piątek, 20 marca 2009

O szafach, parasolach i podróżowaniu

Pomyślałem sobie dziś, że chyba jakoś tak w tych dniach powinien mijać rok od czasu, jak zacząłem pisać w Salonie24. Jednak, choć liczyłem jak mogłem, kombinowałem na wszelkie sposoby, zawsze wychodziło mi albo że ten rok jeszcze nie minął, albo że wszystko wskazuje na to, że już nie nastąpi. Ponieważ ta dziwna sytuacja robiła się nie do zniesienia, przeprowadziłem prywatne dochodzenie i okazało się, że wytłumaczenie jest stosunkowo proste. Mój pierwszy tekst w Salonie24 ukazał się 29 lutego zeszłego roku, a więc wychodzi na to, że jakkolwiek bym się starał uznać, że 29 zeszłego miesiąca skończyłem roczek, to fakt pozostaje niezmienny. Tego dnia żadnych urodzin nie było, bo tak się złożyło, że w tym roku po prostu luty się skończył dzień przed moim świętem.
Więc nie miałem rocznicy swojego pisania w Salonie, co nie zmienia faktu, że 29 lutego 2008 roku napisałem swój pierwszy tekst na blogu. Był to bardzo krotki wpis, zatytułowany „Co potrafią media” i poświęcony (jakże by inaczej!) felietonowi Rafała Ziemkiewicza, w którym napisał, że PiS tonie, nie przez nienawiść sił restauracji, lecz przez swoją nieudaczność, http://toyah.salon24.pl/63582.html, bo „gdyby media miały aż taki wpływ, jaki im prezes PiS przypisuje, nigdy by nie doszło do Sierpnia '80, ani upadku komunizmu - ludzie wciąż by wierzyli, że Polska rośnie w siłę, a im żyje się dostatniej.”
Napisałem więc Ziemkiewiczowi, że przede wszystkim nie ma pewności, czy on akurat zna ostateczną odpowiedź na pytanie, czemu upadł komunizm, a poza tym jest żenująco niekonsekwentny, bo najpierw pisze, że media to nadmuchany balon, by za chwilę, najzgrabniej jak tylko on potrafi, wykazać wręcz szatańską skuteczność szyderstwa i kpiny w prowadzonej przez media polityce zohydzania.
I taki to był ten mój pierwszy wpis w Salonie. Krótki tak, że aż dziś nie mogę uwierzyć, że kiedyś tak potrafiłem, i oczywiście dotyczący zawsze tego samego, czyli kłamstwa, manipulacji, łatwowierności i zwykłego intelektualnego lenistwa. Minął rok i w sumie, jest jak było, z tym że – jak widzimy – Kaczyński wciąż w świetnym stanie, natomiast ledwo się słaniają nasi bohaterowie z tamtych lat. I niewykluczone, że za rok, kiedy znów nie będę mógł obchodzić swoich blogerskich urodzin, bo ta data po prostu rozpierzchnie się w późnozimowej szarudze, Donald Tusk będzie się znajdował pod troskliwą opieką psychologów, a całe jego dawne towarzystwo stało pod drzwiami Palikota w kolejce po kopertę z zasiłkiem. Jedyne co pozostanie niezmienione, to media. Niemal takie same jak pięć lat temu i lat temu trzydzieści, z tym samym kłamstwem i ruską przebiegłością, tyle że jeszcze bardziej kolorowe, skoczne i wesołe. Pewnie pojawią się nowe kanały, przygotowywane jednak już nie przez dziennikarzy, ani przez polityków, ani przez komików do wynajęcia, lecz przez tzw. celebrytów i dzieci polityków. I oczywiście jak najdalsze od polityki. Bo nowe zalecenia speców od szperania pod progiem, z pewnością ukierują działania tak, by – jeśli tylko przyjdzie nam do głowy kogoś załatwić – nie używać od razu Magnum44, ale zwykłego parasola, tyle że bardzo kolorowego. Niemal jak parasolka z pucharku z lodami na przyjęciu u Oli Kwaśniewskiej. I w ten sposób, historia zatoczy koło. Kto wie, o czym mówię, ten wie.
A co u Oli Kwaśniewskiej? Nie wiadomo. I w sumie to mało istotne. Podobnie jak nieistotne, co u jej mamy i co u jej koleżanki, Moniki Jaruzelskiej. One wszystkie już miały swój czas, wypełniły go jak należy i jeśli historia od nich jeszcze coś będzie chciała, to się do nich zwróci, a one chętnie mogą służyć swoim… no czym? No, tym wszystkim, co tam mają. Niech będzie, że urokiem.
Czy wciąż będzie działał kanał o nazwie TVN Style i czy dalej będziemy mogli oglądać fascynujący show pod nazwą Lekcja stylu? Mam nadzieję, że tak. Choćby z tego jednego powodu, że być może będzie to już jedyna okazja, żeby każdy inteligentny i myślący człowiek mógł nie zapomnieć, z kim miał i ma do czynienia i jak się bronić na okoliczność pojawienia się kolejnego parasola.
Do czego zmierzam? Otóż ostatnio, jak już tu dwa razy wspomniałem – choć tylko wspomniałem – siedziałem sobie z Toyahową przed telewizorem i tym razem to żona moja dzierżyła pilota. W pewnym momencie przełączyła się na TVN Style, jak się okazało, w samą porę, bo pokazała się Jolanta Kwaśniewska, żona Aleksandra, matka Oli, i zaczęła uczyć zgromadzone przed telewizorami towarzystwo, że jak się idzie do kogoś z kwiatami, to papier należy zdjąć wcześniej i, broń Boże, nie wyrzucać go „na klatce”. Kiedy już wszystko na tym poziomie zostało załatwione, rozległ się odpowiedni dżingiel i pani prezydentowa udała się do szafy Moniki Jaruzelskiej, córki Generała, żeby poprowadzić wspomnianą właśnie lekcję stylu. Było mniej więcej tak jak w MTV, gdzie dzieci mogą obejrzeć wszystkie złote łańcuchy i wysadzane diamentami buty znanych rapperów i się popodniecać. Tyle że oczywiście skromniej. Po generalsku.
Program leciał sobie spokojnie, Jaruzelska wyciągała ciuchy, Kwaśniewska uśmiechała się błyszcząco i nagle pojawiły się skóry. Jaruzelska wyciągnęła coś co wyglądało na skórzaną kurtkę, choć ona na to mówiła ‘marynarka’ i powiedziała, ze to jest coś dla niej bardzo cennego, bo dostała ten ciuszek od tatusia, który przywiózł go „z Węgier w 1956”. Tatuś tę kurtkę przywiózł, ale jakoś nie nosił, więc dostała ją właśnie ona i że na pewno, jak przyjdzie czas, przekaże tę węgierską pamiątkę swojemu dziecku. Dalej już nie oglądałem, bo mimo swojego doświadczenia i odporności na zmiany klimatu, poczułem się w ten szczególny sposób spełniony. I więcej już nie chciałem. Jeśli są tu jeszcze jacyś młodsi czytelnicy, którzy nie wiedzą, co Wojciech Jaruzelski mógł robić w 1956 roku na Węgrzech, a przez to nie pojmują szczególności opisanej przeze mnie sytuacji, niech sobie sprawdzą i wiedzieć już będą. Ja tylko powiem, że Monika Jaruzelska zachowała się troszeczkę tak, jak, powiedzmy, mógłby się zachować syn tego podobno zmarłego niedawno w Egipcie niemieckiego zbrodniarza, który prawdopodobnie, gdyby go spytać, skąd ma taki piękny sygnet, powiedziałby, że tatuś znalazł go w Auschwitz, gdzie przebywał z początku lat 40-tych i mu dał. Kiedy wspomniałem tu o tym zdarzeniu w krótkich notkach, podniosła się leciutka wrzawa i w tej wrzawie pytania, czy ta Jaruzelska jest głupia, czy tylko bezczelna. Wydaje mi się osobiście, że jakkolwiek ona może być i głupia i bezczelna (bo w końcu, czemu nie?), tu akurat mamy do czynienia z czymś zupełnie innym. Głupia mogła być Jolanta Kwasniewska, kiedy jeszcze przed laty, opowiadala Ninie Tierentiew, jak to ona uczyła Królową Elżbietę wymawiać nazwisko 'Kwaśniewska', żeby ta nie mówiła 'Kłaśniewska', ale 'Kwaśniewska'. "It's like a duck does, Your Majesty, 'kvah, kvah'; very simple. A duck, you know, 'kvah-śniewska'!" Więc to była głupota. Dziś w grę wchodzi wyłącznie mentalność. Taka Jaruzelska od dziecka była chowana w świecie, gdzie wszystko co się dzieje, dzieje się zupełnie inaczej, niż normalny człowiek mógłby przypuszczać. Ktoś się pytał, czy ona może kończyła jakieś inne szkoły. Możliwe. Może ona w ogóle nie chodziła do szkoły, tylko przychodzili jacyś do domu i ją uczyli czytać i pisać i liczyć. To jest bez znaczenia. To co się liczy to fakt, że wśród nas żyją ludzie, którzy zajmują dość eksponowane pozycje, a którzy w rzeczywistości należą do świata kompletnie nam obcego i w większej części niezrozumiałego. Oni się spotykają wyłącznie z podobnymi do siebie, rozmawiają o sprawach tylko dla nich interesujących, mają dylematy, których zwykły człowiek w ogóle nie rozpozna jako dylematu i od czasu do czasu – niestety ostatnio coraz częściej – pojawiają się na ekranach naszych telewizorów i mówią nam, jak się należy prowadzić, żeby było correct.
Piszę „niestety”, ale przecież to nie jest sytuacja aż tak zła. Dzięki temu, widzimy ich, możemy obserwować, gdzie trzymają swoje ręce, co chowają w swoich dłoniach, na co kierują swoje oczy, w którą stronę wywalają swoje języki i dzięki temu możemy być zawsze gotowi i zawsze pewni, ze nic nas nigdy nie zdziwi. A w świecie, w którym każe się nam żyć, najgorsze jest to, kiedy człowiek da się zaskoczyć.
Dobrze jest wiedzieć. Wczoraj na przykład u Moniki Olejnik wystąpił jakiś czarny ekonomista, którego nie znam i opowiadał, dlaczego u niego w Zambii tylko prezerwatywa może uchronić ludzi przed śmiercią. Zawsze sądziłem, że jeśli ja nie chce umrzeć na AIDS, to wystarczy żebym się nie pieprzył na lewo i prawo i ewentualnie nie ‘brał w żyłę’. Gość red. Olejnik wyjaśnił jednak, że w Afryce jest inaczej. Tam ludzie „muszą” żyć w sposób rozwiązły, bo to jest taka kultura, taka tradycja i przede wszystkim taka „przyjemność”. Więc jeśli Kościół każe im używać prezerwatyw, to oni – jako ludzie bardzo szczerze oddani Kościołowi – z pewnością te prezerwatywy będą zakładać, ale jeśli nie, to oczywiście – z tego samego posłuszeństwa – będą się zarażać. Ten czarny pan powiedział nawet, ze on wie o czym mówi, bo jego siostra i jej mąż zmarli własnie na AIDS przed rokiem, czy półtora, własnie dlatego, ze żyli zgodnie z tradycją, w poszanowaniu lokalnej kultury. On się w to ich minione już życie nie wtrąca, bo ma szacunek i tolerancję. Natomiast od papieża Benedykta mógłby oczekiwać, żeby on jednak zaczął myśleć trochę szerzej.
Czy ktoś coś z tego rozumie? Nie sądzę. To znaczy, spodziewam się, że Monika Jaruzelska, a i z pewnością Jolanta Kwaśniewska, wiedziałaby doskonale o czym jest mowa i jakież to poważne sprawy u Moniki Olejnik były roztrząsane. Może by nawet łzę uroniły nad tym okropnym katolickim fałszem. Ale ja? Ale Wy? Cóż my mamy do tego? Jedyne co możemy, to słuchać i wiedzieć. Nie rozumieć. Po prostu wiedzieć. I pamiętać.
Na wypadek tego parasola.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.