Czy Kinga Duda słucha Rity Pax?

Ponieważ telewizja TVN24, a całkiem możliwe, że sama Grupa Bilderberg, najwyraźniej postanowiła kampanię wyborczą na rzecz Andrzeja Dudy poprowadzić za nas, ujawniając, że zbieranie podpisów w sprawie JOW-ów to były tylko takie „ćwiczenia na rzecz zbadania sprawności aparatu partyjnego”, sam Bronisław Komorowski z kolei rzucił się nam na pomoc, uznając, że ponieważ tradycja międzynarodowa jest taka, że kandydaci przechadzają się po ulicach i spotykają z ludźmi, on też tak zrobi, a ja obejrzałem transmisję na żywo z tej żenady, pomyślałem sobie, że nawet jeśli jak zwykle ponarzekam sobie troszeczkę, to tym razem w temacie politycznie zupełnie neutralnym. Muszę bowiem się przyznać do pewnej, moim zdaniem dość ciężkiej, przypadłości. Otóż, mimo, że mam swoje lata, swoje doświadczenie, a przede wszystkim swoją wrażliwość, ile razy widzę zapowiedź jakiegoś nowego polskiego filmu, projektu muzycznego, czy literackiego, a w niej opinię, że tym razem mamy do czynienia z wydarzeniem absolutnie wyjątkowym, najlepszym, z prawdziwym przełomem w naszej dotychczasowej historii, niezmiennie wierzę, że może faktycznie coś jest na rzeczy. Czytam gdzieś, że właśnie na ekrany kin wchodzi film, który może, jako pierwszy, stawać do konkurencji z produkcją światową, a nawet pod pewnymi względami stanowić tu rewolucję, i natychmiast zaglądam do Internetu w poszukiwaniu odpowiedniego zwiastuna. Gdzie indziej ktoś mi mówi, że w tej całej naszej muzycznej mizerii pokazał się artysta, który nie dość że rzuca na kolana, to rzuca tak, że nigdy byśmy nie uwierzyli, że to jest produkt krajowy, a ja sobie myślę: „Cholera, a nuż to faktycznie tak jest?” Innym razem ukazuje się książka zupełnie nieznanego dotychczas autora i ktoś mi ją zachwala, sugerując, że oto właśnie nam się objawił literacki geniusz, a ja natychmiast pędzę do księgarni, biorę to do ręki, zaczynam czytać… i już na pierwszej stronie płonę ze wstydu.
Wczoraj, proszę sobie wyobrazić, przeglądałem sobie zeszłotygodniowy jeszcze magazyn „W Sieci”, tam wpadam na relację autorstwa niejakiego Arka Lercha z najnowszej płyty artystki o estradowym pseudonimie Rita Pax, a w niej takie słowa:
Rita Pax nie celebruje premiery swojego drugiego krążka ‘Old Transport Wonders’, skupiając się na wyjściu do słuchacza, koncertach i pilnowaniu całego biznesu. – W dniu premiery sprawdziłam, czy płyta jest obecna na iTunes i poszłam spać – komentuje Paulina Przybysz. Może spać spokojnie, bo to właśnie Rita Pax jest dzisiaj przyszłością i teraźniejszością polskiej muzyki popularnej”.
Dalej Lerch opisuje nędzę współczesnego popu, gdzie dobry smak „zostaje zastąpiony przez słupki sprzedaży dużych wytwórni, a dyktat kultury przesytu nie pozwala na delektowanie się dźwiękiem, sprowadzając go do tła, najlepiej coraz mniej inwazyjnego. Dlatego jedyna nadzieja w mariażu popu z alternatywą, bo to połączenie daje szansę na przetrwanie najwyższych wartości, o jakich zazwyczaj mówimy, myśląc o sztuce”.
I tu pojawia się najnowszy album owej Pauliny Przybysz i jej artystycznego wcielenia, Rity Pax, oraz omówienie kolejnych piosenek. Czego tam nie ma? „Rozbrajająco przebojowe ‘Too Much’”, „odczytany na nowo gitarowy hałas w ‘Widow’”, szklanka, która stała się „integralną częścią ‘Self Adjusting Bomb’”, „ukłon w stronę Bjork w ekwilibrystycznie rozśpiewanym ‘Bow’”, „filtr z bluesem i zapętlonym transem w piosence tytułowej”. No i wreszcie „wokalny rozmach” w dwóch kolejnych utworach.
No więc zajrzałem do youtuba, owszem, to coś tam jest, wprawdzie, z wyjątkiem owego „na nowo odczytanego gitarowego hałasu”, niekoniecznie w postaci tego, co zdaniem Lercha najlepsze, ale na tyle bogato, by zrozumieć, że mamy kolejną polską odpowiedź na opisywane tu już parokrotnie brytyjskie „sessions”, tyle że tym razem na poziomie tak bezczelnie niskim, że dotychczas chyba nawet w Polsce niespotykanym. Zanim pokażę, o co mi chodzi, wcześniej może jeszcze jeden cytat, tym razem już z samej Pauliny Przybysz:
Proces komponowania był taki, że siedziałam przy organach Rhodesa, piłam herbatę i w spokoju tworzyłam. Dopiero potem aranżowaliśmy razem z chłopakami z zespołu. Ten luz powoduje, że często wpada się na różne fajne pomysły”.
A teraz klik i trzymajmy się foteli:





Wczoraj mieliśmy tu refleksje na temat tego, czego nam Andrzej Duda załatwić nie jest w stanie, a czego ja akurat bym pragnął tak, jak, nie przymierzając, Kukiz JOW-ów, Braun niedzielnych wypraw na strzelnicę Jego Królewskiej Mości, a Bronisław Komorowski „towarzyszki życia i psa” na bezludnej wyspie. I przedstawiłem pisarza Witkowskiego wraz z moim marzeniem, by on wraz ze swoim pedalstwem zniknął mi z oczu raz na zawsze. Następnie posłuchałem tej Rity Pax, obejrzałem powyższy clip, przeczytałem jak ona opisuje swój proces twórczy i z przerażeniem zrozumiałem, że gdyby to tylko chodziło o Witkowskiego, to może jakoś dalibyśmy sobie radę. Z Przybysz i z najwyraźniej nadchodzącą falą polskiej alternatywy pod tytułem „Postcard Sessions” nie mamy szans, zwłaszcza gdy się okaże, że taka Kinga Duda tego słucha ze łzami w oczach.

Ja wiem, że dla osób postronnych może to zabrzmieć mocno nieładnie, ale fakty są nieubłagalne. Tak naprawdę dziś wszystko co prawdziwie wartościowe zebrało się w księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl. A jeśli ktoś mieszka w Warszawie i okolicach, zapraszam na Stadion Narodowy, gdzie w sobotę i w niedzielę na stoisku Kliniki Języka będę podpisywał swoje książki.

Komentarze

  1. Słabe to to ;) Ciekawa sprawa, chyba się starzeję (stuknęło mi niedawno 43) bo o nowych "tryndach" dowiaduje się z Pana bloga. Moja córka jeszcze za młoda, a na moje półce tylko The Jam, Buzzcocks, The Specials i jakieś stare Joy Division. Chyba trzeba się szykować do trumny ;)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Czy Rafał Trzaskowski zaprosi Miley Cyrus na uroczyste otwarcie nowej oczyszczalni ścieków?

"Für Deutschland", czyli o metodzie skutecznego uprawiania polityki

A więc Trump, czyli białe Święta?