środa, 16 maja 2012

Kupa nie śmierdzi

Ponieważ Elementarz jest w tej chwili właściwie jedyną moją rzeczywistością, chciałem najpierw przeprosić za to, że nie mam siły napisać nic nowego, spoza tematu – to znaczy, napisać coś mógłbym, tyle że nie na tyle poważnego, żeby móc przy tym zachować czyste sumienie – a poza tym poprosić o przyjęcie tych paru dodatkowych uwag. Otóż książka się sprzedaje. Będzie drukowana, jak mnie zapewniają, lada chwila, natomiast już pojawiły się zamówienia na kilkadziesiąt sztuk.
Poza oczywistą satysfakcją, pojawiły się też jednak zmartwienia. Przede wszystkim, tym razem całość pieniędzy uzyskanych ze wstępnej sprzedaży musi pójść na pokrycie długu, jaki zaciągnąłem na druk książki. Tym razem, nikt nie już był taki szczodry, jak człowiek, który mi pomógł przy Liściu, i uprzejmie poinformował, że może poczekać.. I niestety słusznie. Z pieniędzmi bowiem, jak wiemy, żartów nie ma. A więc jeszcze przez jakiś czas będę musiał gryźć ziemię. Dodatkowo, ponieważ rozliczenia są robione w przedziale miesięcznym, najbliższe dwa tygodnie, to będzie prawdziwy horror.
W związku z powyższym, wciąż bardzo proszę każdego, kto jest w możliwościach, o stałe i bezpośrednie wspieranie tego bloga. Inaczej nie damy rady. Jeszcze nie dziś. Dziękuję.
Druga sprawa związana jest z poprzednią notką, w której ogłosiłem zamknięcie tego swojego książkowego projektu. Jak wiemy, napisałem parę słów komentarza, zaprezentowałem piękną – prawda, że piękną? – okładkę i zacytowałem jeden króciutki fragment z Elementarza. Tu akurat wszystko przebiegło na spokojnie, natomiast w Salonie24 doszło do bardzo ciężkiej awantury, która swoją skalą mnie najpierw przytłoczyła, a później kompletnie psychicznie rozbiła. O co poszło? Otóż o anegdotę z małym dzieckiem pytającym księdza, czy zrobił kupę. Okazało się, że wrażliwość części z czytelników jest tak wielka, że na dźwięk słowa kupa oni akurat reagują ciężkim omdleniem. Mniej więcej tak jak ten młody ojciec, któremu żona mówi, by zmienił dziecku pieluchę, a on się pyta: „Co? Żebym się porzygał?” No i odpowiedzialność za to została podarowana mi i mojemu chamstwu.
Historia tego dziecka i tych słów: „Co tak siedzisz i nic nie mówisz? Kupę zrobiłeś?” jest w naszym domu kultowa od wielu już bardzo lat. Znamy ją wszyscy, przypominamy ją sobie i pozwalamy, by jej niezwykła głębia inspirowała nasze gesty i słowa. Mówiąc bardzo krótko, chodzi o to, że – jak być może każdy, kto miał okazję zajmować się maleńkim dzieckiem, wie – dla dziecka, które jeszcze musi chodzić z założoną pieluszką, a z drugiej strony już czuje pewien tu obowiązek, pytanie „Co tak siedzisz i nic nie mówisz? Kupę zrobiłeś?” jest pytaniem wręcz rytualnym. No bo weźmy takiego kilkunastomiesięcznego chłopczyka, który nagle zorientował się, że zrobił kupę, a wie, że to jest trochę nie w porządku. Siedzi więc , nomen omen, skupiony na tej kupie, milczy i czeka, co dalej. Oczywiście, jest ten moment zawstydzenia, ale wiadomo też, że za chwilę przyjdzie mama lub tata, i wszystko na czysto załatwią. Tyle że najpierw będą musiały paść te słowa: „Co tak siedzisz i nic nie mówisz? Kupę zrobiłeś?”
Dlaczego historia opowiedziana mi kiedyś przez mojego kolegę, a w moim Elementarzu powtórzona przeze mnie z myślą o tych wszystkich, którzy lubią sobie podumać na poziomie bardziej zaawansowanym, jest moim zdaniem tak fantastyczna? Otóż uważam że kontakt, jaki nawiązał się między tym dzieckiem, a siedzącym tak strasznie samotnie w tym konfesjonale księdzem jest wręcz kosmiczny. Moim zdaniem, nie ma większej solidarności w cierpieniu niż solidarność zademonstrowana w ten właśnie sposób przez to dziecko. Moim zdaniem, ów chłopczyk, zanurzony w tej ciszy pustego kościoła, stojąc przed tym konfesjonałem i przed tym milczącym i tak smutno bezczynnym księdzem, chciał, na ten swój kompletnie dla nas nie do pojęcia sposób, pokazać mu, że jest z nim. Że go rozumie, że chce go wesprzeć. I wsparł go tak jak go zawsze wspierali jego rodzice, a więc absolutnie najpiękniej – pytaniem: „Co tak siedzisz i nic nie mówisz? Kupę zrobiłeś?” Jak przyjaciel przyjaciela.
Czemu, ktoś teraz spyta, przypomniałem tę historię w związku z tym moim, okropnie bezcelowym już chyba, użalaniem się nad bezczynnością polskiego Kościoła wobec tego, co źli ludzie wobec Niego planują? Z dwóch powodów. Przede wszystkim, co zaznaczyłem na samym początku owej notki, nie chciałem już więcej pod adresem księży i biskupów kierować jednego, marnego słowa. I dlatego, że, jak mówię, uważam to trochę za bezcelowe, a po drugie, przez to, że ja naprawdę im nieustannie zawdzięczam znacznie więcej, niż potrafię dać. A mimo to wiedziałem też, że nie mogę w tej książce się nie wyżalić. A więc wyżaliłem się. Właśnie przez tę przypowieść o dziecku ofiarującym księdzu swoją solidarność.
Drugi powód jest taki, właśnie już w prostym związku z tą solidarnością, że wydało mi się, że dziś, kiedy ten nasz Kościół często jest tak okropnie przytłoczony, tak straszliwie zawstydzony swoją potęgą, a jednocześnie tak nieprzyjemnie pełen wyrzutów sumienia, porównywanie go do tego dziecka, które z jednej strony wie, że zrobiło źle, a z drugiej nie bardzo nawet wie, dlaczego i jak mogło się zachować inaczej, i już tylko tak siedzi „i nic nie mówi” – będzie porównaniem idealnym.
I oto nastąpiła reakcja, której się nie spodziewałem. Otóż została tylko ta kupa. Kał. Smród. Gówno. But w psim gównie. A więc coś, co jeden z komentatorów nazwał Freudem. Człowiek słyszy słowo kupa, i odruchowo patrzy, czy przypadkiem w coś nie wdepnął. Rozmawiałem o tym wszystkim z Don Paddingtonem i on mi powiedział dwie bardzo ciekawe rzeczy. Pierwsza to taka, że kiedy jest się księdzem, to takie historie nie robią większego wrażenia, bo każdy z nich zna dziesiątki lepszych. Druga natomiast związana była z refleksją bardziej ogólną. Chodzi mianowicie o to, że przez ostatnie lata, straciliśmy to co było zawsze najcenniejsze – umiejętność spokojnego, realnego odbierania rzeczywistości. Kiedyś to potrafiliśmy robić świetnie; dziś tkwimy już tylko w nieustannym zaplątaniu, patrząc tylko, co nam zaraz spadnie na głowę. I to jest bardzo niedobre.
A ja już tylko do tego mogę dodać jedno. To nie kupa śmierdzi. To śmierdzą nasze dusze. I nie ma co zaglądać pod buty. Tam nie znajdziemy tego czego szukamy.
Proszę więc kupować Elementarz. Tam jest wszystko czego możemy potrzebować. A przy okazji, proszę nie zapominać o tym blogu. Dziękuję.

22 komentarze:

  1. @Toyah
    pozwolisz, że moim komentarzem będzie fragment notki, którą zamieściłem wczoraj równolegle na NE i s24, będącej celową manipulacją słów ŁŁ zamieszczonych w komentarzu Coryllusa anonsującej Twoją nową książkę (wyszło strasznie skomplikowane zdanie - inteligentni zrozumieją a nie inteligentni niech przeczytają z pięć razy):

    "...Muszę Ci się przyznać, że sam nie mam czasu na czytanie książek.
    Książkę Toyah'a (tę "O siedmiokilogramowym liściu i inne historie") kupiłem hurtem jak tylko się ukazała razem ze wszystkimi książkami Coryllusa).
    I... postawiłem a raczej położyłem na kupce pozostałych "książek do pilnego przeczytania".
    I tak czekały, czekały - ciągle mi brakowało czasu - a kupka rosła i rosła
    .
    I wreszcie w ostatni długi weekend zabrałem ze sobą dwie: Toyah'a:"Liść" i Coryllusa "Baśń...".
    I przeczytałem od dechy do dechy.
    Mimo, że prawie wszystko to co tam się znajduje już czytałem na blogach obu Panów, to czytałem to zupełnie na nowo.
    Bez dawkowania i konieczności oczekiwania kolejny dzień na następny, nowy post, bez możliwości komentowania i bez komentarzy innych....
    Zupełnie inna jakość - tylko ja i te historie.
    Pełna głębia...

    I o to chodzi.

    Dlatego ważne jest abyśmy potrafili oderwać się od tych wszystkich bieżących spraw i znaleźli czas na lekturę i na zadumę. Nawet gdy lektura na przemian rozrywa lub goi nasze serca... ."

    Tyle fragment notki.

    OdpowiedzUsuń
  2. Witaj Toyahu

    prawie po dwóch miesiącach jestem z powrotem u Ciebie.
    Działo się dużo, lecz na szczęście wszystko dochodzi do pomyślnego końca.
    Jeszcze wczoraj paskudni szkoccy Protestanci (wyczuli Katolika dranie) chcieli mnie utopić przy okazji idiotyzmu, który nazywa się HUET (Helicopter underwater escape training). Skąd oni biorą te podwodne helikoptery?

    Więc, jak się wszystko powoli stabilizuje, to pora poczytać Toyaha (i odnowić współpracę).
    Do tego fantastyczna wiadomość, że jest nowa książka, którą oczywiście zaraz chcę posiadać.
    Napisz mi Toyahu, jak ją szybko zdobyć z pominięciem Coryllusa, który albo jest chamem, albo roztrzęsionym neurotykiem (sorry, bo to Twój przyjaciel).
    Pomyśl co i jak (proszę o dedykacje) i już jutro kupuję i Liścia i Elementarz, a i u Dyletantów coś byśmy poczytali.
    Może mailem odpowiesz?

    Serdeczności

    OdpowiedzUsuń
  3. @Toyah
    Świetny tekst i niemniej świetny tytuł! Ja bynajmniej nie obruszyłem się formą tekstu o Kościele, jedynie wydał mi się trochę zbyt lakoniczny (zwłaszcza w porównaniu z moim ogromnym żalem do hierarchii, z którym nie wiem, co zrobić). Z dzisiejszym tekstem wszystko jest dla mnie dużo bardziej jasne.

    Dopiero po przeczytaniu całego wpisu przypomniałem sobie własne obserwacje - małemu dziecku kupa nie śmierdzi (!), choć z pewnością ma ono dużo bardziej wyostrzone zmysły niż dorośli. Po prostu nie kwalifikuje tego zapachu jako smród. Mogłoby równie dobrze urodzić się 10 tys. lat temu w śmierdzącej chatce z chrumkającymi obok legowiska świnkami i żyć tam szczęśliwe. A my jako dorośli wchodzimy w kierat życia i poddajemy się schematom. Nie powinniśmy się jednak dać tym schematom tak fatalnie zdominować jak komentatorzy z S24.

    OdpowiedzUsuń
  4. @Raven59
    Zdanie jest ok. Już prawie uchwyciłem jego sens, ale w tym samym ułamku sekundy zdekoncentrowało mnie to zastrzeżenie w nawiasie, no i musiałem przeczytać jeszcze raz powoli. Tak że w moim przypadku inteligencja średnia - przeczytane dwa razy. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. @Filozof Grecki
    Z Twoją inteligencją jest bardzo dobrze - tylko dwa razy !
    Ja czytałem je 5 razy aby zrozumieć czy dobrze napisałem... ;)

    Ale ja po prostu jestem mało inteligentny.

    OdpowiedzUsuń
  6. @Toyah

    Ja ostatnio naprawdę mam mało czasu i na salon nie zaglądalem wcale. No ale po przeczytaniu powyższej notki zajrzeć musiałem. No to jest porażające. Ja wiem, ze to musi byc cholernie przykre byc tak nie rozumianym nawet przez ludzi życzliwych. Może ja tu jestem uprzywilejowany bo mam trzyletniego syna, który zreszta dość późno oswoił się z nocnikiem. Jednak jestem zdruzgotany po lekturze tamtych komentarzy. Może ich autorzy nie maja dzieci?

    Swoją droga tekst ten przecież mógłby byc pięknym przyczynikiem do dyskusji o kondycji Kościoła w Polsce po 1989 r. Do problemu lustracji wśród duchownych. Do rozmowy o tej smutnej polaryzacji postaw Episkopatu w kwestii Radia Maryja. Opowieść o tym dziecku jest znakomitą metaforą obecnej kondycji Kościoła. Znakomitą! Czyż nie opowiada nam ona o braku duchownych na Krakowskim Przedmieściu dwa lata temu?

    Czasem obawiam się, ze w tych komentarzach co je tu zostawiam jestem zbyt patetyczny by nie powiedzieć napuszony. Jednak po lekturze tych z Salonu pozwolę sobie stwierdzić nieskromnie, że jestem, pardon my French, luzak i spoko kolo.

    Toyahu, życzę by to "kilkadziesiąt" zmieniło się wkrótce w kilka tysięcy. Ja z mojej skromnej strony prześle linka do paru kolegów.

    Uklony!

    OdpowiedzUsuń
  7. Ps. Komentarzy nie można edytowac, więc napisze tylko, ze ten brak duchownych przy Krzyżu dwa lata temu to tylko przykład. Istotny - ale przykład czyli case. A w tekście Toyaha mamy gotowy wniosek z ew. case study.

    OdpowiedzUsuń
  8. @filozof grecki
    Oczywiście że małemu dziecku kupa nie śmierdzi. Małe dzieci wszystko wiedzą znacznie lepiej. Gdyby byli tak elokwentni jak my, to bym nam wszystko wytłumaczyły.

    OdpowiedzUsuń
  9. @Kozik
    To JEST porażające. Powiem Ci szczerze, że nawet nie bardzo potrafiłem zasnąć.

    OdpowiedzUsuń
  10. Tego odporu wobec tzw. kupy to ja w ogóle nie rozumiem. Nie kojarzę żadnego racjonalnego sensu dla odbioru innego, niż najprostszy. Tylko on ma bowiem cechy anegdoty.

    Nie bardzo wiem, jak ocenić cel i temperaturę dyskusji, która odbyła się na S24.

    Jakiś czas temu, na Dzikim Zachodzie, funkcjonowali szczególnego rodzaju poszukiwacze chwały. Taki chciał przejść do historii, czy raczej do gadki snutej po saloonach, jako np.: ten, który zastrzelił X-a.

    Coraz marniejsze te Herostratesy.

    OdpowiedzUsuń
  11. @orjan
    Wyobrażasz sobie, że tam wśród nich znalazł się też nasz kolega Kazef? Tragedia.

    OdpowiedzUsuń
  12. @toyah
    Pisze Pan i pisze o tym Kościele i nie widzi na horyzoncie żadnego wyjścia z impasu w jakim się znajduje. Wcale się Panu nie dziwię. Perspektywy marne.
    Mam dla Pana propozycję; kiedyś, dawno temu, już o tym Panu pisałem; proszę w niedzielę wyskoczyć na Mszę do Bytomia. Jest tam taki mały kościółek Św. Ducha, w którym o 9:00 jest odprawiana Msza Święta. Jeżeli to za wcześnie to proszę pojechać do Gliwic na 17:00 do kościoła Trojcy Świętej (parafii X. Isakowicza Zalewskiego). Po prostu proszę przyjść i wysłuchać Mszy. I będzie Pan już wiedział. Wszystko.
    Pieniądze na bilet do Bytomia już poszły z tydzień temu.
    Karol z Białegostoku

    OdpowiedzUsuń
  13. @Toyah
    Wiesz co? Ja mam wrażenie, że ludzie ostatnio bardzo szybko cofają się w rozwoju jak ten człowiek co urodził się staruszkiem i umarł jako embrion.

    OdpowiedzUsuń
  14. @amersand
    Ja nie muszę jechać ani do Gliwic ani do Bytomia, żeby pójść do kościoła. Mam swój pod samym nosem. Poza tym, w co może ciężko Panu uwierzyć, mnie kościół nie jest potrzebny do tego, by było fajnie w czasie mszy. Fajne mszę mnie tylko rozpraszają.
    Tak więc proszę wybaczyć, ale pieniądze które Pan mi wysłał, przeznaczyłem na dalszy, fantastyczny rozwój mojego banku. Cholera! A oni wciąż dzwonią.

    OdpowiedzUsuń
  15. @toyah

    Ja się powstrzymuję od krytyki tych postaw anty-kupowych, bo jest w nich jakiś element obronny. On mi się wydaje tego rodzaju, jak odczucia w ślepej uliczce: nieco paniki, nieco rozglądania się i nieco poczucia krzywdy.

    Tam się w dyskusji przejawia pewien opór, że tak nie można, bo to są niestosowności. Ale na zderzeniu dziecięcej niestosowności opisu polega ta anegdota z jej siłą komiczną.
    To dorośli mogą się zastanowić, czy rzeczywiście, w pewnych miejscach Kościoła nie nastąpił jakiś taki "przysiad" połączony z nerwowym zakłopotaniem, że coś jest nie tak.

    Tutaj następuje kłopot innego rodzaju, bo w tym co tu piszę, kościelne postulaty palikocie i lewickie/ackie mam w miejscu pochodzenia tego, co ów chłopczyk miał na myśli.

    Mnie tu interesuje poczucie porzucenia odczuwane przez wiernych wobec potrzebnych im spraw, że tak powiem, pozaewangelicznych. Polega to na tym, że Kościół zawsze stawał po stronie Narodu i był dla niego ucieczką.

    Teraz istnieje i coraz bardziej ujawnia się rozdźwięk między Narodem a władzą, a są hierarchowie, którzy jakoś tak dziwnie przysiedli.

    To minie, bo moim zdaniem jest to tylko przemijający efekt oczekiwania na przywódcę (pasterza?) także między biskupami. Takiego, który wypełni próżnię przywództwa narodowego.

    Tymczasem publiczny lans dotyczy akurat tych, którzy do przywództwa nie nadają się. Przynajmniej tak sądzi wielu i są tym zakłopotani, bo jakże to tak: kapłana krytykować? Zdrada jakaś.

    Kazef chyba tak wystąpił i w takich pobudkach miejsca na krytykę nie ma.

    OdpowiedzUsuń
  16. @Marylka
    I są nagle jak te dzieci, co siedzą i nic nie mówią?

    OdpowiedzUsuń
  17. @Marylka
    Mówić? Miejmy nadzieję.

    OdpowiedzUsuń
  18. @toyah

    Mam wrażenie, że ten odpór wobec tzw. „kupy” bierze się poniekąd właśnie z przejmującego poczucia siedzenia na niej, względnie wdepnięcia w nią. Gdyby nie to poczucie, to odpór pewnie nie nastąpiłby. Ot, pomyśleliby niektórzy: toyah się wygłupił. Kwestia opinii.

    Cała komiczna siła anegdoty zaczepiona jest o majestat księdza w ceremonialnej gotowości do istotnej posługi. Siła polega na zderzeniu siedzącego majestatu z dziecięcym odbiorem pojęciowym. Ale odbiór ten zawiera także dziecięce odkrycie wspólnoty: w tych krępacjach nie jestem sam. Tu dochodzi do zderzenia absurdalności odkrycia z dziecięcą szczerością tego chłopiny, wręcz nasyconą tym, co w świecie dorosłych nazwalibyśmy empatią.

    W sumie, tzw. „obrazy boskiej” w tej anegdocie nie jest więcej, niż – powiedzmy – w humorze zeszytów. No to dlaczego pojawiła się ta obraza na blogu?

    Otóż chyba chodzi właśnie o instynkt poczucia wspólnoty i konieczność obrony tego poczucia. Porządni ludzie coraz wyraźniej odczuwają ostatnio potrzebę osłaniania Kościoła w każdym znaczeniu osłony. Im samym jest źle, robi się coraz gorzej i narasta u nich poczucie beznadziei. Są to odczucia należące do kategorii osamotnienia, czy wręcz bycia odrzuconym.

    Jak już bywało, w braku państwa, lub przy otwartej niegodziwości państwa, zawsze następowała koncentracja ludu przy Kościele, a on przygarniał. Dzięki temu przetrwał Naród, zaś za komuny, dzięki temu zaczęło się wreszcie wyłaniać to, co Norwid rozumiał pod pojęciem społeczeństwa. Jest powiedzenie: jak trwoga to do Boga. Zaryzykuję jego polskie rozwinięcie: gdy źle, to do Kościoła. To jest polska strategia obronna.

    Dawniej (zabory i komuna) upragnionym celem było własne państwo. I oto, gdy już jest, to dziś najwyraźniej staje po stronie sił zwalczających właśnie Naród i walczących ze społeczeństwem. Przy tym, najwyraźniej w imię cudzej, a często obcej prywaty i dla cudzych, często zboczonych pretensji.

    Tak więc, czy to się może jednym biskupom podoba, a innym może nie podoba, znowu Kościół staje się w pojęciu Polaków ostatnim szańcem, zaś Ewangelia rękojmią przetrwania Narodu, społeczeństwa i ich kultury; już nie mówiąc o przetrwaniu Człowieka zamiast jakiegoś humanoida.

    Chyba właśnie dlatego coraz intensywniej pojawia się szczególny, w najlepszym znaczeniu, fundamentalizm ochrony majestatu Kościoła a także poszerza się sprzeciw wobec umyślnego rugowania Kościoła z przestrzeni publicznej, np. medialnej. Wydaje mi się, że właśnie gdzieś w tym zakresie należy szukać motywacji „oburzonych na kupę”. Jakoś jestem przekonany, że nasz kolega Kazef właśnie w tym umieścił swój "odpór".

    Ale wyraźnie i powszechnie odczuwa się też - nazwijmy to oględnie - siedzenie w zakłopotaniu, bo właściwie jaka jest wobec tego wszystkiego postawa biskupów? Nie ma wśród nich przywódcy wg żadnej miary, a chciałoby się tu miary Prymasa Wyszyńskiego. Nie ma wśród nich nawet wspólnej wizji, jak się zmierzyć z tymi, w końcu świeckimi, potrzebami.

    Bez wątpienia biskupi wiedzą, że nie może tak dłużej być, aby ktokolwiek mógł kiedykolwiek podpinać się pod nie tylko proboszcza, ale nawet pod biskupa dopasowanego do swoich bieżących świeckich życzeń.

    Doszło nawet do pożałowania godnej i nienależycie odpartej próby politycznego zawłaszczenia tego bałaganu w Kościele. Bo czymże innym było wypromowanie tzw. kościoła łagiewnickiego? A czymże innym jest, gdy byle kmiot medialny dobiera sobie hierarchę, według tego, co chciałby usłyszeć, aby następnie po chamsku, od siebie zinterpretować i przekazać ludziom, niczym z ambony?

    To jest bałagan, w którym potrzebny jest jednolity i stanowczy głos biskupów obejmujący troską także społeczeństwo, państwo i Naród.

    Potrzebne jest przywództwo. Chcą, czy nie chcą, wszyscy kapłani siedzą na kupie w tym sensie, że bezwzględnie nabrzmiewa oczekiwanie na ich zdecydowane i jednolite non possumus! Od losu Polaków i tak się nie uwolnią, ani nie odetną. To niemożliwe wobec potrzeby trwania Kościoła.

    OdpowiedzUsuń
  19. @Toyah
    Nie, będą właśnie siedzieć i nic nie mówić. Tak będzie dla nich i dla nas lepiej. Może zaczną słuchać i coś rozumieć, zanim osiągną stan niemowlęcej mądrości.

    OdpowiedzUsuń
  20. @Toyah
    Ja wcale nie napisałem, ze będzie fajnie. Kościół to nie dyskoteka ani szynk, żeby miało być fajnie. NIE CHODZI O TO. Chce Pan zrozumieć, to proszę jechać.

    OdpowiedzUsuń
  21. @Toyah
    Ja wcale nie napisałem, ze będzie fajnie. Kościół to nie dyskoteka ani szynk, żeby miało być fajnie. NIE CHODZI O TO. Chce Pan zrozumieć, to proszę jechać.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.