piątek, 6 marca 2009

A Balcerowicz do kisielu

Wczoraj nagle pojawił się w naszych domach Leszek Balcerowicz. Włączam sobie program Moniki Olejnik, zastanawiam się, czy dziś będziemy mieli premiera Millera, czy może przewodniczącego Karpiniuka, czy może jeszcze kogoś innego, a może szczęśliwie znów naszego Prezesa, a tu siedzi Leszek Balcerowicz. Aż sobie zrobiłem coś do jedzenia.
Myślę sobie, że możliwe jest, że coś przegapiłem. Ja wprawdzie lubię wieczorem oglądać telewizję i staram się nic ważnego nie przepuścić, ale w końcu mogło się zdarzyć, że Balcerowicz gdzieś przemknął, a ja akurat się zagapiłem. Tak czy inaczej, od czasu jak nagle, kilka miesięcy temu, ujrzałem w telewizorze ministra Kołodkę z ksiązką i przenikliwym spojrzeniem delfina, nie zdarzyło mi się nic równie zabawnego. Patrzę na zegar, zbliża się ósma, rozsiadam się wygodnie w fotelu, nalewam sobie ‘łysiaka’ (pozdrowienia!), wypatruję nowych bucików Pani Redaktor i obłąkanego spojrzenia marszałka Niesiołowskiego, albo szefowej Pitery – a tu na mnie spogląda idealnie zakonserwowane oblicze Leszka Balcerowicza.
Jak już miałem przed sobą tę dymiącą parówkę (niech Wam się nie wydaje, że ja się żywię zmielonymi kośćmi – tu stawka wynosi 17 zł za kilogram), doszedłem do siebie i zacząłem już normalnie słuchać, co tam nasz Pan Profesor opowiada. Okazało się szybko, że ponieważ źli ludzie mówią, że mamy kryzys i przez to dobrzy ludzie, zamiast zająć się poważnymi rzeczami, jak oglądanie laptopów pod mikroskopem, czy drukowaniem lekarskich zaświadczeń, muszą łapać tę lawinę. Nie ma nawet czasu, żeby pobiegać po lesie, albo zagrać w piłkę nożną. Więc w tej sytuacji, tym którzy wzięli na siebie obowiązek dostarczania nam codziennej porcji nauki, nie pozostało już nic innego jak zwrócić się do samego Ojca Chrzestnego tej szczególnej Rzeczpospolitej, ucałować jego dobrą dłoń i powiedzieć klasycznym już tekstem przedsiębiorcy pogrzebowego Bonasery: „Bądź mi przyjacielem”.
A więc, realizując odpowiednie zadanie, pani redaktor Olejnik mówiła: „Panie profesorze, a czy pan nie uważa?”, „Czy pan profesor nie sądzi?”, albo „Jak pan profesor mysli?” Czy wreszcie „A co pan profesor by zrobił?”. Pan Profesor tymczasem siedział rozwalony w foteliku i choć wprawdzie nie miał na kolanach kota, z dobrodusznym uśmiechem wyjaśniał wszelkie zawiłości współczesnej ekonomii. Słuchałem tych jego ekspertyz i nie mogłem się przestać zastanawiać, co on do cholery tu jeszcze robi? Człowiek, którego największy realny sukces polega na tym, że pewnego dnia został szefem Unii Wolności, by chwilę potem tę partię doprowadzić do ostatecznego upadku, przyłazi do telewizyjnego studia i mądrzy się na tematy, o których ma dokładnie tyle samo pojęcia, co pierwsza lepsza urzędniczka w banku, z tą może różnicą, że ona wprawdzie zna mniej trudnych słów, ale za to dzień wcześniej była w sklepie na zakupach.
Po jasną cholerę wyciągać skądś jakiegoś trzeciorzędnego ekonomistę i udawać, że oto właśnie będą się rozstrzygać jakieś ważne rzeczy? Po co tracić czas na przepytywanie o sprawy gospodarcze człowieka, który na te tematy wie dokładnie tyle samo, co każdy zainteresowany tematem człowiek? Czyli najprawdopodobniej nic. Bo proszę mnie dobrze zrozumieć. Mnie nie chodzi o to, że Leszek Balcerowicz jest głupszy ekonomicznie od pozostałych profesorów ekonomii. Myślę, że oni wszyscy – i to zarówno nasi lokalni fachowcy, jak i eksperci z Europy czy Ameryki – w sytuacji tak niezwykle oryginalnej, z którą mamy do czynienia w obecnych miesiącach, jak to mówią Anglicy – know shit. Różnica jest tylko taka, że na tym tle akurat Leszek Balcerowicz jest postacią na tyle bezbarwną, że traktowanie go w sposób szczególny zakrawa na kpinę.
O ile najróżniejsi inni profesorowie, których mamy mniejszą lub większą przyjemność wysłuchiwać to tu to tam, tacy jak wspomniany już prof. Orłowski, prof. Gomułka, prof. Winiecki, prof. Sadowski, czy prof. Bugaj, osiągnęli to co osiągnęli w sposób jak najbardziej standardowy – czyli na drodze zwykłej kariery zawodowej – Leszek Balcerowicz jest typowym przykładem kariery ściśle politycznej. Coś takiego jak Jan Krzysztof Bielecki, czy wspominany już tutaj Grzegorz Kołodko, a na zupełnie innym, historycznym polu, zmarły już Bronisław Geremek.
Zatrzymajmy się tu na chwilkę przy prof. Geremku. Oczywiście w pewnych kręgach zawsze się podkreślało, że Geremek to niezwykle kompetentny ekspert od średniowiecza, czy czegoś tam jeszcze. Mówiło się powszechnie, że to człowiek bardzo wykształcony i bardzo sprawny intelektualnie, ale pomysł, żeby robić z niego jakiegoś mistrza w zakresie historii, nie zyskał chyba szczególnej popularności. Głównie, myślę, dlatego, ze historia nie jest tego typu dziedziną, gdzie można jakoś szczególnie się lansować i udawać przed ludźmi, że nasze analizy sa jakoś bardziej wybitne, niż analizy naszych kolegów. Stąd pewnie Noble przyznaje się fizykom, biologom, lekarzom, ekonomistom właśnie, a nie historykom. Więc tu mieliśmy szczęśliwie spokój.
Jednak nawet wśród tej grupy ludzi, których wiedza i dokonania mogą być jakoś tam mierzone, ekonomiści zajmują miejsce dość szczególne. Nie wiem, czy ta specyficzna pozycja wynika z tego, że oni po prostu już są tacy dziwni, czy może dlatego, że ekonomia - bardziej niż fizyka, chemia, czy medycyna – wchodzi w pole zainteresowania polityki, i odwrotnie. Ciekawy jestem jednak, jak to się dzieje, że ekonomiści – według wszelkich danych – nigdy nie wymyślili nic naprawdę pewnego, stałego, jednoznacznego, ani tym bardziej nic faktycznie pożytecznego z punktu widzenia potrzeb normalnego człowieka? Czasem wręcz mam wrażenie, że nawet trywialna zasada popytu i podaży działa tylko wtedy kiedy jej tak pasuje, a nie zawsze. A już na pewno nie wtedy, kiedy ekonomistom to się wyda. Przychodzi taki jeden i mówi, że ponieważ tam spadło, to tu będzie rosło, na co drugi mówi, że raczej na odwrót – czyli, ze ponieważ tam spadło, to tu też spadnie. A w efekcie i tak się okaże, że nic nie spadło, ale wzrosło, tyle że ten ktoś nie wziął pod uwagę tego, że 0 to nie 1. Więc siedzą sobie najbardziej wybitnie profesorowie ekonomiści, gadają sami nie wiedzą o czym, a ja chciałbym bardzo, żeby mi ktoś powiedział, skąd oni to mają, że kiedy zbierze się w jednym pomieszczeniu dziesięciu z nich i zaczną dyskutować, to każde takie spotkanie niechybnie musi się skończyć ogólną chryją, gdzie, nawet jeśli nie dojdzie do rękoczynów, to każdy każdego oskarży piętnaście razy o ekonomiczny analfabetyzm?
Pod tym względem, oni przypominają chyba najbardziej prawników. Każdy jeden profesor prawa jest absolutnie wybitnym autorytetem i fachowcem, żaden z nich w życiu nie dopuści do siebie mysli, że kto inny może mieć rację, a co najważniejsze wszyscy oni wzajemnie nienawidzą się tak, że można by ich pokazywać w przedstawieniach. To samo właśnie jest z ekonomistami. Taka kilkunastoosobowa ekipa uzurpatorów pochyli się z bardzo poważnymi minami nad gospodarką, która im spłatała figla, gapią się bez żadnego pomysłu w to co się wokół nich dzieje, nie mają pojęcia co się dzieje, nie wiedzą dlaczego, nie są w stanie ani określić punktu w którym coś się zaczęło, ani już w ogóle kiedy się to wszystko skończy. Ale wszyscy mają tytuły profesorskie, znają mnóstwo bardzo trudnych słów i jeśli im się poda jakąś bardzo dużą liczbę, to każdy z nich natychmiast będzie w stanie znaleźć dla tej liczby jakieś zastosowanie w świecie realnym.
Czasami odnoszę wrażenie, że w całym świecie nie ma większych darmozjadów niż właśnie ekonomiści. No bo proszę spojrzeć. Mamy ten nieszczęsny kryzys i okazuje się, że on nastąpił kompletnie nieoczekiwanie. Owszem, podobno wiadomo było od dawna, że świat, który nagle wymyślił, że nie ma granic robienia sobie dobrze, musi dostać po dupie. Nie zmienia to jednak faktu, że na całym tym świecie nie było praktycznie jednego ekonomisty, który by poczuł, że coś się niedobrego kroi już za rogiem. Tysiące cholernych banków w każdym kraju na świecie, każdy z tych banków zatrudniający całe tabuny najwybitniejszych ekspertów ekonomicznych, których wcześniej wykształciły tysiące najróżniejszych wspaniałych uczelni i nie znalazł się jeden mądry, który by przewidział, że już za rok to wszystko trafi szlag. Przecież gdyby w jakiejkolwiek dziedzinie życia doszło do wpadki na takim poziomie nieprzewidywalności, to ulice w jednej chwili wypełniłyby się bezrobotnymi lekarzami, nauczycielami, fizykami, czy nawet prostymi biznesmenami. Tymczasem ekonomiści, udowodniwszy, że o swojej robocie nie mają najmniejszego pojęcia, nie dość, że są z siebie okropnie zadowoleni, to jeszcze mają czelność udawać, że komukolwiek są do czegokolwiek potrzebni.
Zacząłem od Leszka Balcerowicza, ale – jak widać aż nazbyt przejrzyście – nie o niego najbardziej tu chodzi. Więc i ten tekst nie koniecznie jest akurat o nim. Natomiast faktem jest, że nikt tak jak Leszek Balcerowicz nie potrafiłby zainspirować tekstu o takim ładunku złych emocji. Ja doskonale pamiętam, jak w jeszcze w roku 1989, zanim Balcerowicz zdążył ruszyć palcem w bucie, pojawił się rynek i pieniądz zaczął przypominać coś co ma wartość. Doskonale pamiętam, jak nagle, praktycznie z dnia na dzień, wyłącznie dlatego, że bolszewia postanowiła się przebranżowić, w sklepach pojawiły się towary i nagle okazało się, że to wszystko co było dotychczas, to nie była żadna konieczność, ale plan. Plan żeby całe społeczeństwa wziąć za mordę i przydusić do ziemi.
A później pojawił się Leszek Balcerowicz i od początku kazano nam wierzyć, że to on był tym niezwykłym magikiem, który wyciągnął Polskę z otchłani komunizmu. On jeden swoim genialnym umysłem objął cały ten nieszczęsny niby-rynek, policzył wszystko jak należy i hop – stał się mirakiel. W kolejnych latach oczywiście było jak było. Raz lepiej raz gorzej, ale najczęściej byle jak. Jedni przychodzili do polityki, inni szli w biznesy, albo umierali w niewyjaśnionych okolicznościach, czy może – jak udało im się przeżyć – wracali do polityki. Tylko Balcerowicz trwał niezmiennie na posterunku, jak święty patron polskich przemian, niemal noblista, ledwo co najznakomitszy ekonomista świata. Z krótką, wspomniana już przerwą – poświęconą rozpieprzeniu w drobny mak swojej i tak już dogorywającej w ciszy partii.
I dziś, kiedy wszystko na naszych oczach się wali i nikt nie jest w stanie powiedzieć co nas czeka na końcu tej drogi, nagle postanowiono skądś wygrzebać tego dziwnego człowieka, żeby nam z tym swoim nieznośnym już dla wielu obliczem i tym jeszcze bardziej nieznośnym zadęciem powiedział, że Prezydent jest ekonomicznym dyletantem. A po jasną cholerę nam to wiedzieć, co jakiś Balcerowicz sądzi o Prezydencie Rzeczpospolitej? Ja bym raczej proponował – jeśli już różne telewizje mają potrzebę urządzać temu nieudacznikowi powrót – niech go umówią z innym profesorem – Kołodką, wrzucą ich nago do wielkiej miski z kisielem i każą się tłuc. Czytałem kiedyś, że kiedy Telewizja Polska pokazywała Latający Cyrk Monty Pythona, jedynie jakieś 5% widzów wykazało się choćby minimalnym zainteresowaniem. Może pojedynek Kołodko-Balcerowicz w kisielu pozwoliłby trochę lepiej zarobić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.