wtorek, 22 maja 2012

Don Paddington: Przedmowa

Jak mnie informują źródła zaprzyjaźnione, Elementarz jest już w druku, i do końca tygodnia będzie gotowy. Przez ten czas jeszcze cena jednego egzemplarza w księgarni Coryllusa – i tylko tam – będzie wynosiła 20 żłotych plus przesyłka, a więc naprawdę niewiele. Od przyszłego tygodnia wszystko co już zostało kupione będzie sukcesywnie wysyłane, natomiast rzeczywista cena książki wzrośnie do 30 żłotych plus przesyłka. Daję słowo – ta książeczka to naprawdę coś specjalnego. Nie bujam.
Słowo wstępne zgodził się napisać nasz Ksiądz, Don Paddington, który też był pierwszym jej czytelnikiem. Trochę przez swoją wrodzoną próżność, trochę na zachętę, ale też po to, byśmy już teraz – i to niezależnie od celu, w jakim on w ogóle powstał – mogli poczytać sobie ten niezwykle interesujący tekst, przedstawiam go tu na blogu. Proszę czytać i się cieszyć każdym słowem.


Żył kiedyś w Polsce człowiek, który się nazywał Józef Zaremba. Dzisiaj jest postacią całkowicie zapomnianą, choć swego czasu był słynnym konfederatem barskim, o którym nawet pieśni układano:

Drewiczowe oczy
Drewiczowe oczy
Już nie będą poglądować,
Skąd Zaremba kroczy.

Ów Zaremba był marszałkiem konfederacji w Wielkopolsce i jako rzetelny żołnierz, porządnie zalazł za skórę wojskom rosyjskim (którymi dowodził wspomniany w piosence, osławiony dla swego okrucieństwa pułkownik Iwan Drewicz), oraz koronnym (pod wodzą wówczas generała, późniejszego hetmana i targowiczanina Franciszka Ksawerego Branickiego). Dzielny ten szlachcic, kochając żarliwie Pana Boga, wolność i Ojczyznę, gotów był w ich obronie krew przelewać, a będąc – w odróżnieniu od choćby Kazimierza Pułaskiego – przeciwnikiem pomysłu detronizacji Stanisława Augusta, do końca miał nadzieję, że król opamięta się i ruską kuratelę odrzuciwszy, do Barskiej Konfederacji przystanie.
Konfederacja, jak wiadomo poniosła klęskę, konfederackie majątki zostały ograbione, sami zaś konfederaci albo uciekli za granicę, albo zostali zesłani na Syberię, albo też – w nadziei zachowania wolności i środków do życia – poprosili króla o przebaczenie. W gronie tych, którzy o łaskę suplikowali, był też Józef Zaremba i część jego ludzi. Gołębiego serca monarcha, do prośby byłego marszałka wdzięcznie się przychylił, przebaczenia nie odmówił, chętnych konfederatów z jego oddziału do służby swojej przyjął, bądź u innych Panów protegował, a samego pana Józefa intratnym starostwem, oraz generalskim patentem uposażył, tudzież w czasie licznych audiencji rękę królewską do ucałowania łaskawie był mu podawał. Był to też czas, kiedy pan Zaremba – zapewne w ramach cywilizowania siebie samego – zdjął kontusz i przywdział frak, zgolił sumiaste wąsy, a podgoloną czuprynę przykrył fikuśną peruką. Minusem całej tej sytuacji było tylko to, że pospólstwo – zwłaszcza pospólstwo warszawskie, dziwnie w owym czasie pro konfederackie – przeklinało Zarembę i nawkładało mu od zdrajców. Oczywiście, od pospólstwa rozsądniejsi, a dużo znaczący stołeczni Panowie, panu Józefowi – jak to ładnie ujął Jędrzej Kitowicz – „winszowali, iż z honorem i ocaleniem partyi swojej, zakończył dzieło niebezpieczne, wkrótce upaść mające.”
Czy Zaremba był zdrajcą? Oczywiście, że nie! On był tylko zmęczonym żołnierzem, który w pewnym momencie dostrzegł, że dłużej nie można „fanatycznie” opowiadać się, za tzw. imponderabiliami, bo po pierwsze nic to nie daje samym imponderabiliom, a po drugie, jest to osobiście groźne dla niego i dla jego rodziny. Można więc domniemywać, że rozsądkiem powodowany, pan Józef powiedział sobie mniej więcej coś takiego: „Pieprzyć to wszystko! Niech tam nawet diabeł rządzi, byleby było dobrze!” – a potem ucałował królewską rękę i obstalował pudrowaną perukę.
Napisany przez Toyaha „Twój pierwszy elementarz”, jest książką traktującą właśnie o tym, co się dzieje z krajem i ludźmi ten kraj zasiedlającymi, gdy na sposób Zaremby myśli już nie jeden człowiek, a nawet tysiąc, czy milion spośród tych ludzi, ale po prostu większość z nich. Uprzedzam, że nie dowiemy się tego z poszczególnych, quasi encyklopedycznych haseł, z których ta książka się składa. Dopiero, kiedy przeczytamy całość poczujemy – właśnie tak: poczujemy, a nie zrozumiemy – że jest coś takiego w glebie i powietrzu co sprawia, że jesteśmy jak oblepieni jakąś wstrętną mazią. Toyah mówi o tej mazi jako o tzw. Systemie, t.j. „plazmie niemożliwej do określenia, opisania, a tym bardziej do dotknięcia”.
Ów System, to efekt, emanacja działania diabła, któremu – powodowani pragnieniem jakiegoś dobra – jak Zaremba pozwoliliśmy i pozwalamy rządzić: bo jesteśmy bezradni, albo leniwi, albo lekkomyślni, albo chciwi, albo...
Oczywiście, sposób rozumienia owego dobra może być różny u różnych ludzi, zawsze jednak sednem tego układu jest to, iż władzę sprawuje TenKtóryNigdyNieOpuszczaPodobnychOkazji. A my jesteśmy nim zauroczeni: bo taki nowoczesny; i sprawny; i pragmatyczny. Owo zauroczenie powoduje, że w pewnym momencie przestajemy mówić o personaliach, bo ważniejsze wydaje się nam rozwiązywanie problemów (zapominając, że nie da się rozwiązać jakiegokolwiek złożonego problemu, w oderwaniu od personaliów), albo wstydzimy się odwołać do wartości uniwersalnych, bo skuteczniejsze i nowocześniejsze wydaje nam się zastosowanie tzw. standardów demokratycznych bądź europejskich. I ciągle się łudzimy (a Toyah owo złudzenie w niniejszej książce skutecznie rozwiewa), że diabeł i jego emanacja nam coś – jakieś dobro – dają, w postaci np.: świętego spokoju, życiowego komfortu, zawodowego, lub towarzyskiego sukcesu, skutecznej organizacji, czy jeszcze skuteczniejszych procedur. Tak naprawdę, System może nam tylko zabrać, a za to, co nam się wydaje, że nam dał i tak trzeba będzie drogo zapłacić.
A propos zapłaty: Józef Zaremba, korzystając – dzięki królewskiej łasce – ze spokojnego i dostatniego życia, zapragnął któregoś dnia zażyć kąpieli. A tak się akurat złożyło, że stolarz z jego majątku w Rozprzy, znając upodobania swego pana, wykonał dla niego będącą wówczas w wyższych sferach swego rodzaju przebojem, specjalną wannę, służącą do tzw. kąpieli termicznych. Pan Józef rozradowany, że jest tak bardzo cool, nie zwlekając, kazał sobie w tym olśniewającym wynalazku tęże termiczną przyjemność przygotować. Niestety, albo wanna owa miała jakąś konstrukcyjną wadę, albo – co bardziej prawdopodobne – nieumiejętnie się z nią obchodzono, dość, że pan Zaremba poparzył się w tej kąpieli do tego stopnia, że nawet księdza dobrodzieja z sakramentami nie doczekał i zmarł w wielkich mękach.
Był to Rok Pański 1774. Jak donosi nieoceniony Jędrzej Kitowicz, król Stanisław August dowiedziawszy się o śmierci Zaremby żałował go bardzo i miał powiedzieć co następuje: „O Boże! Jak niedościgły jesteś w wyrokach swoich; jak wiele masz rodzajów śmierci dla człowieka!”
Co zrobił król wypowiedziawszy powyższe poruszające zdanie? Wszystko wskazuje na to, że poszedł podziwiać wdzięki jednej ze swych licznych metres – słowem: nie przejął się zbytnio.
Książka Toyaha jest zaś świadectwem wielkiego przejęcia i równie wielkiego pragnienia, byśmy wiedzieli, przeciwko czemu należy występować i byśmy za nasze błędy nie musieli zbyt drogo płacić.

I tyle. Jeszcze raz zachęcam. No i proszę nie zapominać o samym blogu, bo jeśli mam być szczery, ta inwestycja mnie zrujnowała. Mam nadzieję, że się odkuję, jednak póki co, jest ciężko. Dziękuję wszystkim.

7 komentarzy:

  1. Piękna ta przedmowa.
    Książka zakupiona właśnie przed chwilą.
    Dla mieszkających w UK podam info iż koszt wysyłki to 15.30 PLN.
    Coryllusie, nie daj długo czekać na listonosza!

    OdpowiedzUsuń
  2. @Toyah
    Za taką przedmowę niejeden by sprzedał duszę.

    OdpowiedzUsuń
  3. @Rafael3D
    Dziękuję. Z tego co wiem, będą wysyłana w przyszłym tygodniu.

    OdpowiedzUsuń
  4. @Marylka
    Z całą pewnością. Wystarczyłaby za całą książkę. Dlatego nas tak nie znoszą.

    OdpowiedzUsuń
  5. @Toyah
    Mam przeczucie, że Ksiądz coś niedługo wyda.

    OdpowiedzUsuń
  6. @Marylka
    A my sobie wtedy to kupimy.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ostatnio specjalizuję się w ilustrowaniu tutejszych felietonów. Tak więc pomyślałem, że i do tej pięknej przedmowy nie zawadzi ilustracja "updatowana" w dzisiejsze czasy.

    No więc mamy dzisiaj taki news:

    http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Ekspert-Antoniego-Macierewicza-ws-Smolenska-mozliwe-ze-zrobilem-blad,wid,14510217,wiadomosc.html

    Idzie o to, że czujny palant z wp.pl w owym tytule kozacko przyszpilił prof. Biniendę na skrusze. W tekście okazuje się, iż twórczo wypreparował wypowiedź profesora wzywającą do otwartości dyskusji: – Możliwe, że oni (inni eksperci - przyp. red,) zrobili błąd, możliwe, że ja zrobiłem błąd –

    To mi natychmiast przypomniało rekord świata w tego rodzaju chamówie, który uznaję w następującym zdarzeniu:

    Pewien mój znajomy podczas przesłuchania został zapytany przez inspektora Urzędu Kontroli Skarbowej (cytuję z protokołu): skąd pewność, że usługę to pan wykonał?

    Znajomy żachnął się i do protokołu odparł: A niby, kto wykonał? Krasnoludki?

    Cytat z decyzji wymiarowej podatku:
    Podatnik zaprzeczył własnemu wykonaniu usługi. Zeznał, iż usługę wykonały (cyt.) "Krasnoludki"


    Ma się rozumieć, w granicach prawa do swobodnej oceny dowodów ustalenie to zostało podtrzymane przez Dyrektora Izby Skarbowej w X.

    Następnie zostało zaaprobowane przez 3 sędziów zawodowych WSA w X

    Następnie 3 sędziów zawodowych NSA w W-wie zechciało oddalić kasację, iż prawidłowe są ustalenia dowodowe przeczące wykonaniu usługi przez podatnika.

    Trzeba naprawdę uważać, co się mówi do tego szemranego elementu.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.