... a i tak kłamstwo przegra

Przyznaję, że nie oglądałem niesławnego już posiedzenia Zespołu Parlamentarnego, gdzie prof. Binienda rozmawiał z jakimś Kaziem, prof. Gajewski nie potrafił podzielić ekranu, żeby przeprowadzić odpowiednią prezentację, a później banda idiotów postanowiła się zabawić i wszystko doprowadziła do ostatecznej kompromitacji. Dlaczego nie oglądałem? Po prostu, nie miałem czasu. Oczywiście, że nie w tym sensie, że musiałem pracować – choć, dzięki Bogu, to też – ale pani Toyahowa, wychodząc rano do szkoły, zostawiła mi listę z zadaniami, no i to mnie już zaangażowało na tyle, że telewizji nie oglądałem. Wszystko mi natomiast zrelacjonowało moje dziecko i powiedziało, że to faktycznie była kompletna porażka.
Powiem szczerze, że ja się na Skype’ie znam na tyle tylko, na ile znać potrzebuję, i to też tylko od niedawna, a więc od czasu, gdy pewien nasz czytelnik zażyczył sobie, bym go w ten sposób uczył angielskiego, i od kilku miesięcy, naprawdę z dużymi sukcesami, wspólnie pracujemy. A więc dopiero od niedawna wiem, że tam jest naprawdę wystarczająco dużo funkcji, które pozwalają z niego korzystać w sposób bardziej zaawansowany. A zatem, ja już wiem, że, skoro sytuacja, w jakiej znajduje się Zespół, jest taka, że oni muszą korzystać ze Skype’a, a nie z bardziej profesjonalnego systemu połączeń, to nic nie stało na przeszkodzie, by się do tego projektu odpowiednio przygotować. Wtedy – cokolwiek by się działo – nie musielibyśmy dziś wyrywać sobie włosów z głowy, że System nas zwyczajnie ustawił w takiej roli, w jakiej nas sobie ustawić potrzebował.
Powiem też, równie szczerze, że kiedy ja rozmawiam z moim uczniem – a dziś też już fantastycznym kumplem – na Skype’ie, zawsze wyłączam komórkę, a gdyby tak się zdarzyło, że bym ją wyłączyć zapomniał, i ktoś by do mnie zadzwonił, to ja bym jej nie odbierał. Profesor Binienda, nie dość że jej nie wyłączył, nie dość, że ją odebrał, nie dość wreszcie, że, jak się okazało, to była jakaś kompletna bzdura, to jeszcze nawet za ten brak przytomności nie przeprosił. On najwyraźniej uznał, że w tej akurat sytuacji, i jemu akurat, wypada.
A więc, z tego, co opowiada mi moje dziecko, na poziomie owej organizacji, doszło do niewyobrażalnej kompromitacji. Dodatkowo jeszcze, dr. Rońda, Bóg Jeden wie, po co, jak dziecko podczas Pierwszej Spowiedzi, przyznał, że opowiadając pół roku temu o jakimś tajemniczym ruskim dokumencie, zwyczajnie kłamał, czym tylko dał powód do satysfakcji bandzie idiotów.
A ja, mimo wszystko, ani drgnąłem, i dziś chciałbym powiedzieć, dlaczego. Przede wszystkim, rzecz w tym, że, jeśli choćby krótko rzucić okiem na sytuację, do jakiej doprowadziły się w ostatnich latach media, należy przyznać, że nie ma takiej kompromitacji i takiego wstydu, który w społecznej świadomości utrzymał by się dłużej, niż przez parę dni. I zasada ta działa idealnie równo po obu stronach ringu. A zatem, to, co ja, czy ktokolwiek z nas, myślimy sobie o tym, w jaki to sposób osoby odpowiedzialne za tę prezentację wszystko zorganizowały, jest bez żadnego znaczenia. Tak naprawdę, poza nami i paru nawiedzonymi durniami z tamtej strony, wszyscy to – podobnie zresztą, jak i całą resztę – mają głęboko w nosie.
Jest też drugi powód, dla którego ja nie jestem w stanie się tym wszystkim szczególnie martwić. Otóż ja już od dłuższego czasu, nie mam w stosunku do tak zwanych „naszych” większych wymagań. Ja świetnie sobie od wielu już lat zdaję sprawę z tego, że oni przez tę świadomość, że za nimi stoi Wiara, Cierpienie i Prawda, uznali, że nie muszą się już starać. A zatem, z tego punktu widzenia, naprawdę trudno się było spodziewać, że dla nich, pomijając ową świadomość, że oto uda się po raz kolejny głosić Prawdę, doszło do czegoś wartego extra wysiłku.
No ale po tych dość emocjonalnych kwestiach, dochodzimy do sprawy jak najbardziej praktycznej. Otóż ja uważam, że 10 kwietnia 2010 roku doszło do strasznego, politycznego mordu. Ta prawda jest tak oczywista, że osobiście nie widzę nawet sensu, by próbować tu cokolwiek dowodzić. No ale skoro mamy przed sobą dowody, to słuchajmy dowodów. A wówczas, proszę się na mnie nie gniewać, ale ja naprawdę mam w nosie to, że oni nie potrafią rozmawiać ze społeczeństwem przy użyciu nowoczesnych narzędzi internetowych. A cóż mnie to może obchodzić? 10 kwietnia 2010 roku został zamordowany polski prezydent, jego żona plus kilkadziesiąt osób, których – wobec powagi całego przedsięwzięcia – nie dało się już ocalić. A ja mam się przejmować, że ta prawda, skutkiem, czy to ich gnuśności i głupiego poczucia ważności, czy też zwykłej starczej niezgrabności, została przesłonięta przez kolejny medialny zgiełk? Otóż nie. Nad tym nawet rozmyślać nie mam ochoty.
Mój kumpel Coryllus twierdzi, że, jak idzie o Smoleńsk, to w ogóle nie ma o czym gadać. Trzeba natychmiast przestać uprawiać tę propagandę – zwłaszcza w znanym nam wydaniu – i pędzić do miejscowych kościołów by tam już tylko wznosić modlitwy we wszelkich możliwych intencjach, tak długo aż stanie się cud. Na to jednak, póki co, jak wiemy, nie ma szans. Ja jednak bardzo gorąco wierzę, że przyjdzie czas, gdy wiadomość o tej zbrodni stanie się faktem. No i może wtedy niektórzy z nas może zechcą się nawrócić. A jeśli tak się stanie, to, kto wie, czy nie warto było?

Bardzo serdecznie dziękuję za wszelką pomoc, która nadeszła w ostatnich dniach. Szczególnie Księdzu. No i proszę nie odchodzić.

Komentarze

  1. Długo by opisywać obecny stan rzeczy. Pewnik jest jeden jak napisałeś: "Otóż ja uważam, że 10 kwietnia 2010 roku doszło do strasznego, politycznego mordu".
    Cała reszta łącznie z naszymi to propaganda polityczna, i to my na niej stracimy najwięcej. Oni pili szampana gdy my płakaliśmy. Prawda im zwisa i powiewa. Trzeba czekać na cud.

    OdpowiedzUsuń
  2. Na szczęście cuda pojawiają się najczęściej właśnie wtedy, gdy nie ma na nie szans. Trzeba się modlić w intencji ojczyzny by ktoś podniósł tę koronę.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Czy Rafał Trzaskowski zaprosi Miley Cyrus na uroczyste otwarcie nowej oczyszczalni ścieków?

"Für Deutschland", czyli o metodzie skutecznego uprawiania polityki

A więc Trump, czyli białe Święta?