piątek, 23 października 2015

Czym namaka Olga Tokarczuk?

Jakiś czas temu wspominałem tu chyba ja, czy może Gabriel, o pewnej dziewczynie, która pracuje niedaleko w jednej z lokalnych sieciówek i właśnie wydała książkę, którą mi – ponieważ się lubimy – podarowała, odpowiednio sympatycznie dedykując. Książka jest oczywiście o wampirach, a ja z powodów, których się możemy tu wszyscy domyślać, przeczytałem z niej zaledwie pierwsze parę zdań. A brzmiały one dokładnie rzecz biorąc tak: „Nigdy nie czułam się normalna, bo taka nie byłam. Jestem inna niż wszyscy, choć tak naprawdę nie wiem, kim jestem: czy bestią, czy istotą ludzką”. Gdyby ktoś się chciał śmiać, to namawiam, by natychmiast przestał, bo najciekawsze dopiero przed nami, jednak zanim do tego dojdziemy, pragnę przypomnieć: rozmawiamy o młodej dziewczynie, która sprzedaje w sieciowym spożywczaku, zapragnęła napisać książkę, napisała ją, wysłała do różnych wydawnictw, jedno z nich jej dzieło przyjęło i wydało. Z tego co wiem, dalej sprawy potoczyły się tak, jak my tu się możemy z pewnością domyślać, czyli jej książka, wbrew umowie, nie weszła do żadnej z księgarń i dotychczas trafiła głównie w ręce rodziny i znajomych.
Niezrażona pierwszą porażką i przekonana głęboko, że jednak jakiś tam sukces osiągnęła, no a poza tym będąc osoba z pewnością ambitną, moja znajoma postanowiła napisać drugą książkę, tak zwany „sequel”. Pytałem ja kilka razy o to, jak jej idzie, jednak ona za każdym razem odpowiada mi, że strasznie się z nią męczy, bo… nie umie za żadne skarby świata wymyślić pierwszego zdania. Może gdyby miała więcej czasu, to coś by tam z tego wyszło, jednak raz że jest bardzo zajęta w sklepie, w dodatku ma zmartwienia, bo kierownik jej nie zapłacił nadgodzin, no a poza tym czas tak szybko leci i trudno się skupić. Efekt jest taki, że ona już od miesięcy ślęczy nad pierwszym zdaniem.
No a ja znów mam do wszystkich apel: proszę się z tego nie śmiać, bo oto nadchodzą rzeczy znacznie ciekawsze. Wróciłem wczoraj z Krakowa, gdzie z Gabrielem sprzedawaliśmy książki. I proszę sobie wyobrazić, że na stoisku parę kroków dalej siedziała sobie sama Olga Tokarczuk, tak jak my spotykała się z czytelnikami i podpisywała swoje najnowsze dzieło, wyróżnione prestiżową Nagrodą Nike, oraz okrzyknięte najwybitniejsza powieścią ostatnich lat „Księgi Jakubowe”. Ja na nią zwróciłem uwagę z dwóch względów. Przede wszystkim, zapewne w reakcji na falę tak zwanego hejtu, którym Tokarczuk została ostatnio podobno zaatakowana w sieci, pisarce towarzyszył autentyczny, zapewne wynajęty przez wydawnictwo, ochroniarz, no i to się rzucało jeszcze bardziej w oczy niż fryzura, jaką ta pani dała sobie postawić na głowie. Drugi powód był taki, że kilka dni temu oglądałem sobie telewizję i nagle z przerażeniem zobaczyłem, jak Tokarczuk dostaje Nagrodę Nike, a wręcza ją jej pewien mój dość dobry znajomy, człowiek nazwiskiem Koziołek. Zobaczyłem więc tego Koziołka, jak stoi obok samego Adama Michnika, wygłasza na cześć Tokarczuk laudację, w której ogłasza, że owe „Kroniki” to książka, która została napisana specjalnie dla niego, no i pomyślałem sobie, że może warto by było przynajmniej sprawdzić, co to za książka. Sprawdziłem więc i okazało się, że to jest wręcz monumentalne, ponad tysiącstronicowe dzieło, nad którym Tokarczuk pracowała całe siedem lat, a którego przesłanie jest tak głębokie i ambitne, że nie sposób tego wyrazić słowami. Trzeba przeczytać.
Ponieważ, o czym już tu parokrotnie wspominałem, ja w ogóle książek od wielu lat raczej już nie czytam, a już zwłaszcza książek napisanych przez laureatów nagród w rodzaju Nike, i szczególnie gdy one liczą tysiąc stron, uznałem, że zajdę do którejś z księgarń, poproszę o „Kroniki Jakubowe” Olgi Tokarczuk i zerknę sobie na pierwsze zdanie. Wprawdzie będzie to zabieg dość mało przekonujący jako argument, podobny trochę do oglądania zwiastunów polskich filmów na youtubie, no ale coś tam jednak z tego mieć będziemy. No bo nie ukrywajmy. Pierwsze zdanie to bardzo często coś, co stanowi tak naprawdę podstawową wartość książki. Weźmy chociaż początek „Stu lat samotności” Marqueza:
Wiele lat później, stojąc naprzeciw plutonu egzekucyjnego, pułkownik Aureliano Buendía miał przypomnieć sobie to dalekie popołudnie, kiedy ojciec zabrał go do obozu Cyganów, żeby mu pokazać lód”.
Albo Hellera „Paragraf 22”:
Była to miłość od pierwszego wejrzenia. Kiedy Yosarian po raz pierwszy ujrzał kapelana, natychmiast zapałał do niego szalonym uczuciem”.
Albo Hanna Krall: „Oto co wiemy na pewno: dziewczyna była Niemką i miała na imię Gretchen”.
Albo Wiech: „Pan Mordka Szpinaksbaum posiada piękną żonę, kruczowłosą Cipę”.
Albo choćby i Stachura: „Tak się zaczyna to, co nie wiem, to, czego dalsze losy mi nieznane, bo jak mogę wiedzieć?
Co mi tam! Skoro doszliśmy aż do Stachury, to niech już będą i moje „Marki, dolary…”: „Im dłużej człowiek obraca się w dzisiejszym, nowoczesnym świecie, tym częściej musi dochodzić do wniosku, że – tak jak to w popularnych dowcipach informowało Radio Erewań – lepiej już było”.
Tak więc, chcąc bardzo dowiedzieć się, w jaki sposób rozpoczęła swoje wielkie dzieło Olga Tokarczuk, wchodziłem do jednej po drugiej księgarni, rozglądałem się wokoło w poszukiwaniu owych „Kronik”, no i, zwyczajnie wstydząc się prosić te dziewczyny o pomoc, wychodziłem. W pewnym momencie wysłałem nawet żonę do biblioteki, no ale okazało się, że te kroniki to taki hit, że choćby rzucić na nie okiem można będzie dopiero w przyszłym roku. No i wreszcie wczoraj patrzę i kogóż to widzą moje piękne oczy? Olgę Tokarczuk z obstawą i te tysiąc stron w twardej oprawie.
Gdybym miał trąbkę i potrafił jej używać, to bym teraz, żeby podkreślić rangę wydarzenia, pewnie w nią zadął, no ale ponieważ trąbki nie mam, skromnie, choć dosłownie, zacytuje dwa pierwsze zdania, nad którymi Oldze Tokarczuk zeszło siedem lat:
Połknięty papierek zatrzymuje się w przełyku gdzieś w okolicy serca. Namaka śliną”.Gdyby ktoś sądził, że coś mi się pomyliło, powtórzę:
Połknięty papierek zatrzymuje się w przełyku gdzieś w okolicy serca. Namaka śliną”.
Jeszcze raz? Proszę uprzejmie:
Połknięty papierek zatrzymuje się w przełyku gdzieś w okolicy serca. Namaka śliną”.
Tak się zaczyna wielka powieść wielkiej polskiej pisarki Olgi Tokarczuk. Jeśli ktoś się teraz spodziewa po mnie jakiejś celnej pointy, lub choćby króciutkiego komentarza, niech na mnie już nie liczy. Ja już nie mam siły. Powtórzę: tysiąc stron, siedem lat, Nagroda Nike. No i ten goryl. Chroniący nie wiadomo co i po co.
Mam tylko nadzieję, że teraz wszyscy rozumiemy, dlaczego tak bardzo apelowałem o to, by nie śmiać się z tej biednej dziewczyny ze sklepu „Małpka” i jej opowieści o wampirach.

Dziś drugi dzień targów w Krakowie, a na nich moja nowa książka o ludziach z siódmego kręgu. Zapraszam wszystkich. No i oczywiście zawsze można zajść do księgarni. Adres jest bardzo prosty: www.coryllus.pl.

6 komentarzy:

  1. Jak już się znęcamy to może jeszcze jeden cytat:
    "Pod koniec tygodnia sępy wdarły się przez balkony
    pałacu prezydenckiego, uderzeniami dziobów rozszarpały
    oczka drucianych siatek w oknach, skrzydłami poruszyły
    czas zastały wewnątrz i w poniedziałek o świcie miasto
    zostało przebudzone z wiekowego letargu ciepłym i świeżym
    podmuchem wielkiego zmarłego i zgniłej wielkości." ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. @rac
    Ho, ho! Świeży podmuch zmarłego? A to ci poezja. Mogłaby się załapać na przyszłoroczny Unsound.

    OdpowiedzUsuń
  3. :D. To pierwsze zdanie "Jesieni patriarchy".

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale Pani Olga "Namoknięty papierek" jest bezkonkurencyjna.

    OdpowiedzUsuń
  5. Toyah! Skąd w Tobie przekonanie, że całość powinno się oceniać po pierwszym zdaniu? Przeczytałam na razie pierwszy rozdział Tokarczukowej nie powala ale naprawdę jak ktoś chce poczytać książkę, książkę to jest kiepsko z wyborem...

    OdpowiedzUsuń
  6. @Benino
    Ja kłopotów z wyborem nie mam, ale nie będę Ci nic narzucał. Czytaj sobie Tokarczukową i resztę.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.