niedziela, 24 października 2010

Linijki

Wczoraj przydarzyła mi się niezwykle ciekawa przygoda. Rozmawiałem z kimś bardzo mi bliskim, kto - tak się złożyło - zażyczył sobie niedawno, żebym go na tym blogu nie identyfikował. Nie ze względu na jakieś szczególne towarzyskie obawy, ale na zwykle obrzydzenie do tego, co tu powstaje. Ponieważ, jak mówię, jest to ktoś bardzo mi bliski, podzieliłem się z nim odpowiednią refleksją co do faktu nagłej utraty przez mnie większej części mojej pracy. Ów mój znajomy na tę informację zareagował z życzliwym uśmiechem i kilkoma szczerymi zdaniami: "Dostałeś za tego swojego bloga. I bardzo dobrze. Okazuje się, że państwo jednak działa".
Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, reakcja ta ucieszyła mnie. Choćby z tego względu, że zawsze jest lepiej wiedzieć, że kiedy się obrywa, to było za co, niż żyć w przykrej niewiedzy i zadręczać się tym głupim pytaniem: dlaczego?. No a przede wszystkim może przez to, że skoro nas jest już dwóch, to znaczy, ze nie koniecznie cierpię na paranoję. A to też już coś jest, prawda?
Dziś siedzę od rana i przerzucam stare teksty z Salonu na ten blog. I w pewnym momencie wpadł mi w oko wpis z maja 2009 roku, który zrobił na mnie wrażenie tak świeże, tak idealnie odpowiadające i temu co mnie niedawno spotkało, i temu wczorajszemu komentarzowi, a i w ogóle kierunkowi, w jakim nasza Polska dziś próbuje zawzięcie zmierzać, że pomyślałem, że go wkleję z dzisiejszą datą. Niech Wam będzie na zdrowie. Nazywał się bardzo ładnie i skromnie: Linijki.


Jak idzie o absolutnie przeważającą część dziedzin wszelkich, jestem klasycznym ignorantem. Bez względu na to, czy coś mnie pasjonuje, czy zaledwie interesuje, czy jest mi to coś całkowicie obojętne, mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że moja wiedza na dany temat jest wyłącznie empiryczna i nie podparta niczym innym jak doświadczeniem, wiarą i przekonaniem. Niedawno ktoś na mnie nakrzyczał, że moje uwielbienie dla malarstwa Picassa jest chore, bo Picasso to dno i oszustwo. A ja nawet nie potrafię się bronić, bo jedyne co na temat Picassa jako artysty mogę powiedzieć, to to, że kiedy widzę jego obrazy, to staję jak wmurowany i drżę. No ale to bardzo mało, prawda?
I tak jest właściwie z całą resztą wszystkiego co nas otacza. Nawet na piłce nożnej się nie znam. Nie wiem, dlaczego ci którzy wygrali, byli lepsi i w czym byli lepsi, a co powinni byli robić, żeby wygrać jeszcze wyżej. Mecz mi się albo podobał albo nie i na tym ja swoje wystąpienie w sprawie footballu kończę. Słucham piosenki i piosenka mi się albo podoba, albo nie. Czytam wiersz i albo jestem wzruszony, albo nie. Kiedyś Gore Vidal chyba napisał, że to, czy wiersz jest dobry czy nie, zależy od liczby tzw. dobrych linijek. Czytasz linijkę i myślisz sobie – w porządku jest! Im ich jest więcej, tym oczywiście lepiej. I tak jest – w moim przypadku – ze wszystkim. Patrzę na linijkę – jedną, drugą, trzecią – i wiem.
Blog który prowadzę jest blogiem politycznym, a więc większość tego co tu piszę obejmuje i troszeczkę sprawy społeczne, i kwestie historyczne, niekiedy problemy ekonomiczne, i oczywiście każde słowo jakie wypowiadam ma wartość wyłącznie o tyle, o ile wartość ma moja intuicja i umiejętność perswazji. Jeśli ktoś zechce ze mną dyskutować z pozycji eksperta, to ja się natychmiast poddaję, choćby z tego względu, że nie mam nawet odpowiedniego słownika, żeby prowadzić poważną, kompetentną rozmowę. Dziś mam kłopot szczególny, ponieważ wpadło mi do głowy parę refleksji, którymi bardzo się potrzebuję podzielić, a które wymagają pewnej wiedzy. A tej, jak mówię, mi brakuje. Mam tu na myśli mianowicie coś, co nawet nie wiem jak się nazywa. Ja na to coś zawsze mówiłem ‘komuna’. Ale prawdopodobnie chodzi tu bardziej o marksizm, albo jakiś inny leninizm, czy – ostatnio – postliberalizm. A z tym nie ma żartów. To jest poważna wiedza i – o ile mi wiadomo – istnieją nawet specjalne w tej kwestii studia i kontrowersje.
Nie mam jednak wyjścia. Muszę coś powiedzieć. Proszę posłuchać. Otóż chodzi o to, że – o ile się nie mylę – zanim komunizm się zmaterializował w postaci sowieckiego państwa, jego przyczółków, tych dziesiątek milionów ofiar i tego całego – czasem całkiem trywialnego – nieszczęścia, to istniała teoria. Wszystko co miało później nastąpić, zostało najpierw wykoncypowane, następnie jakoś tam przedyskutowane i w końcu zapisane na papierze. Znów – o ile się nie mylę – pomysł był taki, że Boga nie ma, a to że niektórzy postanowili ten przesąd utrzymywać, wynikało z czystej chęci zaszkodzenia człowiekowi. Religia – wedle tej teorii – służyła wyłącznie trzymaniu społeczeństw za pysk i wykorzystywaniu dobrej natury człowieka do jego faktycznego gnębienia.
A zatem, teoretycy tego nowego podejścia do świata i człowieka, kierując się naturalnie najlepiej pojętym interesem jednego i drugiego, postanowili, że świat może być sprawiedliwy, a człowiek szczęśliwy za sprawą paru szybkich i odpowiednio przemyślanych posunięć. Jakie to miały być posunięcia, nie za bardzo się orientuję, ale to co się liczyło, to cel. A cel był następujący: Człowiek ma być wolny, ma mieć wszelkie możliwe szanse na rozwijanie swoich talentów, ma mieć możliwości utrzymania siebie i swojej rodziny, a jak już zaspokoi głód i podstawowe potrzeby, będzie miał czas na rozrywkę i przyjemności. Ponieważ dzięki mądrościom i talentom zdolnych i wykształconych ludzi, korzyści spływają na cały naród, teoretycy nowych czasów wymyślili też, że nauka będzie dostępna dla wszystkich, oczywiście będzie darmowa, a jak ktoś zachoruje, to – naturalnie – państwo zrobi wszystko, żeby choremu pomóc, bo zdrowie obywatela przekłada się w sposób oczywisty na zdrowie narodu. Nie wiem, co na temat moich wynurzeń sądzą w tym momencie wykształceni przedstawiciele Krytyki Politycznej, ale – jak sądzę – nie powinno być najgorzej. Tak to wyglądało, prawda?
To wszystko jednak była tylko teoria. Kiedy przyszło do jej wdrażania, na pierwszy ogień poszła religia. Nie można instalować bowiem systemu społecznej sprawiedliwości i naturalnego szczęścia, dopóki istnieją jakiekolwiek czynniki ograniczające wolność człowieka i jego aspiracje. A zatem, z jednej strony zaczęto likwidować wszelkie elementy starej wiary, a z drugiej, zamiast niej – wiedząc, że człowiek jednak potrzebuje jakiegoś rytuału – wprowadzać najróżniejsze akcenty, tworzące wciąż religię, tyle że religię nowego typu. A więc zamiast Watykanu, pojawiła się Moskwa, zamiast papieża – Pierwszy Sekretarz KPZR, a już niżej te wszystkie komitety partii zamiast parafii, ci urzędnicy zamiast księży i te uroczystości zamiast Mszy Świętej. Te pieśni, te gesty, te wyznania wiary, te pasowania na młodzików, te cywilne śluby, te uroczystości nadania imienia, zamiast chrztu. Lata mijały, a rezultat był tak, ze z tego wszystkiego zostały tylko te gesty i od czasu do czasu butelka wódki i goździk. A wokół miliony trupów.
Dziś właściwie komunizmu już nie ma. Nie zostało z niego nic. Ani tych obietnic o dobrym życiu, ani tych świąt, a i goździki też jakoś wyparowały. Zostało natomiast to co najbardziej ludzkie i wieczne – zwykłe pragnienie sprawiedliwości i nadzieja na to, że kiedyś będzie lepiej. Naiwne przekonanie, że jeśli ktoś ma jakieś pożyteczne dla ogółu zdolności i nie jest przy tym skończonym leniem, to będzie mógł utrzymać i siebie samego i rodzinę, a na starość nie będzie musiał żyć na łasce swoich dzieci. To pozostało.
Niestety, również, okazało się, że nawet jeśli stary system runął, to z całą pewnością stworzył swoją przedziwną kontynuację. Na miejscu starej komuny, pojawiło się coś co w dość przerażający sposób potwierdza teorię, że historia się powtarza w postaci swojej karykatury. Otrzymaliśmy więc nowy projekt, którego nazwy nie znam i co do którego, nawet nie mam przekonania, czy on jest bytem realnym, a nie tylko moim złudzeniem. Ale rozglądam się, staram się wyciągać wnioski i nie mogę nie zauważyć, że jednym z bardzo widocznych elementów nowego systemu jest uparte przekonanie, że religia to zwykłe zawracanie głowy, a jeśli ktoś ma wątpliwości, niech sobie popatrzy, jak te wszystkie kościelne porządki przypominają stare, partyjne pomysły. Przecież to jest, panie, dokładnie to samo! On nawet padają na kolana przed obrazami!
I to uważam za najbardziej niezwykłe, najbardziej spektakularne osiągnięcie ateistycznego komunizmu. Wmówienie bardzo wielu, z pozoru niekiedy zupełnie inteligentnym ludziom, że to co dla człowieka zawsze było tak bardzo naturalne – mianowicie wiara w zbawienie i miłość do Boga – to śmiechu warta parodia komunizmu. Spójrzmy troszkę wokół siebie. Przysłuchajmy się, co niektórzy ludzie mówią o Kościele, o księżach, o zasadach, o przebaczeniu, o Komunii Świętej, o Sakramencie Pokuty, o żalu z grzechy. Jak wielu z nich i jak często, twierdzi, że wszystko to co zawsze było tak prawdziwe i tak ludzkie, jest wyłącznie kalką z komuny. To jest właśnie ten sukces. Wykształcenie nowego, nowoczesnego człowieka, który świetnie wie, co jest życiem, a co jedynie przesądem i jeśli się da nabierać, to wyłącznie dla swojej własnej przyjemności.
A więc tu mamy do czynienia z kontynuacją. Cała reszta, to już pełna modyfikacja. To co przyszło po Marksie, po Leninie, po Stalinie, po tych gułagach, po tym głodzie, po tych zabójstwach – i w majestacie prawa i ot tak sobie – nie dość że nie przyniosło realizacji tych starych obietnic, ani choćby zapowiedzi nowej sprawiedliwości i nowego szczęścia, to wręcz poinformowało nas, że sprawiedliwość i szczęście to też zabobony. To co przyszło po, już nic nie obiecuje. Wyłącznie apeluje, przestrzega, grozi, a jeśli ktoś nie chce słuchać, ten zostaje zwyczajnie zignorowany. To co przyszło po, przede wszystkim mówi, że nic nie jest gwarantowane, nic się nikomu nie należy i że jeśli człowiek zdycha, to pretensje może mieć wyłącznie w stosunku do siebie. To co przyszło po – ja nie wiem jak się to nazywa, bo, jak mówię, nie znam się – nikomu już nic nie każe. Jedynie sugeruje. Że jak się chce żyć, to trzeba sobie radzić. Jak ktoś chce tracić czas na religię, czy zwykłe marzenia, to jego sprawa. Ale ma przy tym wiedzieć, że skoro sobie nie wiadomo co wyobraża, to jest zwykłym komunistą. Jeśli mówi o sprawiedliwości – jest komunistą. Jeśli mówi o prawach człowieka – jest komunistą. Jeśli mówi o biedzie, o strachu przed utratą pracy, o prawach ludzi słabych i wykluczonych – jest oczywiście też komunistą. A jak jeszcze te swoje dziwne pretensje zechce zamanifestować publicznie, to dostanie gazem pieprzowym po oczach, pałą po dupie, ewentualnie pięścią w mordę, a na sam koniec zostanie opisany przez światłą opinię publiczną jako chuligan – komunista. Oto nowe czasy. Już na samym początku tego tekstu zastrzegłem, że jestem bardzo kiepskim fachowcem, jeśli idzie o świat i jego zagadki. Widzę jednak, że tamto coś jeszcze na samym swoim początku przerodziło się w terror i zbrodnię, a później już tylko stopniowo gniło. I że gnijąc, stało się nawozem dla powstania prawdziwego potwora. Powstał świat – podobnie jak wcześniej – bez Boga, ale również bez jakichkolwiek obietnic i w rezultacie bez nadziei. I zalecenie – żadnych przesądów, poszło jeszcze dalej. Żadnych marzeń. Żadnych obietnic. Tylko nauka i praca. A to co zostanie, to już wyłącznie będzie zależeć od szczęścia i troszeczkę od nas. Nagle się okazało, że skoro już się nie musimy modlić, to też możemy mieć możliwości utrzymania siebie i swojej rodziny, albo nie. Możemy mieć czas na rozrywkę i przyjemności, albo nie. Możemy się uczyć, albo i nie. A jak ktoś zachoruje, to państwo – tak jak kiedyś – zrobi wszystko, żeby choremu pomóc. Ale może też i nie pomoże, a w tej sytuacji niech ten chory pomaga sobie sam. Ewentualnie może pójść do wróżki, żeby się dowiedzieć, jakie są perspektywy.
No i zostali ludzie i ich dzieci. Wierni wyznawcy tej zamierzchłej już teologii ateistycznego komunizmu. Wieczne ofiary tego przedziwnego eksperymentu. Znakomici uczniowie swoich dawnych mistrzów. Dokładnie ci sami, tyle że dziś nazywający się prawicą, a nie lewicą. To są właśnie ci, którym wystarczy pamiętać o dwóch rzeczach. Pierwsza z nich to ta, że marzenia o sprawiedliwości to komunistyczna utopia, a druga – że Boga nie ma.
I nagle słyszę, jak oni na mnie mówią, że jestem homo sovieticus.

28 komentarzy:

  1. @toyah

    Całkiem świeży ten tekst.

    Ponadczasowy?

    OdpowiedzUsuń
  2. @Toyah
    Ten Twój kolega to wyjątkowo oślizły @$@!#%!
    Zdaje się, że dożyliśmy czasów podobnych komunistycznym, gdy wywalano z roboty za poglądy. A potem powstał ROPCiO - Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela...

    OdpowiedzUsuń
  3. @kazef
    Skąd wiesz, że kolega? Lepiej uważać.

    OdpowiedzUsuń
  4. "z kimś bardzo mi bliskim"

    Faktycznie, równie dobrze może chodzić o koleżankę.
    Przed wojną się mówiło "uważa Pan?" w znaczeniu: "To wszystko? Coś jeszcze?"

    No więc uważam, uważam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. "z kimś bardzo mi bliskim"

    Faktycznie, równie dobrze może chodzić o koleżankę.
    Przed wojną się mówiło "uważa Pan?" w znaczeniu: "To wszystko? Coś jeszcze?"

    No więc uważam, uważam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. @Toyah
    Do poprzedniego wpisu: to jeden z najlepszych filmów, jakie znam. Widziałam go tylko raz i nie od początku, ale od pierwszej chwili zafascynował mnie. Jakim cudem ktokolwiek może uważać, że to nudy? Chciałabym go mieć - czy jest na CD?
    Znakami wydają się nam najczęściej rzeczy mocne i dramatyczne, a prawdziwe znaki ujawniają się zwykle post factum albo tak jak w tym filmie - w tej ostatniej chwili, między życiem i śmiercią.

    OdpowiedzUsuń
  7. @Toyah
    Jak może Ci być bardzo bliski ktoś tak cyniczny i bezwzględny?
    Dziwne.

    OdpowiedzUsuń
  8. @kazef & Marylka
    Lepiej już skończmy tę zgadujzgadulę. Nie chcę Was stawiać w trudnej sytuacji.
    Swoją drogą, to naprawdę nie powinno być aż tak trudne. Teraz już nie.

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie mam dzisiaj pary, by wpisać jakiś dorzeczny komentarz. I może dobrze, ponieważ przypomniało mi się kilka linijek (niezłych; mickiewiczowskich), całkiem, ale to całkiem a propos:

    Ach, ja pamiętam czasy, kiedy do Ojczyzny
    Pierwszy raz zawitała moda francuszczyzny!
    Gdy raptem paniczyki młode z cudzych krajów
    Wtargnęli do nas hordą gorszą od Nogajów,
    Prześladując w Ojczyźnie Boga, przodków wiarę,
    Prawa i obyczaje, nawet suknie stare.
    Żałośnie było widzieć wyżółkłych młokosów,
    Gadających przez nosy, a często bez nosów,
    Opatrzonych w broszurki i w różne gazety,
    Głoszących nowe wiary, prawa, toalety.
    Miała nad umysłami wielką moc ta tłuszcza;
    Bo Pan Bóg, kiedy karę na naród przepuszcza,
    Odbiera naprzód rozum od obywateli.
    I tak mędrsi fircykom oprzeć się nie śmieli,
    I zląkł ich się jak dżumy jakiej cały naród,
    Bo już sam wewnątrz siebie czuł choroby zaród;
    Krzyczano na modnisiów, a brano z nich wzory;
    Zmieniano wiarę, mowę, prawa i ubiory.
    Była to maszkarada, zapustna swawola,
    Po której miał przyjść wkrótce wielki post - niewola!

    Pamiętam, chociaż byłem wtenczas małe dziecię,
    Kiedy do ojca mego w oszmiańskim powiecie
    Przyjechał pan Podczaszyc na francuskim wózku,
    Pierwszy człowiek, co w Litwie chodził po francusku.
    (…)
    "Podczaszyc zapowiedział, że nas reformować,
    Cywilizować będzie i konstytuować;
    Ogłosił nam, że jacyś Francuzi wymowni
    Zrobili wynalazek: iż ludzie są rowni;
    Choć o tym dawno w Pańskim pisano zakonie
    I każdy ksiądz toż samo gada na ambonie.
    Nauka dawną była, szło o jej pełnienie!
    Lecz wtenczas panowało takie oślepienie,
    Że nie wierzono rzeczom najdawniejszym w świecie,
    Jeśli ich nie czytano w francuskiej gazecie.
    („Pan Tadeusz”, Księga I)

    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  10. @Toyah
    Ok. Nie musisz rozwiązywac zgaduj-zgaduli.
    Bo i po co?

    W czasach komuszych, jeszcze w latach osiemdziesiątych, wyglądało to tak:
    (autentyczne wspomnienie - pominę tożsamośc autora - relacja niepublikowana):
    "Na początku lat 80., kiedy nie było żadnej możliwości drukowania tekstów prasowych (oczywiście poza prasą reżimową), chciałem w jakiś spośób uczcić [tu pada nazwisko bohatera zamordowanego przez słuzby komunistyczne - przyp. kazef]. Miałem gotowy tekst rocznicowy, rozszerzony o różne inne wiadomości i udałem się na ul. Wiślną [w Krakowie – przyp. kazef] do redakcji ‘Tygodnika Powszechnego’, jedynego wówczas pisma, które było wydawane legalnie i podawało informacje prawdziwe albo w ogóle nie podawało.
    W redakcji nie znałem nikogo i pierwsza zagadnięta osoba, gdy usłyszała z jakim tekstem przychodzę, po prostu uciekła. Czekałem w przedpokoju jakis czas, a tymczasem redaktorzy naradzali się, w jaki sposób pozbyć się tej wtyczki – bo nie ulega wątpliwości, że za takiego mnie wzięli. Po jakims czasie wyszedł do mnie pan Krzysztof Kozłowski, krótko wypytał i zaprosił do swego pokoju. Wziął tekst i przyrzekł, że przeczyta, ale druku nie obiecał. Kazał zgłosic się za miesiąc. Oczywiście przyszedłem. Marudził, naniósł jakieś poprawki, przewidywał interwencję cenzury i w końcu orzekł: - Pan wie, że o takich ‘bohaterach’ nie drukuje się teraz, bo to ryzyko dla autora i dla gazety. Ja to postaram się wepchnąć do któregoś numeru, ale jeśli spotkam się z kategorycznym oporem cenzora, nie będę walczył. Zgodziłem się, bo jakie miałem wyjście?
    Tekst ukazał się po ...3 latach. Ponieważ ‘TP’ czytany był wówczas powszechnie, nie tylko przez zwykłych ludzi, ale i przez władze, nie upłynęło dwa-trzy dni, jak wezwał mnie do siebie dyrektor (pracowałem wówczas w szpitalu) i powiedział krótko: - Panie, jak pan chce pisac w gazetach takie dyrdymały, to niech pan lepiej odejdzie od nas, bo my tu chcemy mieć spokój.”

    OdpowiedzUsuń
  11. @Don Paddington
    Niewiarygodne, jak bardzo wszystko już zostało powiedziane.

    OdpowiedzUsuń
  12. @Toyah
    Pociesza mnie, że to wciąż ta sama osoba.

    OdpowiedzUsuń
  13. @Toyah

    I to był, z tą religią, ich największy błąd. Błąd na którym się przewrócili - te marksy, engelsy i leniny.
    Od momentu gdy człowiek zyskał samoświadomość jednocześnie pojął swoją śmiertelność. To największe brzemię każdego życia. To prawdziwe Wypędzenie z Raju.
    Z takim brzemieniem żyć jest niesłychanie trudno. Więc jest całkiem naturalnym poszukiwanie i zawierzenie religii. Natychmiast odczuwa się spokój jaki ona daje. Trudy życia stają się znośne.
    Teoretykom komunizmu nie przyszło na myśl do zakutych łbów, że zabranie religii to gorsze niż obcięcie prawej ręki. W swojej niedoważonej idee fixe nie byli w stanie pojąć i ogarnąć prawdziwej natury człowieka.

    Wniosek również z tego taki, że ci, którzy wymyślili i usiłowali narzucić komunizm nie byli zbyt mądrzy. No i byli bardzo podli.

    OdpowiedzUsuń
  14. @Toyah
    Jak by mi brat tak powiedział, to ja bym go normalnie strzelił w pysk!

    OdpowiedzUsuń
  15. Tak na marginesie...
    Skoro bardzo wielu mądrych ludzi, skoro nawet wielu księży nie umie zdefiniować:
    Czym jest wiara?

    Skoro bardzo wielu mądrych ludzi, skoro nawet wielu księży uważa iż: Jesteśmy lepsi od innych bo przestrzegamy 10 przykazań a oni ich nawet nie znają,a jak znają to odrzucają.

    Skoro bardzo wielu mądrych ludzi, skoro nawet wielu księży myli wiarę z moralnością.

    No to nie dziwmy się że wystarczy obrócić rozumowanie by wykazać iż religia jest elementem zbędnym. Bo skoro iksiński który jest ateistą jest też porządnym człowiekiem, takim z którym spokojnie można wymienić uścisk dłoni, czy iść na wódkę, to znaczy że odrzucenie boga de facto NICZEGO w naszym człowieczeństwie nie zmienia, a przynajmniej nie musi zmieniać.

    Ponieważ jednak potrzeba wiary, jest potrzeba dla ludzi immanentną, to się wierzy albo w ideę, albo w idoli...

    OdpowiedzUsuń
  16. @Toyah

    ,,Pięcioro będzie rozdwojonych w 1 domu, troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu, ojciec przeciw synowi, matka przeciw córce" itp. Mnie te słowa, które przewidziały moją sytuację już dawno temu, nie jeden raz bardzo pomogoły. Teraz już prawie TO nie boli tzn. nauczyłam się kochać tylko wolą - dobrze życzę, ale nic nie czuję do tych niby po krwi bliskich. Do takich wyborów zmusili mnie ONI sami oddalając się od Źródła: ,,kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie nie jest Mnie godzien".

    OdpowiedzUsuń
  17. @JJSZ
    A ojciec? A matka? A serdeczny przyjaciel? A teść? A co byśmy zrobili gdyby ktoś z nich był tak nakręcony złością, że dałby mi w pysk za któryś z tych tekstów?
    W tym momencie już tylko krok do stwierdzenia: Ja bym skurwysyna za ten blog wypieprzył z pracy.
    To nie oni są problemem. To System który dał nam wszystkim poczucie misji.

    OdpowiedzUsuń
  18. @Gemma
    Rozumiem że jako sędzia ludzkich sumień poczułaś prawdziwą wolność.
    Jak idzie o mnie, mam nadzieję, że nikt z tych których kocham któregoś dnia nie uzna, że ja oddaliłem się od Źródła i poczuje w stosunku do mnie świętą obojętność.

    OdpowiedzUsuń
  19. @Toyah

    Mnie nie chodzi o bycie sędzią ludzkich sumień, ani też w pierwszej kolejności, by bliscy uznawali, że jestem blisko lub daleko. Chodzi mi, by NA PRAWDĘ być blisko i by ŹRÓDŁO tak myślało o mnie. Ja nie chciałam od nikogo się oddalać, wręcz przeciwnie - to mnie bardzo bolało. Ale ze wszystkich najbardziej nie chciałam oddalać się od Boga a to wszystko nie dało się pogodzić. Takie jest moje doświadczenie, pisałam trochę w jednym z pierwszych wpisów.

    OdpowiedzUsuń
  20. A co Źródło myśli to objawia w Swoim Słowie - tak ja to rozumiem - np. ,,pięcioro będzie rozdwojonych...". To pozwala mi się przynajmniej nie dziwić tej sytuacji i jej grozie (bo coś tak naturalnego jak rodzina podzielone?) ponieważ On już ją dawno przewidział. I przejść ponad bólem i grozą do czynu, choćby modlitwy za NICH. Ja wiem jaka była wczoraj Ewangelia: o celniku i faryzeuszu. Ona jest ciągle dla mnie przestrogą do czuwania: ,,niech baczy ten, który stoi by nie upadł".

    OdpowiedzUsuń
  21. @Toyah
    Nie jestem przekonany, że okazywanie radości z cudzego nieszczęścia czy niepowodzenia jest tylko misją - to byłoby zbytnim uproszczeniem.

    OdpowiedzUsuń
  22. @Gemma
    Powiem Ci szczerze, że jeszcze nigdy nie czułem Cię tak blisko. Aż mnie dreszcz przeszedł.

    OdpowiedzUsuń
  23. @JJSZ
    To nie byla radość. Czysta złośliwość. Wszyscy to mamy.

    OdpowiedzUsuń
  24. @VideoBlog Nizgody

    Definicja wiary poprzez kategorie wiedzy? Inspirujące pytanie.

    Kto przestrzega zasad, jest społecznie lepszy od tego, który nie przestrzega. Nie ma tu znaczenia, że nie przestrzega, bo nie wie. Nie przestrzega i już!

    Wiara daje poczucie potrzeby moralności. Moralność prowadzi do wiary. Moralność jest pochodną idealizmu.

    Odwracanie rozumowania, o jakim piszesz jest znane w matematyce:
    0 : X = 0, ale czym jest X : 0 ?

    Iksiński ateista, może być porządnym człowiekiem, ale według czyjej miary. Ja bym tam wolał, aby ta miara była na zewnątrz jego osobistego widzi-mu-się.
    Umieszczenie takiej miary w religii jest bezpieczniejsze, a w religii katolickiej najbezpieczniejsze.

    Już Odyseusz dowiedział się, że "bez bogów, człowiek jest niczym". Od wtedy nic się nie zmieniło.
    Ale też nie każdy musi dopłynąć do Itaki. Niektórzy nie chcą.

    Wiara nie jest potrzebna "ludziom", jest potrzebna "człowiekowi".

    OdpowiedzUsuń
  25. Orjan

    - chodzi o to że myli się pojęcia wiary i religii

    - Nie zawsze przestrzeganie zasad jest lepsze, ale mniejsza - chodziło o poczucie wyższości...jak na mój gust nieuzasadnione.

    - "wiara daje poczucie potrzeby moralności"...hmmm ciekawe - weźmy taki Babilon - właśnie wiarą uzasadniano tam zachowania które dziś uznajemy za nader niemoralne...

    - "moralność prowadzi do wiary" - sądzę że wielu filozofów miało by na ten temat odmienne zdanie.

    Iksiński (załóżmy) jest porządnym człowiekiem w/g miary ludzkiej. Prowadzi się przyzwoicie, nie ma kochanki, nawet się za spódniczkami nie ogląda, nigdy niczego nie ukradł, nikomu nie zrobił krzywdy. Darzy szacunkiem rodziców. Nie splamił się kłamstwem. Nie jest też zawistny i zazdrosny o sukcesy innych ludzi...
    Nader porządny człowiek, tyle że nie wierzy!
    A potem my chrześcijanie udowadniamy całemu światu że jesteśmy lepsi bo mamy wysoka moralność - po czym byle polemista pokazuje nam zapijaczonego gnoja co to właśnie pobił żonę, ale na szyi ma medalik i w opozycji stawia mu owego Iksińskiego!
    I jest po ptokach...

    Może wreszcie nauczylibyśmy się (gremialnie jako chrześcijanie - najfajniej w kościele podczas homilii - czym jest wiara!) a potem uderzyli w nutę pokory - bo wcale nie jesteśmy lepsi od kogokolwiek.

    OdpowiedzUsuń
  26. @VideoBlog Nizgody

    Nie mam intencji obrażania (się, czy Ciebie), ale w tym, co ostatnio napisałeś nic się kupy nie trzyma. Przynajmniej według mojej miary.

    Skoro wg Ciebie, każdy może mieć własną miarę wszechrzeczy, to pozostańmy każdy przy swoich miarach i pomiarach.

    Jak dla mnie, to: over and out.

    OdpowiedzUsuń
  27. wydaje mi się Orjanie że zwyczajnie nie chce Ci się pomyśleć...
    to bardzo łatwo tak "over ..." ale to niczemu nie służy.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.