niedziela, 17 lutego 2013

Tekst ostry jak żyleta Polsilver i bezużyteczny jak to co po niej zostało

Teść mój, człowiek pod wieloma względami absolutnie fantastyczny, ma zwyczaj – inna sprawa, że nie sądzę, by on był jakoś szczególnie ekstrawagancki – zbierania starych rzeczy, które ja na przykład dawno bym wyrzucił. I ja nie mam tu na myśli jakichś śmieci – broń Panie Boże! Chodzi mi o przedmioty, które przede wszystkim są bardzo starannie poukładane, mają swoje stałe miejsce i w każdej chwili mogą się przydać, że wspomnę na przykład trzymane w szafce w przedpokoju woreczki, które mu zostały po zakupach w supermarkecie Real. W efekcie, jest tak, że jeśli mojego teścia spytać, czy ma tato jakąś reklamówkę, on wstanie, otworzy szafkę, wyciągnie pierwszy z góry foliowy worek i nam go z przyjemnością da. Albo nagle sobie przypomnimy, że zapomnieliśmy kupić zapałek. Pytamy więc mojego teścia, czy ma może pudełko zapałek, i natychmiast się okazuje, że on zaraz obok tych woreczków ma kilka dziesiątek zapałek. I tak ze wszystkim. Tam wciąż panuje idealny porządek, i wśród tego porządku nie ma rzeczy, której nie można znaleźć w ciągu ułamka chwili, a która może się nam przydać w najbardziej nieoczekiwanym momencie.
Byliśmy ostatnio u mojego teścia z wizytą, i ja mu odpowiedziałem, jak to chyba przez ostatnie pół roku, każdego dnia, żona moja pytała mnie, czy kupiłem żyletkę, a ja się niezmiennie łapałem za głowę i odpowiadałem, że jasna cholera, znów zapomniałem. I na to mój teść odpowiedział, że trzeba było mu powiedzieć – on żyletek, których już od dawna nie potrzebuje, ma pełno, więc może nam chętnie dać ich choćby i dziesięć. Ktoś się pewnie już niecierpliwi, po co mojej żonie żyletki. Chętnie wyjaśnię, ale do tego potrzebuję otworzyć nowy akapit.
Otóż jest tak, że żona moja nie umie żyć bez ołówka. Dla niej, ołówek jest czymś być może ważniejszym, niż telefon komórkowy. Ona, proszę sobie wyobrazić, kiedy jedzie na szkolną wycieczkę do Londynu, czy Kolonii, może ze względów oszczędnościowych nie przywieźć żadnych prezentów, ale jest pewne, że parę ślicznych ołówków, jak najbardziej. Podobnie, każdy kto chce jej zrobić prezent imieninowy, czy urodzinowy, wystarczy, że jej da jakiś ładny ołówek, i wystarczy. Dla mnie, ołówek to coś, co może być, ale zdecydowanie nie musi. Uważam, że – pomijając oczywiście majowe sprawdzanie matur – gdybym miał już w życiu nie wziąć ołówka do ręki, poradziłbym sobie świetnie, a kto wie, czy w ogóle bym na ten brak zwrócił uwagę. Jak idzie o nią, ona zaczyna i kończy dzień z ołówkiem w ręku, a więc kiedy rano wychodzi do pracy, zostawia dla nas napisane ołówkiem oczywiście instrukcje dotyczące pierwszej części dnia, potem wciąż tym ołówkiem coś rysuje, wreszcie sprawdza te swoje klasówki – ołówkiem oczywiście. No a ponieważ mówimy o ołówku, który wciąż wymaga ostrzenia, pojawia się też temperówka. Informuje mnie więc moja żona, że temperówki, które są obecnie dostępne na rynku, są tak beznadziejne, że używając ich, można dostać ciężkiej cholery, a cholera ta człowieka tak długo trzyma, aż z ołówka nie zostanie nawet kikut. No i pewnego dnia, podczas jednej z bardziej kryzysowych sytuacji, postanowiła ona, że zacznie używać starej, klasycznej temperówki na starą, klasyczną żyletkę. No i poprosiła mnie, żebym jej kupił żyletkę.
Jak już wspominałem, zanim doszło do ostatecznego zakupu, minęły całe miesiące, no ale w końcu w krytycznym momencie sobie o niej przypomniałem, i ją kupiłem. Poszedłem do lokalnego sklepu o nazwie Rossmann kupić puszki taniego, niezdrowego, ale niezwykle smacznego żarcia dla naszego psa, no i nagle przyszło mi do głowy, że zapytam o te żyletki. I proszę sobie wyobrazić, że mieli. Dwa rodzaje, w bardzo eleganckim opakowaniu, po dziesięć sztuk. Z jednej strony, niemieckiej firmy Isana, z drugiej słynnego Bica, jak znam życie, też niemieckiego. Ponieważ uznałem, że lepiej nie ryzykować i nie kupować żyletek od kogoś kto znany jest bardziej z produkcji tanich długopisów, zdecydowałem się na Isana. No i proszę sobie wyobrazić, że już w następnej chwili okazało się, że żona moja mogła równie dobrze kupić sobie jeden z tych noży dostępnych w przydworcowych kioskach „Ruchu”, bo to co przyniosłem do domu nie byłoby w stanie nawet czysto przeciąć kartki papieru. No i to wtedy właśnie opowiedziałem mojemu teściowi o tej naszej przygodzie, a on mnie zapytał, czemu mu wcześniej nie powiedziałem? Że przecież on ma wciąż całą kupę żyletek jeszcze z czasów PRL-owskich. Okazało się, że przez te wszystkie lata, era zwykłej, tradycyjnej żyletki niepostrzeżenie dobiegła końca.
Pamiętam, jak w PRL-u, kiedy nas pytano, jak to będzie, kiedy skończy się komunizm i będziemy mieli, tak jak Szwedzi czy Francuzi, kapitalizm. Odpowiadało się wtedy, trochę w żartach, że mniej więcej tak samo jak dziś, tyle że normalnie. Kiedy piszę ten swój tekst o żyletce – ciekawe, jak nisko można upaść, prawda? – przypomina mi się tamten dowcip i nagle zaczynam sobie zdawać sprawę z tego, że myśmy chyba na zbyt wiele liczyli. Wszystko bowiem wskazuje na to, że normalnie, a więc tak, by każdy wiedział na przykład, co oznacza powiedzenie „ostry jak żyleta”, już było. Tyle że myśmy, przez to nasze głupie chciejstwo, tego nie zauważyli.
Kupiłem mojej żonie te żyletki, i wygląda na to, że i tak wszystko się skończy na kolejnej wizycie u mojego teścia, a więc wizycie nieuchronnie związanej z czytaniem „Gazety Wyborczej”, ale przynajmniej wreszcie zakończonej tak jak to było zaplanowane na samym początku, a więc zaostrzeniem wszystkich znalezionych w domu ołówków. Żyletkami typu polsilver, czy jakie tam wtedy były dostępne.
Nie umiem skończyć tego tekstu. Chętnie bym tak dokładał kolejne akapity, jeden po drugim, ale wiem, że z nich i tak naprawdę nic więcej ponad to, co już było, nie wyniknie. A więc przypomnę na sam koniec pewną piosenkę, którą bardzo zawsze lubiłem, a którą śpiewał Leonard Cohen na płycie „Songs of Love and Hate”. Gdyby ktoś nie wiedział, opowiem jednym dosłownie zdaniem, o czym ona mniej więcej jest. Otóż śpiewa Cohen o człowieku, który wstaje rano i widząc, że zdecydowanie i chyba ostatecznie nie jest dobrze, idzie do łazienki, próbuje wyjąć żyletkę z papierka, tylko że ręce mu, cholera, drżą. A ja już tylko sobie myślę, że to by był figiel, jak by mu się wreszcie udało, i nagle by się okazało, że to jest żyletka firmy Bic, lub Isana, wyprodukowana w Niemczech na polski rynek, do nabycia w niemieckiej sieci Rossmann. Od razu by mu się odechciało przejmować pierdołami.

Ja wiem, ze to brzmi strasznie trywialnie, ale, jeśli spojrzeć na to co się dookoła dzieje, można dojść do wniosku, ze tego nie ma; że to jest jakiś kompletny absurd. I że tak naprawdę jesteśmy tylko my i nasze próby utrzymania się na powierzchni. W mojej sytuacji jeszcze ten blog i ta nadzieja, że po drugiej stronie jest ktoś, kto dzieli moje emocje. Proszę więc nie odchodzić, no i w miarę możliwości wspomagać nas na tej drodze.


4 komentarze:

  1. Toyahu,
    Piekna opowiesc,piekna piosenka.

    On wstal o 4 po poludniu i mysle,ze w tamtych czasach mieli jednak tam jeszcze ostre zyletki.

    OdpowiedzUsuń
  2. @tobiasz11
    No tak. To była czwarta po południu. Nie wiem, skąd mi przyszło do głowy, że on się właśnie obudził. Ale tak to widzę. Wstał, spojrzał w lustro i uznał że nie jest like very much.

    OdpowiedzUsuń
  3. Toyah,

    Moze stad,ze w 'Famous Blue Raincoat' jest czwarta nad ranem,swoja droga to dziwne,ze u niego jest ciagle ta czwarta.

    OdpowiedzUsuń
  4. To jest właśnie to. Kwintesencja naszej rzeczywistości, w której przyszło nam żyć.
    A te żyletki pewnie i tak wyprodukowano w Chinach. Z pociętych polskich statków.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.