czwartek, 8 stycznia 2009

O ogniu, łkaniu w kominie i dwóch kibolach



Pewnego razu, jechałem z najmłodszą Toyahówną pociągiem z Katowic do Warszawy. Było to kilka lat temu, więc i ja i ona byliśmy odrobinę młodsi, co akurat w jej wypadku ma tu pewne znaczenie. W przedziale z nami siedziało dwóch Belgów, z których jeden patrzył przez okno, a drugi oglądał film na laptopie, jakiś pan, który czytał Najwyższy Czas, inny pan, który sobie spał i dwóch absolutnie modelowych, łysych kiboli. I to nie kiboli na miarę rządu pana premiera Donalda Tuska. To byli kibole jak najbardziej klasyczni, takich których można zobaczyć na zdjęciach policyjnych podczas tłumienia boiskowych ekscesów. Ja kompletnie do dziś nie mam pojęcia, co oni robili w pociągu typu IC – w końcu nie takim znów tanim. Podejrzewam, że jechali bez biletów. Wyglądali zresztą na takich, którzy nie kupują biletów nigdzie i pod żadnym pozorem.
Jechali więc sobie kibole z nami w przedziale i zachowywali się jak najbardziej sportowo. Czyli pili piwo z puszek, omawiali ostatnie pojedynki z policją i jak najbardziej przeklinali. Przeklinali na poziomie absolutnie najwyższym, bez jakichkolwiek ograniczeń i bez jakiegokolwiek poczucia, że może nie są sami. Jeden z nich machał przy tym ręką, nieustannie zasłaniając panu z UPR-u poszczególne strony NC. Siedzieliśmy sobie z nimi w tym eleganckim przedziale, a ja miałem nadzieję podwójną. Przede wszystkim liczyłem na to, że oni pewnie wysiądą w Zawierciu, a – na wypadek gdyby jednak wybierali się do stolicy – że nie dojdzie do aktów przemocy. Przyznaję, cholera, że się normalnie bałem. Kiedy minęliśmy to Zawiercie, a im ani w głowie było wysiadać, zebrałem się w sobie, nachyliłem się grzecznie do tego łysego naprzeciwko mnie i grzecznie powiedziałem: „Bardzo przepraszam… ale widzi pan… małe dziecko… nie wypada tak przy niej…” Kibola jakby poraził prąd. Opluł się piwem, zaczął gwałtownie przepraszać, drapać się nerwowo po łysej pale i w końcu wydusił jedno prawie pełne zdanie: „Znowu nie takie małe, to prawie pannica”. Tak powiedział. Następnie przez chyba pięć minut obaj w ciszy żłopali te piwa, a później z tego napięcia wstali i się przenieśli do innej części pociągu.
Dziś, kiedy to wspominam, pragnę przede wszystkim przeprosić moja córkę za to, że jej narobiłem publicznie wstydu (co mi natychmiast nie omieszkała wypomnieć - „Mi to, jeśli chcesz wiedzieć w ogóle nie przeszkadzało”), ale jednocześnie muszę jej powiedzieć, żeby znowu się tak nie nadymała, bo i tak się bardzo ograniczyłem. Początkowo bardzo chciałem kibolowi powiedzieć, że to co on robi to grzech. I że Pan Jezus jest bardzo zawiedziony. To by jej dopiero było wstyd.
I proszę się ze mnie nie śmiać. Ja ten tekst mam bardzo skutecznie przećwiczony. Kiedyś, jeszcze dawniej, w pewien Wielki Piątek szedłem sobie pod moim domem i napotkałem na mej drodze człowieka bardzo, bardzo pijanego. Taki klasyczny ‘dziad’, jakby to określił pan Prezydent. Szedł sobie więc ten dziad, pijaniusieńki jak nie wiem co i wrzeszczał z wściekłością na cały świat, klął, pluł, bluzgał. A ja zatrzymałem się i powiedziałem: „Panie, przecież to Wielki Piątek! Jak pan może? Jakiż to straszny grzech. Chrystus umiera na krzyżu, a pan w takim stanie. I jeszcze te słowa”. Efekt był dokładnie ten sam, co kilka lat później, w Intercity z Katowic do Warszawy. Powiem tylko, ze do dziś mam wyrzuty sumienia, ze może powinienem był być bardziej delikatny. Powtarzałem jednak ten numer jeszcze parę razy, zawsze z identycznym skutkiem.
Ale do czego zmierzam? Do tego mianowicie, że dobrzy ludzie grzechu się boją. Dobrzy ludzie nie chcą być źli. Dobrzy ludzie czują ten wiatr nawet w czasie największego upadku. I myślę sobie, ze można by było właściwie tu skończyć. Jest wystarczająco mocno. Więc jeśli komuś już wystarczy, to się nie obrażę. Róbcie to co macie i tak zaplanowane. Ale ja jednak troszkę jeszcze poopowiadam, bo w sumie piszę to w bardzo mocno zdefiniowanym celu.
Napisałem już dziś w którymś z komentarzy, że bardzo mi się podoba tekst pewnej piosenki Skaldów (był kiedyś taki popularny zespól – bardzo dobry). Początek leci tak: „Oj dana, dana, nie ma szatana, a świat realny jest poznawalny. Oj dana!” Ale najlepsze jest później: „Życie jest formą istnienia białka, ale w kominie coś czasem załka.” Chodzi mi właśnie o ten komin. Ja jestem absolutnie przekonany, że coś takiego jak lęk i podziw dla Najwyższego jest zupełnie autentycznym i wręcz przyrodzonym stanem każdego ludzkiego bytu. Jestem pewien, że każdy człowiek, choćby niewiadomo jak był przekonany o tym, że nie ma nic, w najgłębszych pokładach swojego serca wie, że to nieprawda. Wie że są sytuacje, kiedy żartów nie ma. Sytuacje wobec których nawet on zaczyna drżeć.
To jest moim zdaniem reguła. Oczywiście, od reguły – jak mówią ludzie uczeni – są wyjątki, więc zakładam, że i od tej reguły są wyjątki. Zakładam więc też, że może i kilka dzisiejszych komentarzy, jakie pojawiły się pod moim poprzednim wpisem były wklepane przez owe wyjątkowe zupełnie umysły i serca. Przez ludzi, którzy, gdyby ich spotkał taki atak, jaki z mojej strony spotkał tych dwóch młodocianych bandytów i tego biednego pijaczka, po prostu najpierw by opluli mnie, a następnie najbliższy mijany kościół. Inna sprawa, że ja nie od dziś mam głębokie przekonanie, że jeśli już na kogoś mogę liczyć, to bardziej na tego dziada i tego łysola, niż na wykształconego absolwenta wydziału prawa na którejś z renomowanych polskich uczelni. Dlaczego? Dlatego, proszę sobie wyobrazić, że ich umysły może i są zatrute, ale przynajmniej zatrute ekologicznym i czystym gnojem, niż wysoko oczyszczoną kokainą, albo czymś podobnym (jak ktoś chce się obrazić, to uprzedzam – to tutaj to była czysta figura retoryczna).
Jestem pewien bowiem, że ludzie potrafią być bardzo mężni, bardzo silni i bardzo szlachetni. Potrafią też jednak upadać, a kiedy już upadną, to potrafią jeszcze się potoczyć, czasem bardzo daleko, w bardzo nieprzyjemną ciemność. A kiedy upadną, niektórzy z nich potrafią się podnieść, czasem bardzo wczesne, ale czasem dopiero na samym, samiusieńkim końcu. A jak już się podniosą, to często o wiele wyżej niż ktokolwiek z nas. Dlaczego tak się dzieje? Dlatego że przez całe ich życie, tli się w nich to poczucie, że jednak świat realny nie jest do końca poznawalny. A ten ogień potrafi i palić i oświetlać drogę, jak nic innego.
I powtarzam raz jeszcze. Wolę tych meneli i tych bandytów o wiele bardziej, niż wielu z tych, którzy, przynajmniej we własnym mniemaniu, złapali prawdziwą tajemnicę za największy palec u nogi. Wolę te dzieci, rozkołysane wewnętrznym przekonaniem że Boga nie ma, a już że na pewno nie ma Szatana, od tych wszystkich którzy mówią to samo i zachowują się dokładnie tak samo, jak te dzieci, tyle że jeszcze na przykład z prawdziwa pasją zaczytują się w horoskopach i wierzą autentycznie i głęboko, że jeśli puścić porządną rakietę w sylwestrową noc, to następny rok będzie lepszy.
Wolę tych którzy w życiu nie zajdą do kościoła, bo ksiądz to pijak, a pani z plebanii to jego kochanka, ale jak zagrzmi, to robią znak krzyża, niż tamtych, którzy uważają, że to całe gadanie o dzieciach z Fatimy, to idiotyzm, oszustwo i że jeśli nawet coś tam się działo, to można to bardzo ładnie i naukowo wyjaśnić, natomiast wieczorem, jak wrócą z pracy, to pieczołowicie wycinają z gazet wszystkie możliwe informacje na temat tych wszystkich niewyjaśnionych przypadków lądowania na Ziemi pojazdów kosmicznych.
W moim wpisie, do którego się tu wciąż odwołuję, wyraziłem satysfakcję z tego powodu, że mój Kościół jest tak cierpliwy i tak kochający. Że nikogo nie odrzuca i że jest zawsze gotowy na przyjęcie tych, którzy nagle zostali porażeni tym światłem. Ale tu już zbliżam się bardzo niebezpiecznie do najbardziej oczywistych oczywistości, że zacytuję klasyka, więc najlepiej już skończę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.