wtorek, 19 lutego 2013

Don Paddington: O abdykacji Benedykta, św. Jadwidze i pewnym naszyjniku

Oto chciałbym ogłosić nowinę, jak na to co nas mogło dziś spotkać, najlepszą. Otóż nasz Dobry Ksiądz Don Paddington napisał dla nas specjalnie tekst i poprosił mnie, abym go tu wkleił. Tekst jest długi jak należy, złożony z dwóch części. Dziś część pierwsza, a na jutro już mamy obiecaną drugą. Za chwilę ja już sobie pójdę i zostawię nas z samym Księdzem, ale zanim to zrobię chciałbym jeszcze raz prosić o wsparcie tego bloga. Ja wiem, że wszystko co kto ma na zbyciu powinno właściwie zasilić kasę kościoła w Kiekrzu, ale ponieważ - na ile go znam - Ksiądz by to i tak posłał tu do nas, to aby uniknąć zbędnych ruchów, jeszcze raz bardzo proszę. Słuchajcie! Sytuacja jest absolutnie podbramkowa. My mamy jakieś złoty trzydzieści i całą kupę dzwoniących od rana telefonów. Tak źle nie było od dawna. Ratunku!

Niniejszym tekstem chciałbym dołączyć do grona tych wszystkich dobrych ludzi („naszych” i „nie-naszych”), którzy próbują odpowiedzieć na pytanie: „Dlaczego słońce świeci?”. Zajmowanie się powyższym pytaniem jest samo w sobie czymś nader niewdzięcznym, zwłaszcza jeśli o wyjaśnienie powyższej kwestii zabiegają „najprymitywniejsi członkowie ekipy budowlanej, którym nie zależy na nikim i niczym”, a takiego biednego żuczka jak ja, z lubością „wdeptali by w ziemię okutym trzewikiem”. Moją złą sytuację na starcie pogłębia też okoliczność, że usiłując odnieść się do zapodanego na wstępie pytania, będę odwoływał się do treści pewnego świętego wizerunku. Trzeba zaś wam wiedzieć, że ostatnio w kontekście rzeczonych świętych obrazów poprztykałem się głupio z Krzysztofem Osiejukiem i z Coryllusem (bo – zarazy jedne – stawiali się, gdym im rozmaite rzeczywiste, bądź domniemane bezeceństwa wytykał), co jest sytuacją mało fajną, zwłaszcza jeśli Coryllus spełni swoją groźbę i będzie się odgryzał. Cóż… Będzie, co będzie.
Przechodząc do ad remu, chciałbym nie tyle podywagować sobie na temat: „dlaczego abdykował papież i kto będzie następnym”, co raczej spróbować uspokoić tych wszystkich, którzy martwią się (myślę, że szczerze) o nasz jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół. Skąd wiem, że owo zmartwienie jest szczere? A choćby stąd, że wielu zainteresowanych tematyką solarną odczuwa lęk na samą myśl, że papieżem może zostać np. Jego Eminencja kardynał Nycz, bądź też inny poszukiwacz prawdy, mający prawo do noszenia kardynalskiego kapelusza. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że owi lękający się najprawdopodobniej pamiętają o słowach Chrystusa skierowanych do Księcia Apostołów: „Ty jesteś Piotr [Skała], i na tej Skale zbuduję mój Kościół, a bramy piekielne go nie przemogą” – tym niemniej, mimo owej pamięci, lękają się. Dlaczego ta piękna obietnica zawarta w Słowie Bożym, nie uspokaja wszystkich przestraszonych? Może mają małą wiarę? To pewnie też, ale przede wszystkim – jak sądzę – owi dobrzy, zatroskani o Kościół ludzie czują, że powyższe zdanie Zbawiciela jest zaledwie skonstatowaniem faktu, że słońce świeci, natomiast nie ma w nim wyjaśnienia, dlaczego świeci.
Spróbujmy więc przysłowiowo schwycić przysłowiowego byka za przysłowiowe rogi i zmierzmy się ze stojącym przed nami problemem.
Zacznijmy od obrazu:


Jak można zauważyć, jest to właściwie fragment obrazu. Dla ciekawych reszty, krótkie wyjaśnienie: na delektowanie się całością trzeba będzie poczekać, a załatwili wam to Coryllus z Toyahem swoimi niedzielnymi tekstami o świętych wizerunkach. I tak możecie się cieszyć, że w ogóle cokolwiek widzicie. Widzicie zaś obraz namalowany najprawdopodobniej w XVIII (góra w XVII) wieku, będący kopią wizerunku Madonny z Dzieciątkiem, który to wizerunek pochodzi z końca wieku XIV. Obraz jest bardzo piękny, a sporządzono go w taki sposób, by mówił o bardzo wielu ciekawych sprawach. Nas jednak w tej chwili interesuje z tego wizerunku tylko Dziecię Jezus, a mówiąc ściśle, naszyjnik spoczywający na piersi Zbawiciela.
Ten naszyjnik jest czymś bardzo frapującym. Widziałem już bowiem w życiu trochę tego typu obrazów, ale przyznam się, że po raz pierwszy spotkałem się z przedstawieniem małego, nagiego Jezusa, który byłby przyozdobiony jakąś biżuterią. Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że nie wszystko widziałem i nie o wszystkim wiem i być może takich obrazów jest całe mnóstwo. Tym niemniej, po zasięgnięciu opinii znajomych historyków sztuki śmiem twierdzić, że tego rodzaju przedstawienie osoby Chrystusa jest nie tylko wyjątkowe (zwłaszcza w sztuce średniowiecznej), ale też najzwyczajniej w świecie dziwne.
By jakoś uporać się z ową dziwnością, pokazywałem różnym mądrym ludziom rzeczony obraz i prosiłem ich, by kwestię naszyjnika jakoś zracjonalizowali. Niestety, owi specjaliści w interpretacji tego co widzą nie wychodzili poza konstatacje typu: „kolare korolu kolorowego”, lub: „talizman chroniący przed złym urokiem”. Na tego rodzaju ekspertyzy można było tylko wzruszyć ramionami, co zresztą w żaden sposób nie przybliżało mnie do wyjaśnienia tajemnicy Jezusowego naszyjnika.
Przełom nastąpił w momencie, gdy obrazowi przyjrzał się mój dobry znajomy – geolog z zawodu i upodobania. Otóż wysunął on przypuszczenie, że ów wisior to po prostu naszyjnik z jaspisu. W tym momencie wszystko zaczęło mi się w głowie układać. Byłem uszczęśliwiony: „Jaspis. JASPIS! Coś pięknego! Jak mogłem o tym nie pomyśleć? No normalnie coś niesamowitego!”
Czy szanowni czytelnicy rozumieją mój entuzjazm? Myślę, że tak! Bo przecież każdy wie, że wśród szlachetnych (bądź uchodzących za szlachetne) kamieni wymienianych przez Biblię, jaspis zajmuje poczesne miejsce. W Starym Testamencie jaspis jest wymieniany jako jeden z elementów, składających się na uroczyste szaty arcykapłana (Wj 28,2-4; 15-21). I już w tym momencie spotykamy się z czymś zadziwiającym. Bo jeśli prawdą jest, że ukazany na obrazie naszyjnik jest wykonany z jaspisu, to biorąc pod uwagę fakt, że Arcykapłanem Nowego Testamentu jest Chrystus (o czym poucza nas Duch Święty w Liście do Hebrajczyków), musimy dojść do wniosku, że autor (bądź zleceniodawca) interesującego nas obrazu, wykazał się wyjątkowej subtelności teologiczną intuicją: Arcykapłan Nowego Testamentu, z całego przepychu szat arcykapłana Starego Testamentu zachował dla siebie tylko jaspis. A postaramy się wykazać, że Chrystus naprawdę innej szaty – poza jaspisem – nie przyodziewa.
Nim to nastąpi, weźmy głęboki oddech, zapomnijmy na chwilę o szlachetnych i niekoniecznie szlachetnych kamieniach i porozmawiajmy o św. królowej Jadwidze. Dlaczego właśnie o niej? Na pewno nie dlatego, że Coryllus pisze 3 część Baśni jak niedźwiedź, do czego – jak podsłuchałem – potrzebna mu jest wiedza o pożyczce, którą Siemowitowi IV udzielili krakowscy Żydzi po to, by ów dziarski, mazowiecki książę mógł sfinansować planowany przez siebie ślub z Adegawenką. O krakowskich starozakonnych wiem niewiele, ale gdyby nie to, że Coryllus się na mnie nastroszył, to bym mu podpowiedział, że Siemowita finansował też toruński rajca Olbracht Rues (Albrecht Russe), czyli po prostu Hanza, a gdy projekt pod tytułem: „Piast mężem Jadwigi i królem Polski” nie wypalił, wierzyciel ów domagał się od księcia zwrotu długu. A domagać się czegoś takiego od wiecznego gołodupca, którym był władca Mazowsza, nie było czymś łatwym. Dość powiedzieć, że zniecierpliwiony Olbracht zażądał w końcu pieniędzy od żyranta długu, którym okazał się być wojewoda kaliski Sędziwój z Szubina, jeden z najważniejszych w Królestwie Polskim ludzi, swego czasu zwolennik osadzenia księcia mazowieckiego na polskim tronie. Sprawa długo się wlokła. Jeszcze w 1400 roku Siemowit z jednej strony zapewniał Sędziwoja, że dług dawno został spłacony, a z drugiej strony dyskretnie prosił rajców Torunia, aby wpłynęli na Olbrachta, żeby ten zawiesił swe roszczenia wobec pana wojewody na czas aż do dwu tygodni po zapustach. Nie ma co gadać: ludzki pan ów Siemowit, ludzki pan…
Jak wspomniałem, podpowiedziałbym to wszystko Coryllusowi, ale ponieważ on się na mnie nastroszył i jeszcze groził, że się będzie odgryzać, to niech obejdzie się smakiem (ha, ha).
Czy ta historia o Siemowicie, Sędziwoju i Olbrachcie ma cokolwiek wspólnego z interesującym nas obrazem, a przede wszystkim z jaspisowym naszyjnikiem? Nic mi o tym nie wiadomo. To był tylko taki wtręt, żeby Coryllusa zniechęcić do gryzienia…
Wiem natomiast o bardzo silnych danych (szczegóły owych danych możemy w tej chwili pominąć), które świadczą o tym, że nasz obraz ma coś wspólnego z Rokiem Pańskim 1398, oraz z osobami: św. Brygidy Szwedzkiej i biskupa krakowskiego Piotra Wysza, herbu Leszczyc. To wszystko zaś – czyli rok 1398, św. Brygida, bp Piotr Wysz – kieruje naszą uwagę na wspomnianą wcześniej św. Jadwigę Andegaweńską.
W tym miejscu warto wyjaśnić, że w odróżnieniu od roku 1398 i św. Brygidy, Piotr Wysz nie jest bohaterem naszej opowieści. Pojawia się on tutaj tylko i wyłącznie po to, by skojarzyć obraz (którego najprawdopodobniej – być może dzięki darowiźnie św. Jadwigi – był właścicielem) z postacią królowej. Dla porządku jednak wspomnijmy, że ów znakomicie wykształcony człowiek, był najbliższym, zaufanym współpracownikiem Jadwigi, jej opiekunem i moralną podporą, oraz szefem (niekoniecznie formalnym) jej kancelarii, a po śmierci świętej władczyni został wykonawcą jej testamentu. Był znany z bezwzględnego oddania dla królowej, w odróżnieniu od drugiego, ważnego w kancelarii Jadwigi człowieka, to jest Wojciecha Jastrzębca, który znany był z tego, że na jej dworze był człowiekiem Jagiełły i Witolda i z ich poruczenia miał oko na Andegawenkę. Ten to Wojciech stał się w czasie panowania króla Władysława żywym dowodem na to, że wierność wobec Jadwigi (choć świętą była osobą) jest z jakichś tajemniczych względów czymś zupełnie bez znaczenia, natomiast wierność wobec monarchy i jego litewskiego kuzyna jest nader korzystna. Przekonał się o tym właśnie Piotr Wysz, którego Wojciech, gangsterskim chwytem, przy poparciu Jagiełły i Witolda, w 1412 roku pozbawił urzędu biskupa krakowskiego, po czym sam ów urząd objął. Moment ten stał się początkiem oszałamiającej kariery polityczno-ekonomicznej rodu Jastrzębców w Królestwie Polskim, podobnie jak upadek Piotra Wysza stał się początkiem oszałamiającej, polityczno-ekonomicznej degrengolady rodu Leszczyców (podnieśli się dopiero pod berłem Prusaków).
Piszę o tym po to, byśmy sobie uprzytomnili, że św. Jadwiga przeżywała wielkie trudności nie tylko dlatego, że musiała zrezygnować z miłości swego życia, wyjść za mąż za znacznie od niej starszego, nieokrzesanego Litwina, oraz znosić złe języki opowiadające o przyczynach jej rzekomej bezpłodności. To wszystko były głupstwa w porównaniu z cichą, ale zajadłą (ze strony Jagiełły) i pełną dystansu (ze strony Andegawenki) rywalizacją dwóch królewskich kancelarii, a przede wszystkim w porównaniu z tym, co Jadwiga – osoba głęboko wierząca i kochająca Kościół – musiała przeżywać jako ta, która swego męża i poddany mu litewski naród, do tegoż Kościoła miała przyprowadzić. Wszystko bowiem wskazuje na to, że królowa uznawszy za swoją życiową misję chrystianizację (w wersji katolickiej) Władysława oraz Litwy – nie mogła się z tym zadaniem uporać. Jadwiga czuła, że choć formalnie wszystko wygląda całkiem nieźle: Jagiełło przyjął chrzest, chrzest przyjął też Witold i bojarzy litewscy, budowano na Litwie kościoły, a papież ustanowił w Wilnie biskupstwo – to jednak do właściwego opisania tej sytuacji lepiej nadają się słowa Boga Jedynego, który poprzez proroka Izajasza tak się żalił: „Ten lud czci mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode mnie”. Królowa widziała, że chrzest i przynależność do Kościoła są dla Władysława i pozostałych Litwinów bogactwem – ale tylko i wyłącznie w wymiarze politycznym, ekonomicznym, ewentualnie kulturowym. W wymiarze duchowym natomiast… W ogóle można mieć wątpliwości, czy Jagiełło i jego poddani o wymiarze duchowym myśleli. A skoro nie myśleli – jednocześnie zachowując dla pragmatycznych, doczesnych względów zewnętrzną, chrześcijańskiego kształtu poprawność – to tym samym nie myśleli o własnym zbawieniu. Tego rodzaju sytuacja, musiała być dla tak pobożnej osoby jak Jadwiga, czymś nader przerażającym.
Można sądzić, że królowa w czasie 15 lat swego panowania, podejmowała nieustanny wysiłek (i wszystko w jej życiu temu wysiłkowi było podporządkowane), by tak jej mąż, jak i naród litewski, przylgnęli sercem do Chrystusa i do Jego Kościoła. Ale niestety – wszystko wskazuje na to, że św. Jadwiga tej szczęsnej sytuacji nie doczekała.

6 komentarzy:

  1. TAKI tekst i nikt nie komentuje? No nie...
    Chociaż rozumiem, sam nie wiem co mógłbym napisać takiego, żeby nie wyjść na durnia. Czekam z niecierpliwością na drugą część.

    P.s.

    Panie Krzysztofie.
    Bardzo chciałbym pomóc w trudnej sytuacji, a ponieważ u mnie też się nie przelewa, to przynajmniej kupię u Coyllusa pańskie trzy książki. Może być? Mam je wprawdzie, ale co tam! Nie brakuje dobrych ludzi, których warto obdarować dobrą lekturą. Mam nadzieję, że chociaż w ten skromny sposób wspomogę ten blog.

    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  2. @Peregrin Tuk
    Don zwyczajnie i po prostu rządzi. I kropka. Gdyby on miał czas i ochotę pisać i wydawać, to ani ja ani Gabriel nie mielibyśmy nic do gadania. Na szczęście jest księdzem, jest zajęty, ma swoje sprawy, a więc my mamy święty spokój.
    Co do reszty, nie ma o czym gadać. Sprawa jest czysta jak złoto. Gdybyś Ty był w potrzebie, to też byś ode mnie nic nie dostał. Z dokładnie tych samych powodów, co ja od Ciebie. A przynajmniej nie dziś. Cieszę się bardzo że tu przychodzisz. Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
  3. Słucham Coryllusa w tym ledwie słyszalnym radio, więc napiszę tylko tyle, że jest źle. Nawet bardzo źle. W Warszawie rządzi HGW i to dla moich rodzinnych finansów jest prawdziwy dramat. O dawaniu więc nie ma mowy:)
    Chociaż, dzisiaj słyszałem Pana Premiera, który mówił do mnie, że dużo pieniędzy dostanę od UE. Ciekawe. Może obu nam się stopa podniesie?

    OdpowiedzUsuń
  4. … spróbować uspokoić tych wszystkich, którzy martwią się (myślę, że szczerze) o nasz jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół.

    Doświadczenie, a nawet i bieżąca obserwacja wykazują, iż są także tacy, którzy martwią się nieszczerze. Jednak przesilenie, jako przyczyna generująca wszystkie te zmartwienia jest gdzie indziej. Moim zdaniem: extra muros.

    Polega ona na coraz bardziej nieznośnym postępowaniu (sic!) niedopasowania spraw świeckich. Okazuje się, iż niektóre kręgi świeckie cierpią na brak, względnie niedosyt wyraźnego przewodnictwa w sprawach ich profanum. Inne zaś kręgi świeckie „konkurencyjnie” cierpią, że jakiekolwiek przejęcie takiego przewodnictwa ciągle jest dla Kościoła możliwe, a przez innych pożądane.

    Wszystko sprowadza się chyba do tego zadania, które postawił Zbawiciel, aby w ramach wolnej woli każdy z nas, jak potrafi, dążył do świętości i to niezależnie czy w ogóle i do jakiego kościoła należy. A na czele tych indywidualnych dążeń postawił monarchiczny Kościół. Zadanie, mierząc je po świecku, jest absolutnie genialne i tak rewolucyjne, że nadal nic innego nie jest w stanie z nim konkurować chyba, że zadanie stawiane w innej religii.

    Jednak istnieje więź przyczynowo skutkowa między treścią zadania, a powodzeniem jego wykonawców. W perspektywie wieków możemy w porównywać działanie różnych takich więzi w ich przejawach świecko/ziemskich. W szczególności widać czyje zadanie, kogo i do czego dotychczas doprowadziło. Co np. byłoby z tym „Przylądkiem Europa”, gdyby w średniowieczu Kościół nie przejął także organizacyjnego przewodnictwa?

    No więc teraz, z głębi nowych wieków coraz bardziej ciemnych, jedni ze zmartwieniem wyglądają nowego organizacyjnego przewodnictwa. Bo nijak nie mogą doczekać się według nadziei ulokowanych w XX wiecznych organizacjach politycznych, czy w organizacjach m/narodowych. Na naszych oczach, spektakularnie upadają zwłaszcza wszelkie sekularne nadzieje, które łatwowierni wiązali z Unią, a nawet z niejakim Śpiewakiem.

    No więc, z głębi tego ciemniejącego wieku, jedni wołają o przywództwo, a inni odwrotnie. I wtedy następuje niespodziewana zmiana personalna. Wystarczyło parę dni i nastąpiła odwrotka lokalizacji zmartwień: wierni odnajdują nadzieję, drudzy ja tracą. Co będzie, to będzie, jednak postawione zadanie ciągle jest indywidualne. Ale i tak pozostaje kwestia współdziałania, a przywództwo je podwyższa i wywyższa ponad tych nieszczerych.

    OdpowiedzUsuń
  5. @Orjan

    Ciekawa obserwacja.
    To co jest extra muros jest o tyle groźne, że z natury rzeczy uważamy, iż dobrze jest tam, gdzie nas nie ma. I czasem myślimy, że nie zaszkodzi wyjść z tych murów, bo przecież i poza nimi można dążyć do świętości (to a propos zadania). A ci którzy nigdy wewnątrz murów nie byli, z definicji olewają to co wewnątrz, ponieważ są przekonani, że niczego ciekawego tam nie znajdą.
    Być może, że powoli żegnamy się z tymi złudzeniami, bo extra muros faktycznie brakuje "nowego organizacyjnego przewodnictwa", które mogłoby dać ludziom jakąś sensowną nadzieję: sensowną w tym znaczeniu, że nadającą ludzkim wyborom głęboką wartość.
    Czy tego sensu ludzie już szukają? Nie mam pojęcia. A jeśli szukają, to czy robią to szczerze? Tym bardziej nie wiem.
    Tak czy inaczej sądzę, że dużo jeszcze czasu musi upłynąć, nim nastąpi "nowe średniowiecze"

    OdpowiedzUsuń
  6. @Don Paddington

    Niektórzy nie olewają tego, co "wewnątrz murów", lecz nienawidzą. Konkretnie czego? Ano, tego Zadania, że samo trwanie tego Zadania obnaża ich podłość, z której nie mają ochoty się podnieść.

    Nienawiść do Zadania przenoszą (personalizują) na Zbawiciela, na Kościół, księży, itd. To jest chyba właśnie taka sekwencja, a w każdym razie ona tłumaczy "skąd się takie q..stwo w przyrodzie bierze".

    Olewanie, to rodzaj obojętności, a ci żarliwie nienawidzą. Nawet między sobą rodzaj wyznania z tego robią. To nie są wyznawcy zła, lecz właśnie własnej podłości, bo im się prywatnie wygodną wydaje.

    Długość czekania na to, co określiliśmy "nowym średniowieczem" zależy także od tego, czy i kiedy nastąpi deklaracja przywództwa. Gdzieniegdzie POwiało strachem, że może teraz ...


    PS. Wystrzeliłem pod wiatr z tym średniowieczem, Ksiądz nawiązał, ciekawe kiedy na to "średniowiecze" zlecą się przygłupie trolle. Muszą, bo już raz Średniowiecze odesłało ten biologiczny gatunek na właściwe mu miejsce.

    PPS. "pod wiatr" tej dominującej (od Oświecenia) niewiedzy, jak gigantyczną pracę wykonało i ile mu do dziś zawdzięczamy i ile tracimy przez głupi demontaż.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.