niedziela, 3 października 2010

Gramy w życie

Pamiętam jak parę miesięcy temu zadzwonił do mnie bank, w którym niefortunnie mam uruchomiony kredyt, i jakaś wypuszczona na front przez tych przedsiębiorczych ludzi biedaczka, zaproponowała mi, żebym za sto złotych miesięcznie skorzystał z ich pośrednictwa w dostępie do bezkolejkowej i jak najbardziej bezpłatnej służby zdrowia. Ponieważ zarówno ja, jak i moja żona, przy wspomnianym dostępie do, również jak najbardziej, bezpłatnej opieki zdrowotnej korzystamy od wielu już lat z obowiązkowego – i przy okazji znacznie bardziej kosztownego niż sto złotych na rodzinę – pośrednictwa tzw. ZUS-u, nie planowałem bez sensu zwiększać rodzinnych wydatków, rozmowa była krótka i sprowadzała się niemal wyłącznie do uprzejmego nieprzerywania miłej pani. Mimo to, zdążyłem się jeszcze dowiedzieć, że cała ta oferta nie ma najmniejszego sensu, bo ja i tak bym nie pasował do koncepcji banku. Choćby ze względu na fakt, że mamy aż troje dzieci, a oni całą operację zaplanowali na rodziny maksymalnie czteroosobowe.
Jak mówię, sprawa dodatkowego ubezpieczania zdrowia i życia w prywatnych bankach interesowała mnie w stopniu minimalnym, mimo to jednak przez jakiś czas, ten niezwykły telefon chodził mi po głowie. No bo proszę pomyśleć. Polskie państwo, wręcz z cywilizacyjnie gwarantowanej zasady, zapewnia każdemu obywatelowi wcześniej opłacony w formie składek dostęp do powszechnie dostępnej ochrony zdrowia. Jedyne czego w ramach tego narodowego porozumienia ono od nas wymaga, to tego, byśmy my – jeśli tylko mamy możliwość – pracowali, a ono już się zajmie resztą. I oto od pewnego czasu widzimy, jak najbardziej przejrzyście, że jedyne co z tej umowy dziś nam pozostało, to nasza praca, wspomniane składki i system, który bardzo skrupulatnie egzekwuje owych składek spływalność. Wprawdzie z jakiegoś powodu, jak dotychczas nie widzimy wokół siebie porzuconych, umierających na ulicach ludzi, i oczywiście wszędzie jest całe mnóstwo aptek, gdzie – jeśli nas tylko na to stać – możemy sobie kupić niemal dowolne lekarstwo, które przynajmniej teoretycznie może nas wyleczyć, niemniej każdy w miarę rozgarnięty obywatel wie, że to jest już niemal wszystko, co nam dziś pozostało i na co możemy jako tako liczyć.
Wspomniałem o aptekach. Oczywiście sens ich istnienia jest jak najbardziej oczywisty z wielu powodów. Przede wszystkim chodzi o to, żeby mógł się rozwijać przemysł farmaceutyczny i żeby dzięki temu wielu ludzi miało dobrą i dobrze płatną pracę. Niektórzy twierdzą, że może jeszcze chodzić o to, że gdyby nie było aptek, ludzie których boli głowa, nie mogą spać po nocach, lub cierpią na dolegliwości trawienne, nie mieliby co z sobą zrobić. Na to jednak pada argument, że ponieważ tak naprawdę wcale nie ma pewności, co w tych tabletkach jest, bez nich wcale nie musiałoby być gorzej niż jest teraz. Tak czy inaczej, przyglądając się sytuacji, nie sposób nie podejrzewać, że ostatni, w miarę dobrze funkcjonujący, bastion bezpłatnej służby zdrowia, czyli tzw. lekarz pierwszego kontaktu, jest skutecznie przez państwo chroniony właśnie ze względu na konieczność zapewnienia płynnego funkcjonowania aptek, a przez to dalszego rozwoju światowego przemysłu farmaceutycznego. Z punktu widzenia Systemu on jest jedynym po stronie tak zwanej służby zdrowia elementem, w który wciąż warto inwestować.
Takie to myśli chodziły mi po głowie w związku ze wspomnianą bankową ofertą, a jednocześnie niemal co tydzień wydawaliśmy kolejne pieniądze czy to na jakieś witaminy, czy to na dentystę dla nas, lub dla któregoś z naszych trojga dzieci, czy znów na badanie akcji serca dla naszej córki, na różnorakie badania dla naszych pozostałych dzieci, czy wreszcie na kolejną kontrolę mojego osobistego już serca u mojego kardiologa. I oto niedawno w telewizorze pojawiła się nowa reklama. Reklam niezwykła, bo znacznie dłuższa od innych, a jednocześnie maksymalnie prosta. Na ekranie widzimy tylko jedną panią, która opowiada nam mniej więcej o tym samym, o czym ja pisałem wyżej, tyle że innymi – znacznie bardziej łagodnymi – słowami, i informuje mnie, że jeśli na podany numer wyślę esemesa z jednym tylko słowem SZPITAL, to wtedy ona do mnie oddzwoni i przedstawi mi instrukcję, co mam dokładnie zrobić, żebym, jak będę potrzebował ratować swoje lub swojej rodziny życie i zdrowie, mógł skorzystać ze szpitalnej opieki. Piszę „dokładnie”, bo co mam zrobić „mniej więcej”, to już wynika już z samej reklamy. Mam tej pani płacić złotówkę dziennie, a wtedy ona, jeśli się poważnie pochoruję, da mi tysiąc złotych na to, bym sobie kupił łóżko w szpitalu, a później codziennie kolejne tysiąc na to, żeby mnie stamtąd nie wywalili na twarz. Czy jakoś tak. Niezwykłe jest to, że ona właściwie powiedziała to najbardziej jednoznacznie. Że obecnie, jeśli coś mi się stanie, jedyne co mi pozostanie to iść się pomodlić to kościoła. Szpitale są już pozamykane, klucze wyrzucone do ścieku, a obsługa poszła na ryby.
Powiem szczerze, że reklama ta zrobiła na mnie jeszcze bardziej przejmujące wrażenie niż tamten telefon z banku. Z jakiegoś powodu, może przez to, że ona nie miała charakteru zamkniętego – a więc sympatycznej rozmowy ucho w ucho – lecz wkroczyła w domenę jak najbardziej publiczną, przypomniała mi konkurs, jaki któryś z operatorów komórkowych organizuje dla nas regularnie od pewnego czasu. Polega on na tym, że ludzie mają wysyłać esemesy po pięć złotych za sztukę, a kiedy już ich wyślą odpowiednio dużo, czyli za jakieś 200 tys. zł., to dostaną zupełnie za darmo czarną limuzynę marki BMW. Oglądałem więc tę panią, pod nią migający czterocyfrowy numer, nad numerem napis SZPITAL, i myślałem sobie, że następnym etapem będzie prawdopodobnie esemesowa zabawa dla wszystkich Polaków właśnie pod tytułem SZPITAL, lub ZDROWIE, a może po prostu ŻYCIE, i zamiast grać o samochody, każdy z nas będzie mógł sobie zagrać o bezpłatnego dentystę, chirurga, onkologa, albo podręczny zestaw leków na ukojenie nerwów, lub nie przerywany koszmarami sen. W perspektywie może się nawet pojawić nagroda w postaci darmowego wyjazdu do Holandii na równie darmowy zabieg eutanazji.
Oczywiście mam na myśli konkursy całkowicie dobrowolne. Kto nie ma ochoty, będzie mógł nie grać. Na razie. Niewykluczone że już niedługo minister Boni przedstawi nowy program pod tytułem na przykład „Rozwój 2045”. Gdzie ZUS wreszcie zostanie zlikwidowany, banki nie będą musiały się już dzielić z państwem najmniejszym procentem, natomiast każdy obywatel w ramach programu „SMS dla każdego” zostanie objęty obowiązkowym ubezpieczeniem na życie i zdrowie, następnie otrzyma specjalny, napędzany słoneczną energią breloczek, i będzie raz na miesiąc grał . I wtedy to właśnie gra stanie się ustawowym obowiązkiem.
Na koniec pragnę przypomnieć pewien może nie wszystkim jeszcze uświadomiony fakt. W listopadzie mamy w Kraju wybory samorządowe. Jeśli ktoś myśli, że ta informacja nie ma nic wspólnego z treścią powyższego artykułu, jest w bardzo poważnym błędzie. To jest mniej więcej informacja tak samo ważna i w temacie, jak choćby ta, że rząd premier Tuska postanowił uderzyć w przemysł dopalaczowy. Z pełną mocą, determinacją i takie tam.


Powyższy tekst ukazał się wcześniej w Warszawskiej Gazecie

21 komentarzy:

  1. @toyah

    Co tu tak cicho?...

    A propos gry w życie mam następujące wspomnienie:
    Lata 90-te ubiegłego wieku, były m.in. czasem intensywnej akcji reklamowej promującej margarynę. Akcja ta opierała się na następującym przesłaniu: jeśli chcesz mieć serce jak dzwon (slogan reklamowy z Pyrkoszem i ś.p. Bilewskim w rolach głównych), to zrezygnuj z masła, a zdecyduj się na margarynę. Masło w tych reklamach nawet z nazwy się nie pojawiało, ale dla wszystkich było jasne, że skoro jego spożycie zwiększa poziom cholesterolu, a spożycie margaryny poziomu tegoż nie zwiększa a nawet obniża, to wybór między tłuszczem zwierzęcym a roślinnym jest oczywisty.
    W kilku spotach reklamowych pojawili się też zacni profesorowie, którzy z wysokości swego naukowego autorytetu potwierdzali: margaryna jest zdrowsza od masła.

    Twierdzenie owych profesorów bardzo zaciekawiło mojego profesora, wspominanego już kiedyś przeze mnie ś.p. ks. Ludwika Wciórkę. Bardzo lubił wyciągać z otaczającej nas rzeczywistości rozmaite smaczki, które stawały się potem dla niego pretekstem do bardzo ogólnych i ponadczasowych rozważań. Otóż teza wspomnianych wyżej naukowych autorytetów o wyższości margaryny nad masłem, zainspirowała ks. Wciórkę do przeprowadzenia prywatnego śledztwa, którego wyniki były oczywiste: jeśli mówimy, że margaryna jest mniej szkodliwa od masła w – nazwijmy to tak – aspekcie sercowym, to dla równowagi trzeba też wspomnieć o tym, że ta sama margaryna jest od masła bardziej szkodliwa w aspekcie rakotwórczym.
    Efekty śledztwa ks. profesora stały się dlań okazją do snucia naprawdę fascynujących rozważań semantycznych, dotyczących takich pojęć jak „zdrowszy”, „bardziej szkodliwy”, czy „profesorska uczciwość”.

    Na zakończenie tej intelektualnej uczty zadałem przyziemne w swej treści, wręcz naiwne pytanie: „To w takim razie, który wybór jest bardziej racjonalny: masło czy margaryna?”
    Ksiądz profesor zamyślił się, a w końcu po dłuższej chwili milczenia z uśmiechem odpowiedział: „Obawiam się, że racjonalność nie ma tu nic do rzeczy. W tej grze istotne jest tylko to, czy chcesz umrzeć na serce, czy na raka. Osobiście wolę na serce. Ale czy to jest bardziej racjonalne? Nie mam pojęcia. Możemy natomiast powiedzieć, że racjonalnie postępuje ten, kto na śmierć się przygotowuje i umiera w łasce Bożej.”

    OdpowiedzUsuń
  2. Co tu tak cicho?...

    A propos gry o życie mam następujące wspomnienie: cz.1

    Lata 90-te ubiegłego wieku, były m.in. czasem intensywnej akcji reklamowej promującej margarynę. Akcja ta opierała się na następującym przesłaniu: jeśli chcesz mieć serce jak dzwon (slogan reklamowy z Pyrkoszem i ś.p. Bilewskim w rolach głównych), to zrezygnuj z masła, a zdecyduj się na margarynę. Masło w tych reklamach nawet z nazwy się nie pojawiało, ale dla wszystkich było jasne, że skoro jego spożycie zwiększa poziom cholesterolu, a spożycie margaryny poziomu tegoż nie zwiększa a nawet obniża, to wybór między tłuszczem zwierzęcym a roślinnym jest oczywisty.
    W kilku spotach reklamowych pojawili się też zacni profesorowie, którzy z wysokości swego naukowego autorytetu potwierdzali: margaryna jest zdrowsza od masła.

    OdpowiedzUsuń
  3. cz.2

    Twierdzenie owych profesorów bardzo zaciekawiło mojego profesora, wspominanego już kiedyś przeze mnie ś.p. ks. Ludwika Wciórkę. Bardzo lubił wyciągać z otaczającej nas rzeczywistości rozmaite smaczki, które stawały się potem dla niego pretekstem do bardzo ogólnych i ponadczasowych rozważań. Otóż teza wspomnianych wyżej naukowych autorytetów o wyższości margaryny nad masłem, zainspirowała ks. Wciórkę do przeprowadzenia prywatnego śledztwa, którego wyniki były oczywiste: jeśli mówimy, że margaryna jest mniej szkodliwa od masła w – nazwijmy to tak – aspekcie sercowym, to dla równowagi trzeba też wspomnieć o tym, że ta sama margaryna jest od masła bardziej szkodliwa w aspekcie rakotwórczym.
    Efekty śledztwa ks. profesora stały się dlań okazją do snucia naprawdę fascynujących rozważań semantycznych, dotyczących takich pojęć jak „zdrowszy”, „bardziej szkodliwy”, czy „profesorska uczciwość”.

    Na zakończenie tej intelektualnej uczty zadałem przyziemne w swej treści, wręcz naiwne pytanie: „To w takim razie, który wybór jest bardziej racjonalny: masło czy margaryna?”
    Ksiądz profesor zamyślił się, a w końcu po dłuższej chwili milczenia z uśmiechem odpowiedział: „Obawiam się, że racjonalność nie ma tu nic do rzeczy. W tej grze istotne jest tylko to, czy chcesz umrzeć na serce, czy na raka. Osobiście wolę na serce. Ale czy to jest bardziej racjonalne? Nie mam pojęcia. Możemy natomiast powiedzieć, że racjonalnie postępuje ten, kto na śmierć się przygotowuje i umiera w łasce Bożej.”

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzięki za kolejny ważny i miły w czytaniu (forma) tekst.
    Na to nie wpadłam, że w miarę sprawne funkcjonowanie ,,pierwszego kontaktu" jako wyjątku potwierdzającego regułę jest wynikiem lobbowania przez przemysł farmaceutyczny. A ten to temat rzeka. Nie podejmuję się wchodzić

    Pozdr. Wszystkich

    OdpowiedzUsuń
  5. A tematy zastępcze to normalka u Nich. Cóż, z pustego (w strategię rozwoju państwa, szczegółowe koncepcje i rozwiązania a przede wszystkim w dobrą wolę) i Salomon nie naleje...

    OdpowiedzUsuń
  6. @Don Paddington
    @toyah

    Znakomita jest pointa w opowiadaniu Księdza. Prawda wiary przeciw niemocy (i nicości) wyboru.

    Ja chcę jednak zwrócić też uwagę na pierwsze słowa księdza („Co tu tak cicho?...”). Sam tę ciszę od pewnego czasu zauważam jak również zauważam (akurat tu mam nadzieję mylić się) pewne poczucie bezsiły u Toyaha. Chcę przeto przekazać pewną alegorię fabularnie opartą na opowieści zasłyszanej przy ognisku od pewnego mazurskiego żeglarza o tzw. białym szkwale:

    „Widziałem przecież niepokojące znaki na niebie, więc sam niezwłocznie przybiłem do brzegu. Tam stanąłem na 2 kotwicach, cumy, szpringi, itd. W poczuciu, że dla bezpieczeństwa nic więcej zrobić tymczasem nie mogę, popijałem sobie kawkę obserwując jak zapadł przedziwny spokój, taki rodzaj martwoty w przyrodzie. W tej martwocie, nagle coś wywiało na jezioro chyba wszystkie liście z lasu na drugim brzegu. Dopiero po chwili uderzyła siła.”

    Chodzi mi o ten plastycznie opisany moment dziwnej martwoty kończącej się wywianiem tych liści. A może te liście, to nie był koniec, lecz początek?

    Na moje wyczucie, podobnie dziwna martwota zapanowała dziś w stosunkach społecznych, a szczególnie w obszarze publicznej wymiany opinii. Ale pod tą martwotą nie ma bezsiły.

    Kiedy liście?

    OdpowiedzUsuń
  7. KILKA LIŚCI Z MOJEGO PODWÓRKA:

    Babci Weatherwax gra o życie:

    To jest najgorsze w byciu dobrym - dopada cię z każdej strony. [Lord Terry Pratchett, Carpe jugulum,
    s.47]

    Ale problem z tym, że się nie prosi o nic w zamian, polega na tym, że się nic w zamian nie dostaje.(s.54)

    Nagrodą za trud jest większy trud. Jeśli ktoś kopie najlepsze rowy, dają mu większą łopatę. (s.53)

    Naprawdę zawsze starała się patrzeć w stronę światła. Ale im dłużej człowiek wpatruje się w jasność, tym mocniej go wypala, aż wreszcie nadchodzi pokusa, by się odwrócić i zobaczyć jak długi, mocny i ciemny staje się ciągnący z tyłu cień.(s.54)

    - Nie ma szarości, tylko biały, który został ubrudzony. Dziwię się, że o tym nie wiesz. A grzech, młody człowieku, jest wtedy, gdy traktujesz ludzi jak rzeczy. W tym samego siebie. Na tym polega grzech.
    - To jednak bardziej skomplikowane.
    - Ludzie jako rzeczy, od tego wszystko się zaczyna. Kiedy ludzie mówią, ze coś jest bardziej skomplikowane, to znaczy, że się obawiają, że prawda im się nie spodoba. (s.225)

    Wytrwajmy w pokusach - razem może się uda!

    OdpowiedzUsuń
  8. @Toyah
    Napiszę mniej romantycznie, bo właśnie musiałam wrócić do pracy i jestem zbrzydzona. Ludzie zawsze mieli pasożyty i chyba bez pasożytów trudno im żyć. Dlatego pożerają wciskane im produkty farmaceutyczne i pewnie z tego samego powodu głosują a to na SLD, a to na PO. Telewizja zaś to taki otępiający soliter cieplutko usadowiony w kiszkach. Co jakiś czas trzeba jednak z siebie wszystko toto wyczochrać, wyiskać i wiadomo co jeszcze. Chyba rzeczywiście, jak tu wróżą przyjaciele, mamy martwą ciszę przed tą ostatnią fazą. Nawet wszechwiedni warszawscy taksówkarze mówią, że coś się w ludziach przełamuje.

    OdpowiedzUsuń
  9. @all

    Wiec najpier o tym ze cicho. Rzeczywiscie cicho, ciszej. Moge mowic o sobie. Ja od 4-5 lat codziennie rano i po poludniu sluchalem w aucie TOK FM. Z powodow takich, z jakich Wieszcz ogladal TVN24, to znaczy z zainteresowania rzeczywistoscia, i braku alternatywy.
    Od dwoch tygodni slucham wylacznie muzyki. Rzeczywiscie, jest nowe auto z fajnym audio, ale przeciez nie o to chodzi. Chodzi o zmeczenie materialu. O niezdolnosci do zycia w pelnym napieciu. Nie poddalem sie, nie czuje sie pokonany. Po prostu musze chwile odpoczac zeby nie oszalec. Szalenstwo moje bowiem byloby zbyt wielka strata dla zbyt wielu osob.

    Potem o sluzbie zdrowia. Od lat korzystam z tej prywatnej. Na poczatku byl to tzw. Damian, popularna warszawska siec przychodni, na poziomie raczej podstawowym. Ile razy tam szedlem, bardzo sie dziwilem - spodziewalem sie ogladac mlodych profesjonalistow w garniturach, a widzialem po prostu normalny przekroj spoleczenstwa, z przewaga starszych ludzi. Dosc pozno zrozumialem, ze to jest tak, ze skoro panstwowa opieka medyczna juz nie dziala, to kto jeszcze moze zapisuje sie do tych prywatnych sieci, ktore naturalnie przejmuja role i funkcje niedzialajacej sluzby zdrowia "publicznej". Niedlugo potem przekonalem sie o tym gdy moja babcia staruszka zlamala noge w kostce. Mama z bratem (bylem akurat za granica) wozili 92-letnia osobe prywatnym autem od szpitala do szpitala. Z czwartego (!) kazalem im jechac do owego Damiana, gdzie babcie bardzo elegancko poskladano (za 1500 zlotych). Specjalnie na te okolicznosc sprowadzono ortopede (byla noc) - ani chybi z ktoregos z tych czterech szpitali.
    Nie bardzo umiem to spointowac. Ale przeciez zycie zrobi to za mnie, predzej niz pozniej.
    Serdecznosci!

    OdpowiedzUsuń
  10. @wpis niekonieczny

    Taka tu cisza.

    Ma się swój rozum, krew w żyłach płynie, co rano na tyłek obleka się spodnie, na stojąco sika, jak to facet. Co rano koniom dać, kurom, psa uwiązać, do sklepu po chleb, na przystanek pekaesem do miasta pojechać do ośrodka. Włókniaki i immunologia. Mutacje. Chinolony, pochodne nitrofuranu.
    Bloga ulubionego przeczytać.
    Nie ma co gadać. No co można powiedzieć?
    Dobrze, cicho.

    OdpowiedzUsuń
  11. To jest troszeczku taka chujoza, że tak zagaję z ranka, z którą nie za bardzo potrafię sobie poradzić. Sytuacja takiej, jak toyahowa, twórczości i w ogóle przestrzeni publikacyjnej.

    A piszę to troszeczku na kanwie ostatniego odejścio-powrotu coryllusa z S24.

    Oto pomyślałem sobie, że co mi tam toyah, "chyba raczej na pewno" źle chłop zrobił odchodząc z Salonu24, no to kwerendę tam zrobię, poczuję się lepszym.

    Tymczasem na Salonie jest, jak jest. Gromada "dzieciaków", ćwiczonych przez paru ewidentnych cwaniaków oraz przez słabosilnych pretendentów do mieszania w narodowym kotle. A wśród nich ten nieco zagubiony, taki niedzisiejszy coryllus.

    No i tak. Z jednej strony S24 jest jakoś aktywny, dzieje się, ludzie listy piszą, mieniają się opiniami. Z drugiej zaś - kasza i śrubokręt, że aż się chce z kina wyjść, nuda, panie. Ja np. nie potrzebuję Salonu, żeby wejść na tych parę blogów, bje mam w zakładce "ulubione", klikam i tyle. Ale widać, że wielu potrzebuje salonu, żeby komentować ulubionych autorów. Nie rozumiem tego. Ba, siebie nie rozumiem. Bo mam wrażenie (trudno weryfikowalne, ale chyba, Szanowni współkomentatorzy, nieodosobnione), że toyaha na salonie chętniej komentowałem, a tutaj mam jakąś nieodgadnioną trudność.

    No i w związku spożywczym nie wiem co mam myśleć, drogi pamiętniczku. Jestże na świecie miejsce na normalny publiczny dyskurs, rozmowę? Czy też na zawsze przeznaczona nam tylko wygodna nisza?

    "Chyba na zawsze będzie już schowana
    Pod wodą nasza Ziemia Obiecana."

    OdpowiedzUsuń
  12. @Don Paddington
    Mnie się wydaje, ze gdyby to nie było aż tak bezczelne, oni by bez mrugnięcia okiem mówili, że wszystko jest jednoczesnie zdrowe i szkodliwe. Zabójcze i ratujące życie. Bylebyśmy regularnie płacili.

    OdpowiedzUsuń
  13. @Gemma
    Powiem szczerze, że mnie też przyszło do głowy w trakcie pisania tego tekstu. Ale tak to zwykle bywa. Wystarczy się zastanowić.

    OdpowiedzUsuń
  14. @Orjan
    Może ja i tracę siły, za to Wy - wprawdzie w nie największej liczbie, ale za to jak!

    OdpowiedzUsuń
  15. @Yo
    Bardzo ładne. Jak wszystko tu dzisiaj.
    Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
  16. @Marylka
    Naprawdę wierzę, ze masz rację. Że coś się dzieje.

    OdpowiedzUsuń
  17. @LEMMING
    Tak to własnie jest. Że ostatnio jakby życie puentowało po kolei wszystko. Gdzie się czlowiek nie obejrzy, same puenty. Nawet nie potrafimy nadążyć. Czyż nie?

    OdpowiedzUsuń
  18. @tayfal
    E tam! Nie konieczny...
    Konieczny. Z całą pewnością konieczny.
    Dziekuję Ci bardzo, że znajdujesz w sobie chęć, żeby tu przychodzić.

    OdpowiedzUsuń
  19. @Don Esteban
    Jak już tu stwierdziliśmy, parokrotnie, jest jak jest i inaczej nie będzie.
    Salon nam sparciał. A biedny Coryllus, pisze gdzie się da. Jakby miał gdzieindziej, to by pisał gdzieindziej.

    OdpowiedzUsuń
  20. @don Esteban @all

    O odchodzeniu i przychodzeniu Coryllusa nic nie wiem, i chyba wiedziec nie chce. Jakkolwiek jest to zdolny autor, i niewatpliwie dobry kompan, o czym sie mialem okazje raz przekonac.

    Warto na marginesie tego zdarzenia zlozyc toyahowi wielkie uszanowanie, ze nie wstapil na, co tu gadac, kompromitujaca sciezke rozstan i powrotow z/do S24. Wiemy dobrze, ze sie to zdazylo wielu zacnym autorom Salonu, szczegoly pomine bo to wstydliwe.

    A nasz Wieszcz, cholera, powiedzial "ide", raz powiedzial i poszedl. Wykonal i wytrwal. Niby nic, a dla mnie przeciez wielkie cos. Szacunek toyahu, czapka do ziemi.

    Serdecznosci!

    OdpowiedzUsuń
  21. @don esteban

    Przedstawiony u Ciebie dylemat krótko można opisać tak: w sali koncertowej zawsze mniej słuchaczów, niż na rynku pod telebimem.

    Ale czy to błąd, że ktoś raczej w sali woli grać, a inny w sali słuchać? Z punktu widzenia szanownej frekwencji, błąd jak cholera, lecz to tylko ocena wg kryteriów ilościowych. Ja zaś podzielam kryteria jakościowe, a zwłaszcza estetyczne, które Toyaha (mnie też) wymiotły z S24, czyli z tego śrubokręta nieznośnie oblepionego kaszą.

    Pozdro.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.