środa, 27 sierpnia 2014

O kulturalnej jumie w wielce kulturalnym stylu

Parę dni temu przez media przeleciała informacja, że prokuratura postanowiła się zająć meczem piłkarskim miedzy Śląskiem Wrocław i Cracovią, czy może Arką Gdynia i Zawiszą Bydgoszcz, obojętne, który miał się odbyć na Stadionie Narodowym, na organizację którego polskie państwo wydało jakieś półtora miliona złotych, a który ostatecznie, z przyczyn, które są tu dziś dla nas kompletnie nieistotne, się nie odbył. Co prokuratura chce od organizatorów? Otóż podejrzenie jest takie, że cały pomysł na zorganizowanie owej imprezy od początku do końca polegał właśnie na tym, by ona się nie odbyła; by rozprowadzając ów budżet mieć świadomość faktu, że im mniej trzeba się będzie zajmować samym meczem, tym więcej zostanie do podziału. No a skoro tak, to juma. A skoro juma, to kryminał, bo póki co, kraść nie wypada.
Wysłuchałem tej informacji i powiem szczerze, że ani mi nie drgnęła powieka. Otóż chyba jeszcze paręnaście lat temu w Gdyni wystąpić miał David Bowie i też ostatecznie do koncertu nie doszło, jak się okazało, z powodu nikłego zainteresowania ze strony publiczności. Tak się składa, że akurat David Bowie jest mi doskonale obojętny, nigdy nie miałem ani jednej jego płyty, z wyjątkiem „Ziggi Stardust”, której akurat fizycznie nie znoszę, nie znam nawet tytułów jego piosenek, i myślę, że nawet gdyby on miał wystąpić w katowickim Spodku, wolałbym ten czas spędzić w inny sposób. Wiem natomiast, że David Bowie to światowa gwiazda pierwszej jasności, a liczba jego fanów w Polsce wystarczyłaby, żeby wypełnić największe z dostępnych w kraju areny. Koncert w Gdańsku natomiast się nie odbył, bo, jak ogłosili organizatorzy, bilety nie poszły.
To co się stało, było dla mnie wiadomością na tyle szokującą, że postanowiłem sprawę zbadać niemal u źródła, a zatem skonsultowałem się z moim wieloletnim kumplem, który nie dość, że jest umocowany w branży na tyle wysoko, by sytuację znać, to jeszcze mieszka w Gdyni i to co się tam dzieje zna jeszcze lepiej, niż i tak już by nam wystarczyło. Powiedział mi więc mój kumpel, że cała ta impreza pod tytułem „David Bowie w Polsce” została załatwiona dokładnie w ten sposób, jak wiele lat później ów mecz na Stadionie Narodowym: rzuca się hasło, uzyskuje się jak najwyższy budżet, a następnie robi się wszystko, by go rozdzielić na jak najmniej osób, w jak największej części, z efektem wymarzonym takim, że samemu artyście odpala się odpowiednie odszkodowanie za występ, do którego z jakichś tam przyczyn nie doszło, i wszyscy są zadowoleni.
Przypomniała mi się zarówno sprawa niegdysiejszego koncertu Davida Bowie, ale też owe zeszłotygodniowe doniesienia na temat przekrętu z meczem na Stadionie Narodowym przy okazji imprezy o nazwie Tauron Festival, która odbywa się corocznie w Katowicach. Jak pewnie większość z nas wie, Tauron to jeden z czterech najważniejszych w Polsce dostawców energii i to ów koncern właśnie uznał, że opłaci im się drobną część budżetu przeznaczonego na promocję zainwestować w tego rodzaju festiwal. Że niby muzyka to energia. Ponieważ jednak prezesi Taurona na muzyce i organizacji festiwali znają się w stopniu minimalnym, do tej roboty wynajęli kierowaną przez dwóch lokalnych cwaniaków firmę o nazwie More Music Agency. Ja akurat nie wiem dokładnie, jak się tego typu biznesy organizuje, ale domyślam się, że wszystko odbyło się bardzo prosto: Tauron przelewa na konto owej „Agency” żywą gotówkę, a jej szefowie za to zobowiązują się zorganizować festiwal w taki sposób, by on się odbył, odniósł jakiś tam medialno-komercyjny sukces, no i żeby w następnym roku główny sponsor nie zmienił reprezentującego branżę partnera. Co trzeba, żeby to wszystko się jakoś zamknęło? Otóż przede wszystkim trzeba wynająć odpowiedni teren, postawić kilka scen, wydrukować bilety, zorganizować ich dystrybucję, zaprosić do udziału odpowiednią liczbę wykonawców, zapowiedzieć udział dwóch czy trzech gwiazd pierwszej wielkości, no i odpowiednio, i jak najszybciej, podzielić ten budżet, najlepiej tak, żeby przy następnej okazji mieć dobry argument do wyproszenia jego zwiększenia.
W tym roku Tauron Festival zapowiadał występ dwóch gwiazd. Przede wszystkim Neneh Cherry z nowym projektem, no i ledwie debiutującego, a mimo to już otoczonego dość znacznym kultem Australijczyka o ksywie Chet Faker. Gdybym ja akurat miał pieniądze i czas, i gdybym jeszcze mógł te pieniądze i czas tak spożytkować, by obejrzeć tylko tych dwoje, pewnie bym się zdecydował, natomiast faktem jest, że dla znacznej części młodej festiwalowej publiczności sens udziału w tegorocznym festiwalu opierał się na obecności owego Fakera. Jestem pewien, że bardzo duża część biletów na festiwal została sprzedana właśnie ze względu na niego, i to właśnie ze względu na niego tegoroczna edycja Tauron Festival miała odpowiednią rangę. Z tego co mi opowiadały moje dzieci, bilety na koncert Australijczyka zostały sprzedane niemal natychmiast, a z biegiem czasu, wraz ze zbliżaniem się koncertu, ich cena skoczyła niemal dwukrotnie. No i nagle, kiedy do dnia występu zostało już ledwie parę dni okazało się, że Faker jednak nie wystąpi. Dlaczego? Nie wiadomo. Bo tak wyszło. Podobno źle się poczuł.
Ktoś się zapyta, po jasną cholerę ja się zajmuje takim głupstwem, jak Tauron Festival i jakiś gwiazdor, który nie dotrzymuje terminów. Otóż czytelnicy tego bloga, w większości pewnie słabo zorientowani, gdy idzie o dzisiejszy rynek muzyczny, tego nie wiedzą, ale ostatnie lata w Polsce to autentyczna plaga odwołanych koncertów. Nie są to wprawdzie wydarzenia na poziomie Black Sabbath, ACDC, czy Iron Maiden, jednak dzisiejszy rynek – i tego też osoby niezainteresowane mogą nie wiedzieć – to przede wszystkim artyści znani z Internetu, a więc ci, co dziś tworzą autentyczny popyt. Black Sabbath, ACDC, czy Iron Maiden, to muzyka dla starych dziadów, takich jak ja, gwiazdy klasycznego popu, takie jak Justin Timberlake, Jaz-Z, czy Rihanna to świat nam zupełnie obcy, natomiast dzisiejszy rynek festiwalowy, a więc wobec ciężkiego kryzysu na rynku płytowym, tak naprawdę rynek jedyny, to klasyczny internetowy underground. W minionych latach swoje koncerty w Polsce w ostatniej chwili, poza Chetem Fakerem, odwołali tacy wykonawcy, jak Ellie Goulding, Future Islands, Jake Bugg, czy Thom Yorke. Z gwiazd większych, w ostatniej chwili odwołany został ostatni komercyjny hit, Pharrell Wiliams. W Gdańsku wprawdzie odbył się koncert Justina Timberlake’a, stanowiący część bieżącej światowej trasy artysty, na który oficjalne ceny biletów dochodziły do tysiąca złotych, jednak to, co widzowie zobaczyli, to zaledwie cień tego, co zapowiadały doniesienia z innych aren. Inny program, inny wystrój, w efekcie znacznie skromniejszy show, no i sam występ zwyczajnie krótszy. Dlaczego? Co takiego się stało, że coś, co wedle wszelkich znanych dotychczas standardów nie mogło różnić się pod jakimkolwiek względem od oryginału, w rezultacie okazało się kompletną porażką?
Otóż ja mam na to i wszelkie wcześniejsze pytania odpowiedź jedną. Otóż moim zdaniem, dziś organizacja wszelkich akcji związanych z wykorzystywaniem budżetów – budżetów, podkreślam, jakichkolwiek, a więc zarówno prywatnych, jak i publicznych – sprowadza się do tego, by jak największą ich część rozdzielić między organizatorów, a za to, co zostanie, spróbować jakoś tę imprezę sfinansować. Najlepiej oczywiście, jak już wspomniałem na początku tej notki, i z czym mieliśmy do czynienia w przypadku afery z meczem na Stadionie Narodowym i niedoszłego występu Davida Bowie sprzed lat, byłoby doprowadzić do sytuacji, gdzie impreza się zwyczajnie nie odbędzie. Mam wrażenie, że najgorsze, co tych cwaniaków może spotkać to to, jak się zachował Justin Timberlake. On prawdopodobnie w ostatniej chwili dowiedział się, że nie ma tego, nie zapewniono tamtego, nie dadzą mu jeszcze czegoś, a w dodatku poinformowali, że pieniędzy jednak jest mniej, niż miało być, a on, zamiast się zgodzić na jakieś skromne odszkodowanie i w Gdańsku się nie pokazać, pomyślał, że głupio byłoby tak się nagle obrażać, wziął co dali, tyle że sam też dał to co dał i tyle.
No i teraz znów ktoś się spyta, co z tego? Co nas interesuje branża rozrywkowa i tych paru gangsterów, którzy postanowili się na niej dorobić. Otóż moim zdaniem, to, co się stało na Stadionie Narodowym i to, co się dzieje w przemyśle muzycznym jest zaledwie odpryskiem owej gigantycznej „jumy”, z którą mamy do czynienia na każdym poziomie polskiego życia publicznego. Moim zdaniem, w każdym możliwym jego wymiarze, i to niezależnie od tego, czy chodzi o małe wioski, wielkie miasta, rynek książek, muzyki, prasy, filmu, teatru, nauki, czy czegoś, co się oficjalnie opisuje terminem „coaching”, a co obejmuje wszelkiego rodzaju kursy, szkolenia, doradztwa, dziś już nie chodzi o nic innego, jak tylko o to, by wypatrzeć gdzieś jakieś pieniądze, zgłosić się z dowolnym projektem, a następnie już tylko pozwolić, by dokooptowano do interesu tyle odpowiednio znaczących osób i instytucji, by można było mieć pewność, że całe przedsięwzięcie uda się zamknąć w taki sposób, by każdy był zadowolony. No może, z wyjątkiem klienta, który zapłacił i albo dostał coś, na co nie liczył i pomyślał, że może następnym razem będzie lepiej, albo się obraził i dostał zwrot pieniędzy.
Wróćmy na chwilę jeszcze do dwóch wspomnianych wcześniej cwaniaków z More Music Agency. Tak się składa, że wśród paru innych tak zwanych „jednostek kulturalnych” na Śląsku, oni obsługują znany w środowisku Jazz Club „Hipnoza”. Jeszcze kilka lat temu nie było tygodnia, by w owej „Hipnozie” nie odbywał się jakiś poważny mniej lub bardziej koncert. W „Hipnozie” występowali David Murray, Arthur Blythe, Billy Bang, Kahil El’Zabar, Nicole Mitchell, wszyscy przy pełnej sali. Dziś tam już się głównie pije piwo i słucha jazzu z odtwarzacza CD. Czemu? Ależ to jest proste: po cholerę się napinać, skoro miasto i tak to co i tak już przeznaczyło na rozwój lokalnej kultury, da? Jak mówię, to co ja tu piszę, opiera się nie na mojej wiedzy, ale na tym co widzę i co mi każe wyciągać wnioski, ale moim zdaniem jest tak, że dziś ci dwaj nie muszą już robić poza tym, że raz do roku przedstawią listę, na której będzie napisane, jak to przez minione 12 miesięcy Jazz Club „Hipnoza” przyczynił się do rozwoju kultury na Śląsku, ile pieniędzy wydał, o ile więcej będzie potrzebował w roku następnym, ktoś tam przybije pieczątkę i sprawa załatwiona. Jak mówię, po co się napinać, a już zwłaszcza, gdy jeszcze jest ten Tauron?
A odbiorca tej oferty? On zresztą i tak już wkrótce prawdopodobnie zostanie na tyle skutecznie wyćwiczony, że będzie zadowolony zawsze, wiedząc, że jeśli nie będzie tego piwa, to nie będzie nic, a kiedy nie będzie nic, to jak żyć panie premierze? Jak żyć?

Wszystkich zainteresowanych zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie wciąż obowiązują wyjątkowo ciekawe promocje na niektóre z moich i Coryllusa książek. Szczerze polecam, również te, akurat promocjami nie objęte. No i wciąż, jak zawsze, proszę wszystkich, którym zbywa, o wsparcie dla tego bloga. Dziękuję.

2 komentarze:

  1. W takim razie, ciekawe, czy koncert Morrisey-a nie zostaną odwołane. Wybiera się Pan?

    A agencje koncertowe, to wielka mafia. Takie Live nation, na przykład. Mają podpisane umowy z halami i stadionami. Jeśli jakiś artysta chce zorganizować trasę, to tylko na ich warunkach, bo inaczej nie zagra nigdzie.

    OdpowiedzUsuń
  2. @wegil606
    Byłem trzy lata temu w Krakowie. Fatalne nagłośnienie. Można było dostać cholery.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.