sobota, 21 marca 2009

Mukhtar Mai, czyli splendor na maksa

We wczorajszej Rzeczpospolitej znalazłem artykuł absolutnie niezwykły, a zatytułowany „Słynna ofiara gwałtu zgodziła się na ślub”. Artykuł dotyczy osoby niejakiej Mukhtar Mai, mieszkanki pakistańskiej wioski Meerwala. Pani Mai zyskała sławę wykraczającą zarówno poza wioskę z której pochodzi, jak i poza sam Pakistan, gdy w roku 2005 magazyn Glamour przyznał jej tytuł kobiety roku http://www.rp.pl/artykul/279087.html.
Zanim wyjaśnię o co chodzi, kilka słów na temat magazynu dla kobiet o nazwie Glamour. Ponieważ po domu w którym mieszkam, oprócz młodego Toyaha, kręcą się jeszcze trzy kobiety, moja perspektywa jest nieco szersza, niż mogłaby być, gdybym miał tylko Toyahową, albo w ogóle mieszkałbym sam. Dzięki zatem tej perspektywie, wiem też, co to takiego ów Glamour. W zeszłe wakacje jechaliśmy nad morze i każde z nas kupiło sobie coś do podróży. Któraś z nich wzięła ten właśnie Glamour. No i już wiem. Patrząc na rzecz najbardziej ogólnie, jest to dokładnie takie samo gówno, jak dziesiątki innych magazynów dla kobiet i mężczyzn, jakie zalewają nasz kraj od początku lat 90-tych. Jeśli to akurat pismo różni się czymś od sobie podobnych, to być może tym, że jest bardziej od tamtych skupiony na wyrafinowanym seksie, ostrej zabawie, no i przede wszystkim odrzuceniu zahamowań.
Przygotowując się do pisania tego tekstu, zajrzałem na internetową stronę magazynu, żeby choć bardzo pobieżnie móc pokazać, o co tam chodzi. Niestety, jak bym się nie przymierzał, wychodzi mi na to, że każdy wklejony przeze mnie link, nieuchronnie poprowadzi do jakiejś perwersji. To co Glamour proponuje, to albo historie o dziewczynach które wynajmują mieszkania za seks, albo o dziewczynach, które muszą się upić, albo ‘najarać’, żeby ten seks był udany, albo o mężczyznach, którzy golą sobie owłosienie łonowe, żeby mieć więcej partnerek, albo o kobietach, które się wstydzą, a nie powinny. I wszystko to w formie albo bezpośrednich relacji podpisanych „Angelika, lat 27, niezależna finansowo, pracuje w biurze w Warszawie, mieszka sama”, albo „Julia, lat 30, mieszka w Poznaniu, pracuje w biurze nieruchomości”, albo ankiet, gdzie „setki naszych czytelniczek” odpowiadają na pytania, typu „Czy wolisz mężczyznę przebranego za policjanta, czy za strażaka?”, albo „Czy wolisz rozpiąć rozporek i zobaczyć ołówek, czy rozpiąć rozporek i zobaczyć grzybka?”…
Szlag ich trafił! W sumie, nie ma się czemu dziwić. Od czasu, jak na naszym rynku pojawiły się kolorowe, ciekawe, że niemal wyłącznie niemieckie, magazyny, które polskie dzieci zaczęły czytać zamiast Płomyczka, czy Filipinki, doskonale wiadomo było co się wydarzy jutro, a co za rok. I w sumie, nawet nie ma się co oburzać. Było oczywiste, że skoro pojawił się kolorowy, błyszczący papier, a wraz z tym papierem kolorowe, bardzo wyraźne zdjęcia, to na tych zdjęciach będą raczej gołe cycki, niż… no co? Nawet, cholera, nie wiadomo co. Jeśli się zastanowić tak bardzo solidnie, to co nam mogła zaproponować nowoczesna, niemiecka kultura? No co? Więc szlag ich trafił! Zwłaszcza że oni są tu tylko przy okazji. A mianowicie przy okazji tej Mukhtar Mai. Mukhtar Mai mieszkała w Pakistanie, w wiosce o nazwie Meerwala i któregoś dnia miejscowi obywatele przyłapali jej brata, jak romansował z dziewczyną nie dość że z innego plemienia, to jeszcze taką która stała wyżej od niego w społecznej hierarchii. W tej sytuacji mężczyzna został osądzony i w efekcie wyroku – pobity, a następnie zgwałcony. To jednak nie wszystko. Wiejski sąd uznał też, że ze względu na rangę przestępstwa, zbiorowo zgwałcona również powinna być siostra przestępcy. I wyrok został wykonany. Tradycja pakistańska w takiej sytuacji każe skazanej kobiecie popełnić samobójstwo. Mukhtar Mai jednak tu się postawiła i postanowiła walczyć. Ostatecznie, sąd państwowy w Pakistanie uznał miejscowe zwyczaje za bezprawne, lokalny sąd rozwiązał, sędziów skazał na śmierć, a pani Mai wypłacił 8 tys. dolarów odszkodowania. Dzielna kobieta za otrzymane pieniądze założyła szkołę dla dziewcząt i zorganizowała ogólnokrajowe centrum na rzecz kobiet. I w związku z tym właśnie, tygodnik Glamour, „za niezłomną walkę o prawa kobiet w Pakistanie”, odznaczył ją tytułem Kobiety Roku.
Dalsze losy pani Mai są już dla nas mniej istotne, a dla europejskich kaznodziei wręcz nieciekawe, ale dla porządku należy wspomnieć, ze ta bohaterska kobieta, w obawie przed zemstą lokalnych debili, otrzymała ochronę w postaci niejakiego Gabola. Tak się zdarzyło, że ów Gabol się w Mai zakochał i zażyczył sobie, żeby ta została jego żoną. Ponieważ miał już jedną żonę, Mukhtar Mai mu odmówiła. Na to ten zagroził, że najpierw się ze swoją starą żoną rozwiedzie, a później ewentualnie popełni samobójstwo, co niechybnie doprowadzi do tragedii, bo – według niepisanego lokalnego prawa – w odwecie za rozwód Gabola, dwóch braci jego żony będzie musiało porzucić z kolei swoje żony, które – tak na marginesie – są Gabola siostrami. W tej sytuacji, Mukhtar Mai przyjęła oświadczyny Gabola i została jego tzw. żoną równoległą. Oczywiście, całkowicie zgodnie z lokalnym zwyczajem. Nam na dziś pozostaje tylko wrócić do magazynu Glamour, ale jeszcze zanim to nastąpi,wyrazić nadzieje, że nie okaże się już za chwilę, że lokalni mają też jakieś szczególne pomysły na sytuację, co zrobić z człowiekiem, który ożenił się z właścicielką tytułu Kobiety Roku miesięcznika Glamour. No i że nowy ochroniarz pani Mai też się w niej nie zakocha. W końcu, opcji z pewnością jest wiele.
No więc wracajmy do Glamouru. Oczywiście ja mógłbym się teraz zacząć wyzłośliwiać nad niemieckim, holenderskim, czy amerykańskim (wszystko jedno – na pewnym poziomie to jest absolutnie bez znaczenia) magazynem i zacząć się zastanawiać, czy gdyby Mukhtar Mai – nie z przymusu, ale z własnej woli – kurwiła się wśród warszawskich biznesmenów za darmowe miejsce do spania, czy za drinka w lokalu, to redaktorki i wydawcy tego „przepysznego” potworka też by się zainteresowali jej losem? A gdyby się już tym losem zainteresowali, czy za to że też lokalne, tyle że europejskie, zwyczaje doprowadziły ją do aż takiego upodlenia, daliby jej tytuł Kobiety Roku? A może by jej zaproponowali, żeby za drobne pieniądze pozowała do półnagich zdjęć, które oni, w pięknych kolorach, publikowaliby w każdym możliwym miejscu swojego portalu internetowego? Ku uciesze obślinionych ‘koniobójców’ w rodzaju „Tomasza – menadżera, 27 lat”, czy „Karola – prawnika, 27 lat”, albo „Irka – lekarza, 30 lat”.
Dziś jednak wciąż nie o tym. Dziś o zwyczajach. Lokalnych zwyczajach, o tradycji i o tolerancji. Temat ten pojawił się u nas ostatnio parokrotnie. Pierwszy raz, gdy po niespodziewanej porażce Platformy Obywatelskiej w wyborach w Olsztynie, PSL podniósł za bardzo łeb i od razu po tym łbie dostał od medialnego ramienia PO, zatrudnionego na stanowisku dziennikarzy śledczych w koncernie Axela Springera. Ponieważ cyngle Platformy nie doceniły mobilizacji po stronie ludowców i ich wiedzy na tematy zakazane, natychmiast ich sytuacja uległa poważnemu obsunięciu, w postaci senatora Misiaka i ‘lodów’, które, niczego się nie spodziewając, Misiak z kolegami spokojnie sobie kręcił.
Właśnie przed chwilą zapoznałem się w Dzienniku z listą posłów i senatorów Platformy Obywatelskiej, którzy nie dość, że są współudziałowcami przeróżnych giełdowych spółek, to jeszcze są w tych spółkach prezesami, dyrektorami, czy członkami zarządów i rad nadzorczych. Informacja ta pojawiła się już wczoraj w wypowiedzi Zbigniewa Chlebowskiego, ale większość komentatorów uznała, że pan przewodniczący musiał być przemęczony i coś mu się pomyliło. Bo sytuacja tego typu jest absolutnie nielegalna i gdyby faktycznie po półtora roku trwania tego rządu okazało się, że faktycznie kręcenie wspomnianych ‘lodów’ odbywa się aż tak oficjalnie, mielibyśmy nie lada skandal. Dziś wychodzi na to, że Chlebowskiemu się nie pomyliło. Tam autentycznie wieje.
I co z tego? Nie wiem, ale myślę, że nic. Skoro Dziennik zdecydował się te dane zamieścić, i to bez jednego usprawiedliwiającego polityków Platformy komentarza, to znaczy, że nie jest jeszcze szczególnie niebezpiecznie. I to mnie nie dziwi. Już parę dni temu, zarówno prominentni przedstawiciele Platformy, jak i reżimowi dziennikarze i komentatorzy, wyjaśnili społeczeństwu, że wszystko jest kwestią lokalnego kolorytu. Jeśli gdzieś kradną, to dlatego, że takie są miejscowe zwyczaje. Jeśli gdzieś ktoś oszukuje Państwo, to z tego jedynie powodu, że taka panuje lokalnie kultura. A jeśli gdzieś ktoś zachowuje się jak najgorszy cham i ruska swołocz, to też należy to rozumieć, bo taka tego kogoś uroda, najczęściej będąca wynikiem określonych uwarunkowań. Jest tak, że jedni widzą swoją sytuację i swoje potrzeby tak, a inni wręcz odmiennie. Jedno i drugie trzeba jednak uszanować, a już zwłaszcza w obliczu wspólnego wroga.
Sprawa lokalnych obyczajów pojawiła się ponownie przy okazji wizyty Ojca Świętego Benedykta XVI w Afryce. Okazało się, że plaga AIDS, z jaką mamy do czynienia na tym kontynencie od szeregu lat, nie jest w żaden sposób spowodowana tym że Afrykanie bez najmniejszego opamiętania, na wszystkich możliwych poziomach, prowadzą rozbuchaną aktywność seksualną, lecz tym, że Kościół Katolicki nie pozwala im używać prezerwatyw. Na jakiekolwiek propozycje sugerujące taką możliwość, że może jednak Afrykanie mogliby otrzymać ze strony cywilizowanego świata ofertę większej wstrzemięźliwości, podnosi się histeryczny krzyk, że ta afrykańska ruja i porubstwo to święty lokalny obyczaj, który nie jest od naszego ani gorszy, ani lepszy, lecz zaledwie inny, i jedyne co nam pozostaje, to go uszanować. Powinniśmy ze zrozumieniem pochylić się nad tym nieprzytomnie pieprzącym się nieszczęściem i rozdać im po paczce kondomów i własnie przez szacunek dla tej niezawinionej przecież przez nikogo śmierci, powstrzymać się od podłej indoktrynacji. Zwłaszcza że ta indoktrynacja może dotrzeć też do niektórych, bardziej wyzwolonych kulturowo, środowisk europejskich i wprowadzić tam niepotrzebny poziom zdenerwowania.
Więc oto okazuje się, że nad wszystkim moralnymi, kulturowymi i cywilizacyjnymi dylematami unosi się wieczny duch tolerancji i zrozumienia dla indywidualnych i grupowych obyczajów i nawyków. Należy się spodziewać, że jeśli w tym kierunku pójdzie logika historii, to staniemy w obliczu sytuacji, gdzie nie będzie już ani zła, ani dobra, ani podłości, ani wielkości, ani czynów niskich, ani postępków szlachetnych. Będą tylko lokalne zwyczaje, indywidualne nawyki i kulturowe gesty. Na naszym, najbardziej nam bliskim podwórku, będzie to wyglądało tak, że premier Tusk będzie grał w piłkę od rana do wieczora, z przerwą na wyjazd na narty, albo na mały spacerek, a oficjalne wyjaśnienie będzie takie, że on tak właśnie lubi i trzeba go zrozumieć. Jego partyjni koledzy będą już tymi ‘lodami’ które ukręcili rzygali, a oficjalny komunikat zapewni, że wszystko się odbywa zgodnie z lokalnym standardem. Za wszystkie medyczne usługi będziemy płacić z własnej kieszeni, pod warunkiem, że nie chodzi o przeprowadzenie aborcji albo „zabiegu odłączenia od pokarmu”, które będą refundowane z NFZ, bo takie są europejskie standardy. A na każdym rogu będzie stał piękny i elegancki burdel z odpowiednim sklepem oferującym fachową literaturę dla pań, panów i tych pozostałych, a jak komuś to nie będzie pasowało, może się przenieść gdzieś w białoruskie lasy i założyć tam swoją własną cywilizację. Tylko co z Pakistanem? No, tu jednak musielibyśmy się zwrócić o pomoc do samego wydawcy magazynu Glamour i, być może, jego czytelników. Ja jednak sobie wyobrażam rozwój sytuacji w taki sposób, że jakaś delegacja pisma mogłaby się udać do tego dalekiego i jakże egzotycznego kraju i spróbować odbyć z lokalnymi społecznościami kilka narad odnośnie współpracy. Strona, że tak powiem, reprezentująca kulturę światową, zapewniłaby lokalnym mieszkańcom prawo do niezakłóconego prawa egzekucji swoich odwiecznych zwyczajów, włącznie do zbiorowego gwałtu na siostrach mężczyzn naruszających miejscowe przepisy. Natomiast strona pakistańska umożliwiłaby przedstawicielom Europy i Świata uczestniczenie w tych rytuałach, zarówno osobiście, jak i przez obecność przedstawicieli mediów. Wówczas to Pakistańczycy mieliby poczucie przynależności do wielkiej rodziny narodów postępowych, a my, choćby tu w Polsce, moglibyśmy z błyskiem w oczach czytać barwne relacje w miesięczniku Glamour, w rodzaju:„Tomasz – menadżer w międzynarodowej firmie z Warszawy, lat 32: Jeśli idzie o moje erotyczne fantazje, to bardzo bym chciał wziąć udział w zbiorowym gwałcie. Bardzo lubię, kiedy moja partnerka krzyczy na maksa. Myślę sobie, że ona pewnie nie cierpi być spocona, gdy uprawiamy seks, a właśnie to doprowadza mnie do szaleństwa. Nic nie jest bardziej podniecające niż widok kilku kropel potu pomiędzy jej piersiami. To także dowód jej zaangażowania i wysiłku, jaki włożyła we wspólne igraszki. Uważam, że wygląda wtedy pięknie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.