lwowie, ani w Budapeszcie, ani nawet w Wiedniu, że już nie wspomnę o Londynie, który swego czasu był dla mnie miejscem wręcz bajkowym, a dziś robi wrażenie tylko żartu. Praga jest jak ta drobna kostka brukowa, wszędzie ta sama, którą tak pieczołowicie swego czasu zostały wyłożone jej wszystkie ulice. Tam od początku do końca, jak chyba w żadnym innym miejscu na ziemi, widać ten plan. Właśnie plan, tak precyzyjny, jakby jego częścią były nawet te dziewczyny, naprawdę bardzo ładne – słynne piękne Czeszki.
Mieszkaliśmy w równie ładnym, choć niedrogim o tej porze roku, hotelu tuż pod zamkiem i proszę sobie wyobrazić, że okna do naszego pokoju były ozdobione witrażami czeskich świętych. Cztery okna, a w każdym po kolei – św. Vaclav, św. Boleslav II, św. Boleslav III i św. Emma. I powiem szczerze, że, kiedy zobaczyłem ich po raz pierwszy, nawet się nie zdziwiłem, bo już wcześniej, wzdłuż całej drogi z dworca do hotelu, podobnych wizerunków widziałem całe mnóstwo. Praga bowiem to miasto wręcz wypełnione symboliką religijną: obrazy i figury świętych, setki figur Matki Boskiej, krzyże z Umęczonym Jezusem, mozaiki z wizerunkiem Trójcy Przenajświętszej, no i kościoły. Jeśli mimo ich natłoku spróbujemy jednak zwracać na nie uwagę, to ta intensywność bije na głowę wszystko to, z czego znany jest choćby nasz Przemyśl.
Jeśli jednak spojrzymy uważniej, zrozumiemy, że tam nie ma ani kościołów, ani kaplic, ani świętych, ani krzyży, ani Trójcy Przenajświętszej, tylko restauracje, knajpy, sklepy, hotele i zwykłe kamienice, w których mieszkają ludzie, albo mają swoje siedziby jakieś instytucje, a te krzyże i te figury są tam niemal wyłącznie dla ozdoby. Zresztą już same ich nazwy wskazują na to, że w Pradze religia pełni funkcje ściśle turystyczne, tak jak sklepy sprzedające absynt, kanabis, czy znanego z czeskich kreskówek krecika. „Pub pod Praskim Jezulatkiem”, „Restauracja pod Trójcą Przenajświętszą”, czy „Hotel pod Krucyfiksem”… Tak tam się to wszystko rozkłada.
Wychodzi się z dworca kolejowego na ten bruk i najpierw słychać ów dziwny język, potem widać te kobiety, które nawet kiedy są brzydsze od innych, to wciąż tak bardzo ładne, a dalej już tylko sklepy sprzedające albo tę ich 80-procentową anyżówkę, albo kanabis, albo anyżówkę z kanabisem, albo mydło z kanabisem, albo szampon z kanabisem, albo herbatniki z kanabisem, albo papierosy z kanabisem, albo piwo z kanabisem, albo perfumy z kanabisem, albo płyn do kąpieli z kanabisem, albo, jeśli ktoś to wszystko już ma, to koszulki, bluzy, albo zwykłe obrazki do powieszenia na ścianie, ewentualnie wprasowania z liściem marihuany i napisem „Praga”. No i tajski masaż. Na każdym kroku musi się wpaść na bramę (to są najczęściej otwarte bramy), w którym jakieś Azjatki masują turystów. Azjatów w Pradze też są zresztą tysiące, po obu tak akurat stronach, a więc zarówno wśród turystów z aparatami, jak i obsługi w sklepach z kanabisem i abysntem i pluszowymi krecikami.
A nad tym wszystkim mozaiki z Trójcą Przenajświętszą, Matka Boska z Dzieciątkiem Jezus na rękach, Jezusy umęczone na Krzyżu, i tysiące figur z czeskimi świętymi, no i ten biedny św. Wit ugotowany, jeszcze zanim skończył 15 rok życia, w ołowiu i królujący nad Miastem razem z tym jakimś Zemanem. A pod tym wszystkim – i kto wie, czy nie od tego powinienem był zacząć – niezliczone ilości żebraków. I niech nikt nie myśli, że to są tacy sami żebracy, jak ci, których możemy spotkać u nas, w Niemczech, czy w Londynie. Prascy żebracy są – podobnie zresztą jak ów kanabis, absynt, jasne włosy czeskich dziewcząt, brukowa kostka i to nieprawdopodobnie wręcz intensywnie manifestowane chrześcijaństwo – całkowicie unikalni. Oni klęczą na każdej niemal ulicy, z głową wbitą w ów praski bruk, z puszką wyciągniętą nad głowę, a obok nich niezmiennie, przykryty kocem, leży grzecznie pies. Wierny, kochający i równie jak jego pan biedny i budzący litość. To jest widok nie do uwierzenia. Setki klęczących na tym mrozie żebraków, mężczyzn i kobiet, z twarzami wciśniętymi w ziemię, a każdy z nich z psem przykrytym kocem, żeby nie zmarzł od tego lutowego wiatru.
A nam już tylko, kiedy będziemy zmierzać do pociągu, który nas zawiezie do Bohumina i patrzeć na nich po raz ostatni, pozostaje się zadumać i zapytać, czy te psy wcześniej zostały poczęstowane absyntem, czy kanabisem, czy może je w stan owej nieopisanej wręcz łagodności wprowadziło owo wszechobecna praska pobożność.

Jak już na swoim blogu ogłosił Gabriel, rozpoczęliśmy promocje na moją książkę o muzyce. Od dziś przez pewien czas „Podwójny nokaut” będzie kosztował zaledwie 25 złotych plus przesyłka. Dziś w języku polskim tego typu opracowanie, a już z całą pewnością tak ciekawe i inspirujące, nie istnieje. I to nie jest opinia ale fakt, i nie zmieni go nawet dziesięć książek napisanych przez Wojciecha Manna, Piotra Kaczkowskiego i Dariusza Michalskiego. Razem, czy osobno:
http://coryllus.pl/?wpsc-product=rock-and-roll-czyli-podwojny-nokaut

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.