czwartek, 21 listopada 2013

Polen, Inc., czyli ostatni etap


Od wczoraj szykuję się, żeby napisać tę notkę, i oto okazało się, że temat mi niemalże został sprzątnięty spod nosa przez blogera Salonu24, skądinąd znanego ekonomisty i komentatora, Krzysztofa Rybińskiego. Piszę „nieomal”, bo rzeczywiście Rybiński postanowił się zająć nominacją Mateusza Szczurka na stanowisko ministra finansów, natomiast – tak jak to zwykle bywa w celebryckim towarzystwie – biorąc się za tę robotę, poszedł drogą dokładnie taką, jakiej ja chciałem uniknąć, i nie dość że się skompromitował, to, co dla mnie akurat jest czymś bardzo korzystnym, temat spieprzył.
Ministrem finansów w rządzie Donalda Tuska zgodził się zostać dotychczasowy główny ekonomista Banku ING, Mateusz Szczurek, i ta nominacja, diabli wiedzą, z jakiego powodu, wzbudziła w Rybińskim taką złość, że jedyne, na co potrafił się zdobyć, to najpierw się pośmiać z nazwiska nowego ministra, a następnie pochwalić, że on go kiedyś znał osobiście, i że ów Szczurek to postać nie warta nawet splunięcia. I tyle.
Czemu ja postanowiłem pisać o Szczurku? Otóż wcale nie dlatego, że on ma takie nazwisko, a nie inne – prawdę powiedziawszy, to dopiero Rybiński zwrócił mi uwagę na tę kwestię – i nie dlatego, że go uważam za bałwana; nawet nie dlatego, że go znam, lub znałem osobiście. Chciałem o nim napisać z tego względu, że miałem okazję znać jego brata Michała Szczurka, który swego czasu był wiceprezesem Banku ING, a dziś jest jego przedstawicielem gdzieś w Bangladeszu, czy w jakiejś Tajlandii.
W jaki sposób poznałem Michała Szczurka? Otóż kilka lat temu, przez trzy lata uczyłem angielskiego tu w Katowicach w centrali ING, i miałem okazję na niego parę razy wpaść. Poza zwykłym „dzień dobry” akurat, nie miałem oczywiście okazji z nim rozmawiać, natomiast przyznaję, że robił wrażenie osoby sympatycznej, i tak samo był oceniany przez ludzi, których uczyłem, a którzy znali go bezpośrednio. To oni też właśnie opowiedzieli mi, jak to bracia Michał i Mateusz Szczurek mają kompletnego fioła na punkcie rowerów, i każdą wolną chwilę organizują sobie tak, że wsiadają ze swoimi rowerami do samolotu, lecą gdzieś do Boliwii, czy Gwatemali, tam, jak obłąkani, jeżdżą na tych rowerach od rana do nocy, by po tych dwóch, czy trzech tygodniach wrócić do pracy: jeden, tu w Katowicach, a drugi, tam w Warszawie.
Ale nie o tym planowałem pisać. Chciałem zaledwie zwrócić uwagę na fakt, że bracia Szczurkowie obaj pracowali dla Banku ING, zajmowali tam bardzo wysokie stanowiska, i – co jest dla mnie od początku do końca oczywiste – musieli być przez właścicieli Banku traktowani, jak „goodfellas”. Inaczej być nie mogło. Chciałem też zwrócić uwagę, że bracia Szczurek, z których jeden był wiceprezesem korporacji tak potężnej, jak ING, a drugi jej głównym ekonomistą, musieli zajmować, z zawodowego punktu widzenia, pozycje, od których jest może kilka bardziej prestiżowych, czy też finansowo interesujących, ale z całą pewnością do nich nie należy stanowisko ministra finansów w upadającym rządzie Donalda Tuska. I oto ja mam dziś rozumieć, że Mateusz Szczurek, który od lat pracował z sukcesem na swoim stanowisku w Banku ING, a wolne tygodnie spędzał ze swoim ukochanym bratem Michałem na wycieczkach rowerowych w Południowej Ameryce, nagle postanowił zrobić z siebie durnia?
Otóż nie. Ja wiem, czym jest stanowisko ministra w rządzie Donalda Tuska dla takiej Joanny Kluzik. Nie mam również wątpliwości, że prof. Kolarska-Bobińska, obejmując tę swoją tekę ministra szkolnictwa wyższego, musi być bardzo z siebie zadowolona. Domyślam się nawet, że dotychczasowa minister od europejskich funduszy, którą kiedyś miałem okazji poznać w pociągu, i która zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie, też ma w tym, co robi, jakiś interes. Co do Mateusza Szczurka, nie mam najmniejszych wątpliwości, że on, przyjmując tę posadę, przyjął ją z bardzo poważnym błogosławieństwem ze strony zarówno swojego brata, jak i właścicieli Banku ING. I że to ich słowo, a nie słowo premiera dzisiejszego polskiego rządu, miało dla niego znaczenie rozstrzygające.
Informują media, że Mateusz Szczurek, przyjmując tę robotę, doskonale sobie zdawał sprawę z tego, że on w tym rządzie będzie pełnił funkcję wyłącznie dekoracyjną. On musiał wiedzieć, że to, iż Donald Tusk nie uczynił go nawet wicepremierem, to nie jest jakieś zaniedbanie obłąkanego umysłu, ale gest przemyślany; gest o pewnym bardzo istotnym znaczeniu. On wreszcie musiał wiedzieć, że tam nie on będzie rządził, tylko były premier Bielecki. Tyle że to najwyraźniej mu nie przeszkadza. Bo on tu nie przyszedł po to, by wyręczać Bieleckiego, czy Tuska w jego czynnościach.
Oto nastąpiła z dawna wyczekiwana przez bardziej naiwną część społeczeństwa rekonstrukcja rządu. Oto wyleciał na zbity pysk człowiek, który doprowadził do ruiny budżet państwa, a przy okazji pomógł wielu z nas zrozumieć, że ten rząd składa się z ludzi, którzy nie dość, że nie są w stanie skutecznie rządzić, to nie potrafiliby nawet przybić równo gwoździa. I nagle na jego miejsce przyszli przedstawiciele Banku ING, jak się domyślamy, już tylko po to, by ten bałagan, który on zrobił, wysprzątać i zamknąć drzwi od wewnątrz.
A ja sobie przypominam słowa Donalda Tuska sprzed paru dni, jeszcze sprzed tej nieszczęsnej reorganizacji, gdy zapytany, czy mu nie będzie trudno znaleźć odpowiednich następców dla odchodzących ministrów, odparł, że z tym nie będzie problemu, bo „w Polce jest dużo ludzi poszukujących pracy”. Niezwykła szczerość. Powiedziałbym, że to jest szczerość dziecka, które się już nadaje tylko do tego – przepraszam za drastyczność porównania, ale kiedy myślę o nim, nic lepszego mi do głowy nie przychodzi – by je zgwałcił jakiś ksiądz-pedofil. Ale też trzeba przyznać, że to jest szczerość, która nas ustawia w pozycji ludzi, którzy już nie potrzebują zadawać pytań. Wszystko jest jak na dłoni.

Oryginalnie planowałem ten tekst umieścić tylko tu, dla najbardziej wiernych czytelników, jednak przez to, że się ni stąd ni z owąd pojawił ten nieszczęsny Rybiński, trzeba to będzie opublikować również w Salonie. Tak czy inaczej, serdecznie proszę, jeśli tylko ktoś może sobie pozwolić, wspierać to moje pisanie pod podanym obok numerem konta, bo bez tego, nie ma nic. Dziękuję.

3 komentarze:

  1. Witam,

    Dobry tekst ale:
    "Powiedziałbym, że to jest szczerość dziecka, które się już nadaje tylko do tego – przepraszam za drastyczność porównania, ale kiedy myślę o nim, nic lepszego mi do głowy nie przychodzi – by je zgwałcił jakiś ksiądz-pedofil"
    dla mnie niesmaczne.
    Chyba warto czasami trochę poczekać może coś lepszego jednak przyjdzie do głowy.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam,
    Dobry tekst ale:
    "Powiedziałbym, że to jest szczerość dziecka, które się już nadaje tylko do tego – przepraszam za drastyczność porównania, ale kiedy myślę o nim, nic lepszego mi do głowy nie przychodzi – by je zgwałcił jakiś ksiądz-pedofil"

    Jak dla mnie co najmniej niesmaczne.

    Czasami warto trochę poczekać. Może coś lepszego do głowy przyjdzie.

    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  3. @Ifa
    Specjalnie dla Ciebie, wyjaśnię coś, czego wyjaśniać nie planowałem. Abp Michalik, jak wiemy, wspomniał nieśmiało o tym, że tak zwane ofiary pedofilii księży to biedne, opuszczone przez rodziny, dzieci, które są do tego stopnia zagubione, a jednocześnie naiwne, że kiedy trafią na księdza-zboczeńca, wiedząc, że to ksiądz, mu ulegną. I to jest cała tajemnica tego strasznego zjawiska.
    Otóż ja zgadzam się z abp Michalikiem. Moim zdaniem, dziecko, które ulega zachętom ze strony księdza-pedofila to ofiara nie tego księdza, ale wychowania. Inna sprawa, że osobiście uważam, że z punktu widzenia Kościoła, to nie jest problem. Nie pisałem jednak o tym, bo nie było na to miejsca, a dwa, że uznałem czytelników tego bloga za osoby wystarczająco samodzielne.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.