sobota, 14 marca 2009

6-latki. Jeszcze ja.

Ponieważ pan Krzysztof Leski już niemal podsumowuje swoją krucjatę w obronie naszych dzieci, ja jeszcze w ostatniej chwili, chciałem dorzucić swoje trzy grosze. I tym samym dołączyć się z poparciem.
Z jakiegoś, zupełnie dla mnie niezrozumiałego powodu, projekt objęcia sześciolatków obowiązkiem szkolnym, nie robi na nas większego wrażenia. Myślę sobie, że jest tak może dlatego, że sprawa ta praktycznie dotyczy jedynie tych, którzy mają dzieci w wieku wczesnym przedszkolnym? A może przez to że ta bańka pęknie dopiero za trzy lata, a większość rodziców nie potrafi myśleć aż w tak wydłużonej perspektywie. A może też dlatego, że kiedy mamy w domu dziecko trzyletnie, lub czteroletnie i znakomicie zdajemy sobie sprawę z tego, jaki to maluszek i jak bardzo boimy się je zostawić choć na chwilę bez opieki, to jednocześnie wierzymy, że za te trzy, czy cztery lata, nasz syn lub córeczka tak się emocjonalnie rozwiną, że byśmy ich nie poznali?
Nie wiem. Nie umiem powiedzieć. Mam troje dzieci, w wieku 16, 19 i 22 lat i nie bardzo już umiem sobie wyobrazić, co bym myślał i jak bym się czuł, gdyby któreś z nich miało trzy lata, a ja bym się dowiedział, że ono za kolejne trzy zostanie przez MEN zaciągnięte za uszy do szkoły. Pewne rzeczy jednak pamiętam, a także – tak się złożyło – pewne sprawy mam na oku, ze względów, że tak powiem, zawodowych. Pamiętam więc, że moja najstarsza córka, kiedy miała pięć lat, nie poszła do przedszkola, bo po miesiącu strasznej walki – walki której nigdy nie zapomnę – daliśmy jej spokój i jedyne co nam zostało, to wyrzuty sumienia, że ją tak okropnie udręczyliśmy. Później, kiedy miała już te swoje sześć lat, przyszła zerówka i sytuacja – choć nie tak może drastyczna – była dość podobna.
Mniej więcej tak samo było z naszym synem. On wprawdzie jakoś to przedszkole przyjął, ale wiedzieliśmy świetnie, że tak naprawdę, on chce być w domu. Gorsze było to, że on z jakiegoś powodu, choć emocjonalnie kompletnie nieprzygotowany, był wyjątkowo rozwinięty intelektualnie i duchowo. Umiał pisać, liczyć czytać, a i też myśleć, więc psychologowie powiedzieli, że ma iść do szkoły rok wcześniej. No i nas namówili. Dzięki Bogu, jakoś sobie poradził. Wprawdzie ja do dziś pamiętam, jak wielokrotnie przez te wszystkie lata, nauczyciele, pedagodzy i psychologowie szkolni pytali, po ciężką cholerę myśmy mu zabrali to dzieciństwo. Ale, jak mówię, szczęśliwie sobie poradził.
Mamy jeszcze 16-letnią córkę, ale ona tu nic nie wniesie, bo akurat jest taka, że pewnie, gdyby nawet poszła do szkoły w wieku dwóch lat, to by nic nie zauważyła. Teraz już jest dużo starsza, a i tak nie wiem, czy ona na sto procent wie, do której klasy chodzi. Ona wie, jak ją kocham, więc się nie obrazi.
Po co to wszystko piszę? Po to mianowicie, żeby pokazać, że – przynajmniej z mojej perspektywy – bywa różnie. I ja to wiem. I wiedzą to inni rodzice, dziadkowie, ludzie, którzy mają małe dzieci w rodzinie. Nie wiedzą tego niestety specjaliści z MEN-u. Nie wie tego Katarzyna Hall i oczywiście nie wie tego Michał Boni. Choć akurat jeśli idzie o niego, to myślę, że on może wiedzieć, tyle że jest nastawiony na co innego – ratowanie polskiego systemu emerytalnego.
Znamy więc swoje dzieci i, gdybyśmy tylko mieli czas i odpowiednią wyobraźnię, moglibyśmy wspólnie zwrócić się do obecnego rządu i wspólnie im powiedzieć, żeby się odpieprzyli od naszych córek i synów. Niestety, jesteśmy zajęci i inne rzeczy mamy na głowie, niż troszczyć się o to, co będzie za 3 lata. W tej sytuacji powiem tu coś jeszcze. Ponieważ całe życie jestem nauczycielem i obserwacją zachowania dzieci starszych, ale też i tych najmłodszych, mam umysł skażony mniej więcej w tym samym stopniu co zastanawianiem się nad gramatyką, fonologią i takimi tam, to ja też doskonale zdaję sobie sprawę z tego, jaka jest atmosfera emocjonalna i intelektualna w zerówkach i w pierwszych klasach szkół podstawowych. Ja świetnie wiem, że w dniu, kiedy do szkoły przychodzi pierwszy rocznik, to nie widać ani tych dzieci starszych, ani tych nauczycieli, ani tych kwiatów, ani bombonierek, ale tylko tłum maleńkich dzieci, z których połowa płacze, a druga połowa stoi przerażona, nie wiedząc, co się wokół nich dzieje. Ja wiem doskonale, co się dzieje na tych niby-lekcjach, kiedy te biedne nauczycielki stają na głowie, żeby ogarnąć jakoś to mikroskopijne nieszczęście i wciąż powtarzają sobie, że przecież one się nie kształciły jako przedszkolanki. Ja to znam. Ja to widzę.
I oczywiście, zdaję sobie też sprawę, że w tym tłumie są pojedyncze dzieci, które niczego się nie boją, albo dlatego, że mają taki dzielny charakter, albo są takie bardzo mądre (choć to już – jak wspominałem – nie musi nic oznaczać) i od razu zajmują swoje miejsce w hierarchii, a nauczycielki się cieszą, bo mogą się do kogoś zwrócić o pomoc. Tylko dlaczego, do ciężkiej cholery, ludzie którym płacimy za to, żeby byli odpowiedzialni, przewidujący i profesjonalni, nagle uznali, że ponieważ oni podczas swoich wojaży po świecie coś tam widzieli, a później tę swoją wiedzę potwierdzili, oglądając parę komedii o genialnych urwisach, ci własnie sześciolatkowie i siedmiolatkowie będą stanowić ich alibi w ich chorych eksperymentach?
Nie pozwólmy im na to. Nie oddawajmy im swoich dzieci. A jak idzie o Michała Boniego, to on – jak się zdaje – jeszcze w latach 80-tych wybrał sobie przyszłość. Niech się już więc trzyma tej drogi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.