poniedziałek, 16 marca 2009

Gulasz z serc. Jak codzień.

Wczoraj wracałem ze starszą Toyahówną z wizyty. Było już późno, miasto – ja to zwykle z moim miastem o tej porze – puste i uśpione, i kiedy przechodziliśmy obok Hotelu Monopol, zwróciliśmy uwagę na dwa wielkie billboardy reklamujące burdel. Ktoś tam wcześniej pod hotel te platformy na kółkach przyciągnął po to, jak się domyślam, by hotelowi goście obejrzeli sobie zdjęcie tej eleganckiej dziwki, pomyśleli, że właściwie czemu nie, zapisali numer telefonu umieszczony na billboardach, zadzwonili, a wtedy ktoś po nich przyjedzie i już. W końcu wszyscy wiemy, że kiedy się przyjeżdża do Polski w biznesie, to raczej nie po to, żeby w wolnym czasie pójść do teatru, albo na koncert, czy obejrzeć jakąś wystawę. Toyahówna zaczęła mi zadawać najróżniejsze pytania, wszystkie zaczynające się od słowa ‘dlaczego’, a ja na żadne z nich nie umiałem odpowiedzieć, bo z jednej strony chciałem uniknąć nudnego już ględzenia o mafii, gangach, szarych biznesmenach, skorumpowanych policjantach i upadłych politykach, a z drugiej autentycznie nie miałem i faktycznie nie mam pewności, czy ja rzeczywiście wszystko w tej kwestii wiem.
Faktem jest, że tekst na spotkanych przez nas billboardach nie informował w żaden sposób, że lokal o niewinnej nazwie Night Club, tak naprawdę nie jest żadnym klubem, który od innych różni się tylko tym, że otwarty jest nie w dzień, lecz w nocy. Też jest prawdą, że ani jednym słowem żaden z tych billboardów nie sugerował nawet, że z tą kobietą na zdjęciu, za odpowiednią opłatą, można zrobić dokładnie wszystko, co komu przyjdzie do głupiej pały. Jednak trzeba być kimś kompletnie naiwnym, żeby wierzyć, że pod podanym numerem telefonu nic niezwykłego się nie dzieje. I też nie trzeba od razu chodzić do kina na filmy typu 8 mm, żeby wiedzieć, że biznes, który w sposób całkowicie otwarty i oficjalny reklamowany jest w samym centrum miasta – nie gdzieś w Tajlandii, czy w najbardziej egzotycznych zakamarkach Rosji – jest tak skonstruowany i na tym zresztą polega jego praktyczny sens, że wszystko – dokładnie wszystko – jest kwestią ceny i potrzeb. I wystarczy mieć choćby odrobinę wrażliwości, żeby wiedzieć, że kobiety, które stanowią sens tego interesu, są autentycznymi niewolnikami. Może i nienajgorzej traktowanymi (w końcu nie żyjemy w czasach cesarza Kaliguli), ale wciąż tylko niewolnikami.
Szliśmy więc sobie przez nocne miasto, Toyahówna chciała wiedzieć, dlaczego tak się dzieje, dlaczego to jest legalne i dlaczego nikt z tym nic nie robi, ja wzruszałem ramionami i odpowiadałem jej, że nie wiem, aż doszliśmy do dworca kolejowego, a tam już nawet nie zwróciliśmy uwagi na te wszystkie budy, w których jednym z podstawowych towarów są pornograficzne czasopisma z filmami, oferowane w takiej ilości, że gdyby na tym dworcu pojawił się ktoś w rodzaju tego przybysza z planety K-Pax i zobaczył co się tam dzieje, uznałby, że my najzwyczajniej w świecie musimy być w najlepszym wypadku obłąkani. Ale, jak mówię, nie zwróciliśmy na te filmy nawet uwagi, bo chodzimy tamtędy niemal codziennie i ten krajobraz jak gdyby zlał się w całość z tym nieszczęsnym dworcem, z tymi smutnymi ludźmi i z tym dziwacznym miastem, w którym mieszkamy.
Rozmawiałem kiedyś z kolegą, który mieszka w Chicago. Powiedział mi, że, ile razy przyjeżdża do Warszawy i przechodzi przez Dworzec Centralny, nie może się nadziwić, że tam jest tak ogromna oferta najróżniejszego typu pornografii. Mówi mi, że z jego punktu widzenia, centrum miasta z taką wystawą, jest widokiem absolutnie egzotycznym. Że coś takiego może się spotyka gdzieś w dalekiej Azji, ale nie w centrum dużego europejskiego miasta. Rozmawiałem też z kolegą Brytyjczykiem. On z kolei, przy jakiejś okazji, powiedział mi, że w Londynie, jeśli się widzi kogoś kto kupuje w sklepie Playboya, można mieć dużą pewność, że ten ktoś to klasyczny wanker. Dokładnie tak się wyraził. A proszę zwrócić uwagę – myśmy rozmawiali wyłącznie o Playboyu.
Więc tu mamy kwestie cywilizacyjne. Mamy Polskę – kraj i społeczeństwo o nieokiełznanych ambicjach, o zupełnie histerycznym poczuciu własnej godności, o nieprawdopodobnym pędzie do doganianiu świata. Mamy ludzi, którzy przy pewnych określonych okazjach, za cenę znalezienia się w gronie najbardziej cywilizowanych i postępowych narodów tego świata, gotowi są zrezygnować nawet z bycia Polakiem. A jednocześnie okazujemy się być społeczeństwem, które jest tak otwarte na tego typu towar. Zachodzę do sklepu o nazwie Media Markt, czy Saturn, i w jednym i drugim trafiam na całą ścianę z towarem ściśle pornograficznym. I to nie jest buda na dworcu, czy stolik na jakimś podmiejskim targu. To poważny, europejski dom handlowy z dyskretnym oświetleniem, ściszoną muzyka i krzątającymi się elegancko sprzedawcami. Jesteśmy w Polsce. Kraju który, z nieznaną dotychczas zawziętością i ambicją walczy o jak najbardziej efektowne wejście w świat XXI wieku i nie wie, że w tym samym czasie, pod pewnym szczególnym względem, jest tej Europy pośmiewiskiem.
Ale mamy też aspekt prawny tego całego przedsięwzięcia. Idę z Toyahówną przez nocne miasto, a ona mnie pyta, czy to jest legalne. I ja jej odpowiadam, że nie – że to nie jest legalne. Że pornografia, sutenerstwo, czerpanie zysku z nierządu, handel ludźmi – to wszystko jest nielegalne i ścigane przez prawo. Więc dlaczego nikt z tym nic nie robi? Dlaczego nie przyjedzie policja i tego wszystkiego nie skasuje? I znów jej odpowiadam, że nie wiem. Odpowiadam jej, że ja nawet nie wiem, czy ten słynny magazyn, który kiedyś, w wolnej już i demokratycznej Polsce, ukazywał się w oficjalnej sprzedaży pod nazwą Zły, został ostatecznie zamknięty przez prawo, czy po prostu właściciele pisma uznali, że lepiej zainwestować w porządny ekskluzywny burdel dla bogatych biznesmenów, artystów i polityków, niż dla aspirujących Europejczyków drukować te zakrwawione ludzkie szczątki.
I tak sobie sterczymy tu, dokładnie w tym samym miejscu, w którym byliśmy na początku tych naszych rozważań. Bez żadnej odpowiedzi na nasze wątpliwości, bez żadnej konkretnej perspektywy, otoczeni przez zjawiska, których nie rozumiemy i na które nie mamy najmniejszego wpływu. I wiemy, że nawet jeśli nie stanowimy wyraźnej mniejszości, to i tak grupa decydująca o kształcie tego państwa i jego, że tak powiem, zawartości, jest na tyle wpływowa i na tyle zdeterminowana, żebyśmy, dla zwykłego spokoju umysłu, przestali się głowić nad tym, co i tak nie leży w naszych kompetencjach. Bo co można zrobić, skoro tak naprawdę nawet nie wiadomo, kto jest na końcu tego całego łańcucha, który moglibyśmy nazwać grupą interesów, czy – jak mówią Amerykanie – agendą?
A jakaś agenda być musi. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Żyję na tym świecie wystarczająco długo, by wiedzieć, że jeśli po stronie tzw. czynników decydujących – i to bez względu na polityczny kolor – widzę tak wielką determinację w sprawie pozornie pozbawionej jakiejkolwiek wartości na poziomie interesu publicznego, to znaczy, że tam musi chodzić albo o pieniądze, albo o nałóg. Albo o jedno i drugie. I tak – jestem pewien – dzieje się w tym wypadku. Jestem przekonany, że skoro przez te dwadzieścia lat, mimo wielu przecież prób, nie udało się wykonać jednego skromnego gestu na rzecz oczyszczenia Polski z tej zarazy – a wręcz przeciwnie – to znaczy, że za tym stoją pieniądze i niewątpliwe przyjemności wcale pokaźnego towarzystwa. A więc nie zdziwiłbym się, gdyby miało się okazać, że wśród osób żywotnie zainteresowanych utrzymaniem tych bud na katowickim dworcu – nie dla siebie, oczywiście (oni mają swoje własne miejsca), ale dla zachowania pewnego szczególnego porządku – byli ci, których znamy, a czasem nawet lubimy. Nawet tak wybitni przedstawiciele naszych elit, jak Michał Boni, człowiek na którego ostatnio mam bardzo wrażliwe oko. Czemu Boni? Z bardzo prostej przyczyny. Raz że on już parokrotnie pokazał, że jemu coś takiego jak zasady są pojęciem całkowicie obojętnym. A dwa, przez jego wczorajszy wywiad dla Rzeczpospolitej. Wywiad zupełnie porażający http://www.rp.pl/artykul/276267.html.Wypowiedź, w pewnym sensie nawet przebijająca rozmowę z Bonim, o której już tu pisałem w Salonie przed miesiącami, gdzie on gadał o Polsce swoich marzeń: Polsce ludzi z laptopami, porozumiewającymi się z innymi przy pomocy programu komputerowego o nazwie Skype.
Wczoraj, Michał Boni, zapytany przez dziennikarkę o to, po ciężkiego diabła trzeba przymusowo wysyłać małe dzieci do szkoły, odpowiada tak: „Sześciolatki mają [podkreślenie moje] iść do szkoły z prostego powodu, że wszędzie na świecie uważa się, iż z punktu widzenia efektywności nauczania, im wcześniej tym lepiej. Bo w ten sposób wyrównuje się szanse. Jak ktoś tego nie rozumie, niech poczyta prace laureatów Nagrody Nobla na ten temat. […] Badania nad mózgiem pokazują, że im szybciej dzieci zaczynają się uczyć, tym większa jest możliwość wyrównywania szans, zasypywania różnic w mentalności, w nawykach, w pojmowaniu świata.”
Ja oczywiście, nie rozmawiałem z Bonim nigdy o niczym i też, siłą rzeczy, nie znam jego opinii na temat społecznej przydatności burdeli, pornografii i handlu kobietami. Ale powiem zupełnie szczerze, że choćbym nie wiem, jak się starał, nie widzę najmniejszego powodu, żeby ten laptop, z tym Skypem i teraz z tymi badaniami nad mózgiem dzieci, prowadzonych w celu uzyskania tego jednego, modelowego egzemplarza, o ustalonej „mentalności, nawykach i pojmowaniu świata”, czuły się jakoś szczególnie niezręcznie w świetle czerwonych latarni, wśród czarnych akcentów.
Napisałem ostatnio trzy teksty w całości poświęcone sytuacji Kościoła w demokratycznym społeczeństwie. Teksty te spotkały się z bardzo szeroką reakcją, głównie dość nerwową. Oczywiście biorę pod uwagę, że mój obecny temat może nie zainteresować już tak wiele osób, jak to było w przypadku agentów w polskim Kościele. Niestety, tu jestem bezradny. Po prostu mi się nie chce. Mam przynajmniej nadzieję, że większość wie, dlaczego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.