niedziela, 6 maja 2012

Żydokomuna, czyli jak zrobić geszeft na Polakach

Otrzymałem ostatnio prezent od pewnego kolegi. Książkę. Książka jest gruba i przez to, że ma wyraźną czerwoną okładkę i duży czarny tytuł, rzuca się w oczy. Tak się składa, że u nas w domu książek jest bardzo dużo. Tak się składa, że właściwie w każdym pokoju, choćby i w kuchni, są półki, a na tych półkach leży pełno książek. Książki się przez te półki przelewają, i nie ma już dla nich miejsca, a więc one leżą na stole, na biurku, na pianinie, na szafie, na komodzie, czasem na podłodze – wszędzie. Czasem się zastanawiam, po ciężką cholerę myśmy tyle tego nazbierali i odpowiedzi nie znajduję. Fakt pozostaje faktem. Te książki nas zalewają.
No i teraz, na domiar złego, dostałem właśnie ten prezent. Ową grubą, czerwoną książkę, z wielkim czarnym tytułem i teraz, wśród wszystkich innych książek, leży i ona, i czeka aż znajdziemy też dla niej miejsce. Leży sobie albo na stole, albo na stoliku, albo na komodzie, i ile razy ktoś przychodzi na wizytę, ona mu natychmiast wpada w oko – bo, jak mówię, jest gruba, no i ma tę wielką, czerwono-czarną okładkę – i reakcja jest zawsze jedna: uniesione brwi, ironiczny uśmiech, i dyskretna zmiana tematu. O co chodzi? Oczywiście nie o te kolory, lecz o ów wielki czarny tytuł: „Żydokomuna”.
Moja reakcja jest również zawsze taka sama, a więc wzruszenie ramion i krótka informacja: „Śpiewak. Paweł Śpiewak”. I wtedy – niemal zawsze – każdy z naszych inteligentnych znajomych bierze książkę w ręce ponownie, zagląda raz jeszcze – tym razem uważniej – na okładkę, i z mądrą miną zaczyna przerzucać kartki. Bo tym razem już sprawa jest czysta. To nie jest jakieś toruńskie gówno. To sam Paweł Śpiewak. Człowiek z samego Krakowa. I to nie z tamtego Krakowa, ale z Krakowa tego.
Przeczytałem tę książkę, i już wiem, dlaczego Paweł Śpiewak ją napisał. Otóż on ją napisał prawdopodobnie w podwójnym celu. Pierwszy, bardzo ważny, żeby poinformować wszystkich zainteresowanych, że z jego naukowych badań wynika, że czegoś takiego, jak żydokomuna w ogóle nigdy w Polsce nie było. I to wcale nie najbardziej dlatego, że u nas nie było Żydów, lub że Żydzi nie wstępowali zbyt chętnie w szeregi partii komunistycznej, ani też nawet nie dlatego, że to nie Żydzi właśnie tworzyli trzon kierownictwa komunistycznego aparatu bezpieczeństwa. Ależ nie. To akurat jakoś się tam potwierdziło, natomiast zdaniem Śpiewaka nie mamy prawa mówić o żydokomunie, bo każdy Żyd, który zostawał się komunistą, natychmiast wyrzekał się swojego żydostwa. A więc, jeśli działo się coś złego, to nie przez Żydów, lecz przez zwykłych tępych komunistów, którzy Żydami być nie chcieli.
To powód pierwszy, dla którego Śpiewak wydał tę książkę. Ważny, jednak, jak sądzę, nie najważniejszy. A zatem nim się nie będę w ogóle tu zajmował. Zwłaszcza że się na tym kompletnie nie znam, a myślę również, że z pewnością lepiej będzie, jak na ten temat Śpiewak porozmawia sobie z Michnikiem. Mogą nawet tę debatę przeprowadzić w wielkim basenie z kisielem. Znacznie ważniejsza wydaje się w tym wypadku bowiem chęć, by tę „Żydokomunę” sprzedać i coś tam na niej zarobić. A zatem, powody są, jak zwykle, bardzo podstawowe i naturalne, natomiast jak idzie o egzotykę, ona jest już drugorzędna. Czy ja mam do Śpiewaka pretensje, że on myśli o pieniądzach? Ależ w życiu! Ja sam, na przykład, ostatnio zwłaszcza, o pieniądzach myślę nieustannie, a więc wszystko świetnie rozumiem. A więc pretensji nie mam. Dlaczego jednak myślę, że Śpiewak ostatnio bardzo potrzebuje podreperować swoją sytuację finansową? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, muszę wrócić do okładki.
Oto przed mną duża czerwona okładka, wielki gruby napis „Żydokomuna” i gdzieś w kącie, maleńkimi literkami napisane nazwisko autora. Moim zdaniem, ten rodzaj wystawy jest wręcz rewolucyjny. Podejrzewam, że zgadzając się na to, by jego książka – przypominam, poświęcona udowadnianiu, że coś takiego jak żydokomuna to głupi mit – miała taki tytuł i taką okładkę, Paweł Śpiewak otworzył bardzo szeroko drzwi do czegoś całkowicie nowego. Mam bowiem bardzo silne podejrzenie, że już niedługo, taki Dawid Warszawski na przykład wyda książkę pod tytułem „Pod żydowskim butem”, Seweryn Blumsztajn coś, co zatytułuje „Pejsy unurzane w polskiej krwi”, a Lejb Fogelman wspomnienia zatytułowane sprytnie i po prostu „Żydowskie zbrodnie”. Wydadzą ci państwo te swoje ksiązki, wystawią je w księgarniach w całej Polsce, a jak ktoś będzie na tyle nieprzytomny, by za nie zapłacić żywą gotówką, przeczyta sobie, że to tylko taka ironia, bo tak naprawdę najgorsi byli Polacy.
Za Żydami pójdą oczywiście komuniści z przejściowymi kłopotami finansowymi, i taki Leszek Miller dajmy na to napisze coś pod tytułem „PRL - czas zbrodni i pogardy”, a Czesław Kiszczak wyda wywiad rzekę i nada jej tytuł „Zabijałem w imię czerwonej gwiazdy”.
I kiedy oni wszyscy się wreszcie odkują, otrzepią swoje spracowane dłonie i otworzą flaszkę za zdrowie tego głupiego Polactwa, na które, jak się okazuje, zawsze można było liczyć.

Jak wiemy, moja poprzednia książka nie była zatytułowana „Lizanie cipki”. Przygotowuję kolejną, i ona też będzie zatytułowana w sposób bardziej adekwatny. Czy to mi da jakieś pieniądze? Mam nadzieję, że tak. Bo jeśli nie – to po mnie. Póki co, proszę o wsparcie. Każde, a ja obiecuję, że pozostanę uczciwy do końca. Dziękuję.


16 komentarzy:

  1. @Toyah

    Poczucie humoru, którym wykazuje się pan Śpiewak, zostało skutecznie przećwiczone wiele lat temu przez pana Zenona Kosidowskiego. W czasach, gdy Biblia była w Polsce drukowana w śladowych ilościach (bo papier był reglamentowany, a ideologicznie Książka ta budziła poważne wątpliwości), w księgarniach stosunkowo łatwo można było nabyć wydawane w dużych nakładach „Opowieści biblijne” i „Opowieści ewangelistów”, które pan Zenon był napisał. Pamiętam, że moje pobożne ciocie, wiedząc o moich równie pobożnych zainteresowaniach, nie czytając z tych książek nic poza tytułem, sprezentowały mi je uważając, że treść tych książek - jako porządny skrót nieosiągalnego Pisma Świętego - służyć będzie dobru mojej duszy. Przeczytałem te książki i mimo tej lektury zostałem księdzem, a tym samym nie mogę z jakąś wielką pewnością twierdzić, że ciocie się pomyliły. Mam jednak pewność, że pan Kosidowski (jako rzetelny, przekonany i wojujący ateista) nie pisał tych książek po to, by podtrzymać w ludzkich duszach to, co dobre. Tak czy inaczej jest faktem, że „Opowieści” pana Kosidowskiego cieszyły się wśród dobrych katolików zauważalną popularnością, choć nie można wykluczyć, że nie tyle były czytane, co raczej stawiane na półkach jako świadectwo pobożności (obok albumów dotyczących Jana Pawła II, albo Matki Teresy). Odnoszę zresztą takie wrażenie, że właśnie na książkach, które dobrze wyglądają na półce, mają dobry tytuł i mogą uchodzić za coś, czym nie są, robi się od zawsze najlepszy geszeft. A najwspanialsze w całym tym interesie jest to, że wcale nie potrzeba tych książek czytać.

    OdpowiedzUsuń
  2. @Don Paddington
    To ja mam na to zabawną historię z książki, którą własnie przygotowuję. Dawno dawno temu, właśnie w czasach Kosidowskiego, Pewien mój bardzo pobożny i zaangażowany kolega ożenił się i wspólnie z żoną zamieszkali we własnym mieszkaniu. Poszedłem do nich na wizytę i, tak jak to się zwykle dzieje, zacząłem przeglądać półkę książkami. Nagle patrzę, a tu Kosidowski. Mówię więc do niego: "Popatrz, masz tu Kosidowskiego". On to wziął w ręką spojrzał uważnie i zwrócił się do swojej żony: "Majeczko! Jak mogłaś!" I wyrzucił Kosidowskiego z 12 piętra na świętą ziemię.

    OdpowiedzUsuń
  3. @Toyah

    A Majeczka cóż na to? Mogła się zdenerwować, jeśli tę książkę sprezentowała jej jakaś pobożna ciocia (albo - nie daj Boże - wujek ksiądz)...

    OdpowiedzUsuń
  4. @Don Paddington
    Majeczka zachowała się z godnością. Nawet nie pisnęła. Ale ona zawsze była okey.

    OdpowiedzUsuń
  5. @Don Padington&Toyah
    Ja tej książce wiele zawdzięczam. Przeczytałam ją w wieku lat 14 i nie tylko nie zostałam ateistką, ale sięgnęłam do Źródła i już od niego nie odeszłam. Myślę, że wiele książek pisanych w złej intencji działa odwrotnie.

    OdpowiedzUsuń
  6. @toyah
    Ostatnio na wyprzedaży w Empiku widziałem Kosidowskiego - ładne wydanie - po 9.99 zł.
    Ciekawe kiedy trafi tam Śpiewak ze swoją "Żydokomuną" ?

    OdpowiedzUsuń
  7. @Marylka
    Udało Ci się. Ja akurat Kosidowskiego nie czytałem. W ogóle mało czytałem. Jak miałem 14 lat, to głównie Ożogowską i Domagalika. Też mi nie zaszkodziło. Pewnie, podobnie jak Ty, skupiałem się na innej zupełnie przestrzeni.

    OdpowiedzUsuń
  8. @Don Paddington @toyah

    Ze mną było identycznie jak z Marylką (pozdrowienia!). Opowieści przeczytałem jakoś w jednym ciągu za Parandowskim, Ceramem. W każdym razie, w tym samym, młodzieżowym cyklu. Potem Graves, itd.

    Z Kosidowskiego wyciągnąłem wniosek, że to wszystko jest materialna prawda tak samo pewna i udowodniona jak piramidy. Nie wiem, czy akurat o to mu chodziło, ale u mnie akurat to mu wyszło. Dlatego nie mam do niego szczególniejszych pretensji osobistych.

    Ten efekt w jakiś sposób ciągle trwa u mnie i skutkuje moim wzruszaniem ramion, gdy ktoś kwestionuje np. całun turyński. Zaraz mi się przypomina, jak to nikt nie wierzył np. Schliemann'owi.

    Wiara bowiem nie bierze się z niczego. Nawet Chaos był początkiem czegoś.

    OdpowiedzUsuń
  9. @Toyah
    Wiesz, zainteresował mnie ten Śpiewak. Czy on napisał również o tych, co wrócili do swego żydowstwa? I kim teraz są?

    OdpowiedzUsuń
  10. @ All

    Podejrzewam, że mało kto, po lekturze ksiażek Kosidowskiego, zostawał ateistą. One raczej były wydawane z tą myślą, by tym, którzy uważają się za ateistów, dać do ręki argumenty na rzecz ich bezbożnictwa. Pobożnym ludziom Kosidowski szkodził w niewielkim stopniu, ponieważ albo go nie czytali, albo nie byli wrażliwi na jad przewrotności jego książek.
    Myślę, że dzieło pana Śpiewaka zafunkcjonuje dokładnie w ten sam sposób.

    OdpowiedzUsuń
  11. @Marylka
    Nie dam głowy, ale chyba nie wspominał. W ogóle mam wrażenie, że o Żydach jest tam niewiele. Zajmował się głównie Ruskimi, Polakami i komunistami.

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja z tzw. żydokomuną zetknąłem się w literaturze po raz pierwszy czytając "Jesteśmy.Rozstania '68" Teresy Torańskiej. To naprawdę ciekawa rzecz, choć nie jestem pewien, czy autorka zamierzyła ten demaskatorski efekt. Ale kto ją tam wie? To środowisko jest niejednokrotnie fajnie przewrotne.

    OdpowiedzUsuń
  13. @zawiślak
    To prawda. Od nich naprawdę można się dużo dowiedzieć.

    OdpowiedzUsuń
  14. @Don Paddington

    Zaszkodzi, nie zaszkodzi, ale ja Śpiewaka i tak nie przeczytam. Im jestem starszy, tym bardziej szkoda mi czasu na czytanie byle kogo-czego.

    To również kwestia szacunku do siebie samego. Mimowolnie (w ramach jakiejś dyskusji) posłuchałem go w TV - nu i chwatit'.

    Kosidowski był przynajmniej solidnie wykształcony.

    OdpowiedzUsuń
  15. @orjan

    Nic dodać, nic ująć.

    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.