sobota, 15 grudnia 2012

Co kombinują Maksio Paterek i jego koledzy?

Powodów, dla których dotychczas pary nawet nie puściłem publicznie na temat Maksia Paterka jest kilka. Najpoważniejszy z nich to ten, że ów gest musi stworzyć dość krępującą sytuację dla pani Toyahowej, a ja nie mam żadnego interesu w tym, by ją w jakikolwiek sposób krępować. Jest też tak, że ignorowanie Paterka to podstawa naszej wspólnej polityki od trzydziestu niemal lat. I nie chodzi nawet o nic bardzo praktycznego. Paterek po prostu reprezentuje rodzaj obłąkania tak kosmiczny, że każdy normalny człowiek stara się zamykać na fakt jego istnienia oczy, uszy i oczywiście jak najbardziej umysł. Ot tak, z szacunku dla wewnętrznego i zewnętrznego ładu. Owa determinacja, by go nie zauważać była wręcz tak silna, że zarówno ja jak i pani Toyahowa postanowiliśmy nawet nie zgłaszać Paterka na policję, jako człowieka, który nas zwyczajnie molestuje.
No, niestety, trochę przez to, że postanowiłem napisać tę książkę o całej słodyczy lat, które już bezpowrotnie minęły, a ja je tak bardzo mocno pamiętam, a trochę też z tego powodu, że Paterek się ostatnio bardzo uaktywnił w naszej blogosferze, i to uaktywnił głównie w odniesieniu do naszej rodziny, wszystko wskazuje na to, że dopóki mu się nie da choćby symbolicznie po głowie, to się nie uspokoi, pomyślałem, że się już go zwyczajnie dłużej w zamknięciu trzymać nie da. A skoro tak, to trzeba opowiedzieć o jednym z najpiękniejszych zdarzeń w naszym wspólnym moim i pani Toyahowej, życiu, a więc dniu, kiedy się poznaliśmy. I tym samym, choć na moment wyciągnąć Paterka z jego Mordoru. I liczyć, że on przynajmniej doceni ów gest w postaci zachowania przeze mnie jego nazwiska w mojej dyskrecji. Jeszcze tego brakuje bym mu odstraszył klientów. Ekonomia wciąż przede wszystkim.
A było tak, że mieliśmy rok 1982, zimę może jeszcze, a może już wiosnę – tego niestety już nie pamiętam – kiedy nasz kolega Maksio Paterek przyprowadził na uczelnię pewną dziewiętnastolatkę, swoją tak zwaną dziewczynę i nam ją wszystkim ze słuszną dumą przedstawił. Jak ona wyglądała, jakie zrobiła na mnie wrażenie i co dokładnie stało się w kolejnych miesiącach, myślę, że bardzo ładnie opisałem w książce, która powinna się ukazać jeszcze w tym roku. Tu wystarczy tylko powiedzieć, że ja od tego dnia już nigdy nie umiałem myśleć o żadnej innej dziewczynie czy kobiecie. Minęły więc te miesiące, ona dostała się na anglistykę, zaczął się nowy rok akademicki, i chyba nie minęły nawet tygodnie, jak ona i ja zaprzyjaźniliśmy się tak, że Paterek zwyczajnie przestał istnieć.
Rzecz jednak w tym, że on przestał istnieć wyłącznie pozornie. Od momentu jak ona powiedziała mu, że ma już go dość, on uznał, że to się nie dzieje i rozpoczął wieloletnie starania o to, by to jego przekonanie się urealniło. Na czym one polegały? W wymiarze podstawowym na tym, że przez kolejne lata, dosłownie dzień w dzień słał jej najpierw listy, a potem już tylko drobnym maczkiem zapisane kartki, z początku bezpośrednio tłumaczące jej, że jej nowy związek to oczywisty grzech i zdrada, i naciskające na zmianę decyzji, a dalej już głównie na zupełnie neutralne tematy, że ot, spadł śnieg, lub a może byśmy pojechali w góry.
Nie wiem, ile mamy tych listów. Całe ich tony. I to wyłącznie dzięki mojej determinacji. Ja do niego napisałem może dwa razy na samym początku, tłumacząc w stylu, który jak sądzę udało mi się zachować do dziś, że powinien przestać się tak zachowywać, bo tego, co on wyprawia, żaden normalny człowiek nigdy nie zrozumie. Efekt był taki, że Paterek zaczął się do mnie zwracać na pan. Jak idzie o panią Toyahową, ona nigdy nie chciała owych listów nawet dotykać, a czym dłużej to trwało, to i nawet o nich myśleć. Raz jeden mu odpisała, za moją namową zresztą, kiedy on zaczął swoim zmartwieniem fatygować rodziców pani Toyahowej, znajomych i najbliższą rodzinę. Napisała mu, że jej się tak jak jest bardzo podoba i że gdyby nie jego zachowanie, byłaby jeszcze szczęśliwsza, i że ona go bardzo prosi, by przestał. Na to Paterek natychmiast odpisał, że on z przykrością stwierdza, że ona nic nie rozumie, i to mu tylko każe z jeszcze większą determinacją walczyć o to, by ją wyrwać z rąk zła.
Mijały lata. Paterek pisał coraz rzadziej, i ostatecznie się zamknął. Odezwał się jeszcze przy okazji naszego ślubu, pisząc jak to on Toyahowej współczuje z powodu tego, co straciła, i znów zamilkł. Nie wiem, co się z nim działo przez lata. Wspólni znajomi coś tam opowiadali, że się ożenił, czy może rozwiódł… nie będę nic mówił, bo autentycznie nie pamiętam, co się tam działo.
I oto nagle, jakoś tak parę lat temu Paterek, dziś już człowiek, jak by nie było, pięćdziesięcioparoletni, zaczął pisać znowu, tym razem jednak nie na nasz adres domowy, ale do szkoły, w której Toyahowa pracuje. Ponieważ pierwsza koperta była niepodpisana, ona ją otworzyła, zobaczyła, od kogo i przyniosła do domu. Ja ten list chętnie przeczytałem, jednak bez jakiś szczególnych wrażeń. Zwykła paplanina o tym, że idzie jesień i w górach jest pięknie. Kolejnych – bo oczywiście były kolejne – już jednak ani nie otwierała, ani nie przynosiła do domu, tylko zwyczajnie wyrzucała. Owa druga fala listów jakoś tak się zbiegła z moim kandydowaniem do Sejmu. Ponieważ gdzieś w Sieci zorganizowano jakąś wyborczą konkurencję i oprócz głosowania, ruszyła też fala komentarzy, Paterek zrobił się tam bardzo aktywny, tłumacząc, że ja jestem bardzo złym człowiekiem, który przez laty okrutnie go skrzywdził, więc żeby na mnie nie głosować.
Kiedy wróciłem na Salon24, on natychmiast pojawił się na moim blogu i już normalnie, jako Z Mordoru, zaczął pisać bardzo osobiste komentarze, dbając tylko o jedno – by nikt nie wiedział, że poszło zaledwie o szkolne uczucie osiemnastolatki do starszego od niej trochę studenta anglistyki. Później wszystkie te swoje komentarze wyrzucił, natomiast zaczął do mnie słać maile, w których komentował kolejne teksty na moim blogu. Bardzo cholera krytycznie, szczególnie jak idzie o ich wymiar moralny.
Jak się sprawy mają dziś? On oczywiście wciąż od czasu do czasu coś mi przysyła na maila, z tego co czasem słyszę, idą też jakieś listy do szkoły. Najciekawiej jest jednak na blogach. Otóż, jak niektórzy wiedzą, pewien bloger podpisujący się Pantryjota, uruchomił na swoim blogu akcję gnojenia mnie i Coryllusa. Jak owo gnojenie wygląda? Właściwie, jeśli się nad tym zastanowić, ogranicza się ono do rzucania tylko hasła: „Goryllus i Golonka” i prowokowania w ten sposób dyskusji, gdzie już faktycznie dochodzi do prawdziwej rzezi z udziałem grupy pod przewodnictwem kolegi Sowińca i właśnie Paterka. Ponieważ tak się jakoś stało, że uczestnicy tego procederu dowiedzieli się, że ja i Paterek mamy jakieś swoje zaszłości, Paterek, jako oczywiście bloger Z Mordoru, wciąż tam wrzuca jakieś zwiewne aluzje o tym, że on mi kiedyś zaufał, a ja się okazałem człowiekiem złym i występnym. Co konkretnie? O tym oczywiście ani słowa. Paterek nie chce się grzebać w starych śmieciach. Natomiast uczestnicy tego szczególnego forum swoje wiedzą. W końcu PRL dał nam wiele okazji do tego, by pokazać prawdziwe oblicze, prawda?
Powiem szczerze, że pisząc ten tekst, po raz pierwszy jestem zadowolony, że pani Toyahowa ma w nosie to moje pisanie i nie wie, co się właśnie dzieje, bo mogłaby mi zabronić. A ja czuje, że to muszę napisać. Raz, zwyczajnie, żeby opowiedzieć coś, co uważam za warte opowiedzenia. A więc – standard. Jest jednak jeszcze coś. Ja za cholerę nie wiem, co Paterkowi strzeli do głowy w przyszłości. Z tego co widzę, on planuje się ograniczać do gadania. I mam nadzieję, że tak zostanie. Natomiast chciałbym żeby on też wiedział, że opcja poinformowania o tym co on robi policji jest wciąż rozważana. Szczególnie, że paru moich znajomych już mi powiedziała, że jeśli ja tego nie zrobię, to oni zrobią to za mnie. A więc może się zdarzyć, że do Paterka któregoś dnia przyjdzie paru umundurowanych panów i zaczną od komputera. A później, kto ich tam wie? Więc to jest wiadomość dla niego.
Mam jednak też coś dla Pantryjoty, Sowińca i całej reszty tego towarzystwa. Jeśli stanie się tak, że Paterkowi jednak coś głupiego strzeli do głowy i ów strzał stanie się sprawą publiczną – oni też będą mieli kłopot. Nie żeby jakiś szczególnie duży. Ot, taki sobie. Na miarę procedur. Naprawdę nie sądzę, żeby było warto.
No i już prawie na koniec jeszcze tak zwane przesłanie do Czytelnika. Dziwne miejsce ten Internet, prawda. Zupełnie jak na tym dowcipie z New Yorkera z dwoma psami siedzącymi przy komputerze. Myślę, że warto o tym zawsze pamiętać. I nie dać się nabrać pod żadnym pozorem.

No i na sam już najprawdziwszy koniec, coś jeszcze. Coś, co ich z jakiegoś powodu zawsze doprowadza do szału. Oni mi mogą darować wszystko, ale nie to. Proszę o wspieranie tego bloga tak jak dotychczas. Jestem za tę pamięć nieskończenie wdzięczny i zapewniam, że staję na głowie, żeby to się wreszcie mogło skończyć. Dziękuję.

8 komentarzy:

  1. Już mi się żal zrobiło tego z Mordoru, że mu Pan dziewczynę odbił, a on przez lata nie może o niej zapomnieć:)

    Ale jak czytam, że Z Mordoru jest kolegą Pana Trrr wiśta wio, i jeszcze kawalera Sowińca, to ten żal przechodzi. Chyba, że on do nich trafił, by się na Panu trochę zemścić? :)

    OdpowiedzUsuń
  2. @Kazimierz Mrówka
    Zemsta jak cholera. Zacząć na mnie mówić "Golonka".

    OdpowiedzUsuń
  3. Widać, że ci "prawdziwi" mężczyźni tylko tyle potrafią:)

    Może oni wszyscy mają jakieś problemy z kobietami? :)

    OdpowiedzUsuń
  4. @Kazimierz Mrówka
    Nie znam się na prawdziwych mężczyznach. Na prawdziwych kobietach zresztą też nie bardzo.
    Inna sprawa, że ja bym tego tematu nie poruszał. Jeszcze wyjdą jakieś kompleksy i będzie z tego kłopot.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jednak jest to wyjątkowy fenomen: przez tyle lat facet nie daje Wam spokoju, zwłaszcza Pana żonie.

    Z Mordoru przypominał mi trochę Alexa od Tessy, przez swą nadwrażliwość.

    OdpowiedzUsuń
  6. To ci historia.
    Był (jest chyba) taki Gere van der Graaf i Agnetha Fältskog.
    Gościu jako dziecko się zakochał w facetce z ABBY.
    Ale jemu się udało po części.

    OdpowiedzUsuń
  7. Kiedyś prowadziłeś rozważania o tym jaki procent świrów jest w sieci. No to masz przykład klasyczny wręcz, w dodatku znasz człowieka.
    Ja bym zrozumiał zachowanie takiego człowieka przez powiedzmy rok czasu, ale trzydzieści lat to jednak gruba przesada. Psychol wręcz przykładowy.
    Twoi znajomi mają rację - paragraf o stalkingu i do prokuratury z nim.

    OdpowiedzUsuń
  8. @Toyah
    W zewnętrznym świecie ludzie uciekają przed kimś z psychozą, ale w internecie obłąkaniec nigdy nie jest samotny. Ci dwaj tylko czekali, żeby jakiś Paterek przywabił ich ze swojego Mordoru i wciągnął. Coś mi się zdaje, że już po nich.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.