sobota, 16 marca 2013

O Bogu, Diable i o nas, co upadamy

Podczas mojego ostatniego spotkania, nasz wspólny przyjaciel LEMMING powiedział mi, że on bardzo dobrze widzi różnicę między tekstami, które się ukazują tu, a tymi, które zamieszczam na blogu w Salonie24. I że on uważa, że ja to robię celowo. On to powiedział, a ja się z nim zgodziłem. Tak to bowiem jest. W Salonie ja mogę zamieścić wszystko. Natomiast tu ja daję teksty tylko takie, które w Salonie by nie zostały potraktowane z odpowiednią uwagą. A więc, jest tak, że ten blog jest jak gdyby przeznaczony dla tych czytelników, którzy mnie dobrze znają i nie ma większego ryzyka, że do nich mój przekaz nie dotrze. Dziś jednak stało się tak, że ja musiałem napisać coś, co w zdecydowany sposób dotyczy kwestii "salonowych", a drugiej strony budzi poważne wątpliwości, czy zostanie tam odpowiednio odczytane. A więc, mam na myśli tekst, który moim zdaniem zdecydowanie nadaje się do publikacji tu, a tam akurat już nie bardzo. No ale, jak mówię, sprawy, które omawia należą w znacznym stopniu do tamtego miejsca i tam powinny być adresowane.
Ponieważ jednak nie mam sumienia, by go tam tylko zostawić, zamieszczam go też tutaj, na toyah.pl. Mam nadzieję, że znajdzie się wystarczająco dużo osób, które to zrozumieją. Bardzo proszę.

Nie tak bardzo dawno temu, w jednej z zamieszczonych tu notek wspomniałem o pewnym człowieku, którego z pewną regularnością spotykam w kościele podczas niedzielnych Mszy Świętych. Jest to może 40-letni, może młodszy, mężczyzna, niezmiennie ubrany w garnitur, z nieodłącznym parasolem, którego używa jak laski, zawsze siedzący w pierwszym lub najwyżej w drugim rzędzie, niezwykle poważny i bardzo pobożny.
Po raz pierwszy zwróciłem na niego uwagę wiele lat temu podczas Mszy Wielkanocnej w katowickiej katedrze, kiedy to z tą niesłychaną pobożnością i powagą obskubywał trzymaną w ręku świeczkę… i ją jadł. A kiedy ją tak jadł, można było odnieść wrażenie, że on to traktuje jako fragment obrzędu. I to wtedy też właśnie, po raz pierwszy, pomyślałem sobie, że z nim jest coś nie w porządku. Że on jest zdecydowanie inny. I też już później, ile razy zdarzało mi się na niego trafiać, jego zachowanie, i to wcale niekoniecznie związane z jedzeniem świeczek, coraz bardziej umacniało mnie w przekonaniu, że to jest człowiek zwyczajnie chory. I powiem szczerze, że chyba nie tylko mnie. Wnioskując z reakcji osób siedzących w pobliżu, jego towarzystwo budziło w nich co najmniej popłoch.
Z drugiej strony, ja go też niekiedy spotykałem na ulicy, zawsze w tym garniturze i parasolem, czasem też w czarnym eleganckim płaszczu, czasem też w kapeluszu, jak spieszył gdzieś przed siebie, jakby szedł do pracy, czy wracał do domu z pracy, a parę razy widziałem go, jak z kimś rozmawia. Zwyczajnie. Bez żadnych ekscesów w rodzaju podjadania z ukrytej głęboko w kieszeni świeczki.
I proszę sobie wyobrazić, że moja koleżanka zza miedzy, Ginewra, w komentarzu pod tamtą notką, napisała, że z mojego opisu ona sądzi, że to jest jej kolega z uczelni, człowiek, który na uniwersytecie, na którym ona prowadzi zajęcia, wykłada literaturę staropolską. Ups!
Po co ja o tym dziś przypominam? Otóż, jak wiemy, w swojej homilii na zakończenie Konklawe, Ojciec Święty Franciszek powiedział następujące słowa: „Kto się nie modli do Boga, ten się modli do Diabła”, a ja sobie pomyślałem, że one oczywiście brzmią bardzo atrakcyjnie, do tego stopnia atrakcyjnie, że można by było je sobie powiesić w każdym domu w formie memento, jednak jeśli się nad znaczeniem owych słów nie zastanowimy głębiej i bardziej poważnie, one równie dobrze mogłyby nie paść.
No bo zastanówmy się, o co Papieżowi chodziło. Co on chciał nam powiedzieć? Że każdy, kto się nie modli, w rzeczywistości się modli jak najbardziej, tyle że do Szatana? Możliwe. A może jemu chodziło o to, że to ten tylko, kto się modli do drzew czy powietrza, w rzeczy samej modli się do Złego? Kto wie? Może wreszcie on nam chciał powiedzieć, że każdy z nas, kto nie żyje w Bogu, żyje w kłamstwie, i w ten sposób naraża się na śmierć. Diabli, nomen omen, wiedzą, co Papież miał na myśli.
Czy ja może teraz spróbuję w powyższym kontekście umieścić tego nieszczęśnika z tą jego świeczką, z tymi wszystkimi ludźmi, którzy kiedy przychodzi czas na przekazanie sobie znaku pokoju, udają, że go nie widzą? Czy ja może będę go próbował zachęcić do prawdziwej modlitwy? Mowy nie ma! Nawet mi to w głowie. Ja jestem zarozumiały, ale nie aż tak. Nawet ja nie jestem aż tak zarozumiały. Ja tylko chcę zwrócić uwagę na fakt, że dotyk Złego, a więc Tegoktórynieomijażadnejokazji jest rozdawany jak najbardziej demokratycznie, i nie uciekną przed nią ani najwięksi głupcy, ani najwięksi mądrale. Nawet ci z uniwersyteckimi tytułami w szufladach. A o człowieku ze świeczką i parasolem już ani słowa.
Jak wiemy, tu w Salonie udziela się bloger o nicku Pantryjota. On wprawdzie dziś już przeżywa swój prawdopodobnie ostateczny zmierzch, niemniej, ponieważ wciąż jakoś tam się rzuca w oczy, można niekiedy też zauważyć, że coś tam napisał. Otóż on kilka dni temu wkleił swój kolejny tekst, poświęcony chyba Kaczyńskiemu, a może Kościołowi – nie wiem – i prawdopodobnie bardzo niezadowolony z tego, że wśród komentatorów są wciąż ci sami, co zawsze wariaci, a więc blogerzy McQuriosum i Sowiniec, postanowił sam siebie skomentować i wpuścił tam dość długi tekst, o którym nie wiem, czy był jego autorstwa, czy on go znalazł gdzieś w czeluściach Sieci, i który w ogóle nijak się miał do głównej notki, a mianowicie, w założeniu jego twórcy, bardzo zabawny opis zmarłego w Smoleńsku Przemysława Gosiewskiego, jak stoi przed pisuarem w jakiejś toalecie i próbuje zrobić siusiu. To jest opis bardzo szczegółowy, bardzo wulgarny, a jego główną intencją jest rozbawienie czytelnika opisem owej męki, jakiej doświadcza ktoś tak nieforemny jak śp. Przemysław Gosiewski, kiedy wszystko jest dla niego fizycznie zwyczajnie za trudne. Ręce nie sięgają rozporka, pisuar jest za wysoko, penis jest zbyt krótki, kręgosłup się łamie z wysiłku, publiczność pęka ze śmiechu…
Ja już czytałem wcześniej teksty blogera Salonu24 Pantryjoty, i wiem, że jego stać na wiele. Na przykład, pamiętam jak on kiedyś opowiedział dowcip, jak twierdzi, wymyślony przez siebie, o tym jak to lekarze badający ludzi, którzy zginęli w Smoleńsku, stwierdzili, że przyczyną śmierci Anny Walentynowicz była „miażdżyca”. Daje słowo, że ja to znalazłem nie w kiblu na stacji Ochota w Warszawie, ale w tekście Pantyjoty na jego blogu w Salonie24.
Ponieważ ów auto-komentarz Pantryjoty tam sobie bezpiecznie wisiał i nic nie wskazywało na to, by komukolwiek przeszkadzał, a nawet wręcz przeciwnie, uruchomił dyskusje na temat pisuarów, zgłosiłem do Administracji nadużycie. Minęło kilka godzin, efektu nie było widać, a więc napisałem osobną informacje do Administracji, prosząc tych dziwnych ludzi, aby skoro parę dni wcześniej zwinęli mój komentarz zawierający słowo „skurwysyny”, w dodatku nie skierowane pod niczyim adresem, ale jako cytat, mogliby się wstawić za tym biednym Gosiewskim. Po pewnym czasie komentarz zniknął, ponieważ jednak nie otrzymałem żadnej informacji w tej kwestii, nie wiem, czy skutkiem interwencji, czy zupełnie niezależnie od moich pretensji, a Pantryjota umieścił kolejną notkę.
Ktoś powie, że to chyba dobrze, że tego komentarza tam nie ma. Że ja powinienem być zadowolony. Że prawda zwyciężyła. Diabeł przegrał. Otóż nie. Diabeł nie przegrał. Rzecz w tym, że on jeszcze nie przegrał. On by dalej tryumfował, nawet gdyby Administracja Salonu zrobiła jedyną rzecz, jaką w tej sytuacji powinna była zrobić, a mianowicie blogera Pantryjotę potraktowała jak wielu innych przed nim, a więc ten jego blog ukryła permanentnie. Nawet wtedy on by tryumfował. Od czasu jak ten tekst w ogóle powstał, a następnie się tam ukazał, Diabeł się ma bardzo dobrze. Dlaczego tak sądzę? Dlatego że świetnie zdaję sobie sprawę z tego, że bloger Pantryjota nie jest sam, i że jemu wokół siebie udało się już dziś zgromadzić pewne towarzystwo, któremu on zwyczajnie imponuje, i które nawet jeśli uważa, że z tym Gosiewskim, to on jednak przesadził, nie zmienia to faktu, że z niego jest kawał kompana. W dodatku kompana o niepodważalnych talentach.
Wśród nich mamy na przykład wspomnianego wcześniej Sowińca. Wszyscy wiemy, kim jest Sowiniec. To krakowski działacz patriotyczny i niepodległościowy, doktor na Wydziale Filozofii Uniwersytetu Jagielońskiego, człowiek mocno rozpoznawany w krakowskich elitach prawicowych i nie tylko. Co on robi na blogu kogoś takiego jak Pantryjota? Otóż on tam, jak się zdaje, przyszedł wyłącznie zwabiony zapachem śliny, jaka tam zalegała skierowanej pod moim i Coryllusa adresem. Ponieważ swego czasu Pantryjota nie znał innych tematów, jak tylko te związane z moją i Gabriela osobą, Sowiniec, który nas bardzo nie lubi, uznał, że tam znajdzie dla siebie odpowiednio sympatyczną atmosferę. Ja przyznam, że dość starannie obserwowałem ewolucję, jaką obecność Sowińca na blogu Pantryjoty przeszła. Na początku Pantryjota traktował ją, jako jednoznaczne wyróżnienie. Sowiniec tam przychodził, pisał „Bingo”, albo „Nie warto o nich wspominać, to grafomani”, a Pantryjota go pozdrawiał, a do innych się odwracał i mówił: „Widzicie? Sam Sowiniec mnie czyta”. Po pewnym czasie jednak, zacząłem zauważać, że Sowiniec, wciąż bardzo się starający, by nie podejmować z Pantryjotą żadnej dyskusji na tematy, w których oni się różnią, zaczął był przez Pantryjotę traktowany z pewną najpierw nonszalacją, potem z rozbawieniem, a następnie już tylko wzgardą. I o ile na samym początku, to raczej Sowiniec występował w roli nauczyciela, tłumacząc Pantryjocie, że Internet to tylko zabawa, i że nie powinien się przejmować czymś tak marnym jak ja i Coryllus, z czasem tę rolę wziął na siebie Pantryjota, i siłą rzeczy kompletnie uległego i zafiksowanego w swoich obsesjach, a więc i bezbronnego, Sowińca, zaczął albo pouczać, albo wyśmiewać.
I oto, pod ostatnim tekstem Pantryjoty doszło do zdarzenia szczególnego. On napisał ów tekst – jak zwykle kompletnie niepotrzebny, oparty wyłącznie na jego chorych projekcjach, o tym, że rzekomo Jarosław Kaczyński zaprosił papieża Franciszka na obchody 3 rocznicy Katastrofy – a Sowiniec, chcąc koniecznie zaznaczyć swoją wierną obecność, ale z kolei nie wchodząc w żaden merytoryczny spór, zwrócił uwagę Pantryjocie na rzekomy błąd ortograficzny, jaki on zrobił. Pantryjota zareagował natychmiast, zwrócił się do Sowińca per: „Zapamiętaj sobie raz na zawsze!” i przedstawił mu dowód na to, że Sowiniec nie dość, że się nie zna na ortografi, to się bez sensu wtrąca. Co na to Sowiniec? Długo myślał, myślał, myślał, a następnie przyszedł, przeprosił Pantryjotę i obiecał, że w przyszłości będzie bardziej rozważny i roztropny. Ups!
Obawiam się, że już w tej chwili część moich czytelników zadaje pytanie, po jasną cholerę ja się zajmuję Sowińcem i Pantryjotą. Otóż ja muszę wszystkich ich wyprowadzić z błędu. Ja się Sowińcem i Pantryjotą zajmuje tylko pozornie. Tak naprawdę, ja się zastanawiam wciąż, co miał na myśli Ojciec Święty, kiedy mówił, że kto się nie modli do Boga, modli się do Diabła. Zastanawiam się nad tymi słowami, rozglądam się wokół siebie, no i wpadł mi w oko ten Sowiniec. I myślę, że Papieżowi musiało chodzić o coś właśnie tego typu. On musiał mieć na myśli sytuację, kiedy człowiek – inteligentny, porządny, pobożny, patriotyczny, miły dla innych ludzi – zaczyna wchodzić w złe towarzystwo, nawet nie dlatego, że to towarzystwo mu jakoś imponuje, ale trochę z próżności, a trochę z nieco dziwacznie pojmowanego interesu, i nagle się okazuje, że ani się nie obejrzał, a tu stał się wyłącznie pionkiem w czyjejś grze, a w dodatku pionkiem, który można z pogardą, czy wściekłością, w każdej chwili wyrzucić, i zastąpić innym. I że ta gra została tak poprowadzona, że ów dobry, acz próżny i głupi człowiek tak naprawdę już nie ma żadnego pola manewru. Zacznie się stawiać, zostanie wyrzucony na pysk; zacznie przepraszać i prosić o zrozumienie, zostanie wyszydzony; odwróci się na pięcie i pójdzie do domu, inni pomyślą, że okazał się słaby.
Nie lubię Sowińca i mam do tego tyle powodów, że miejsca nie starczy, by je tu wyłuszczać. Wciąż jednak, jeśli mam wybierać między nim, a takim Pantryjotą, a więc człowiekiem, który na swoim blogu zamieścił tekst wyszydzający w sposób absolutnie bezprecedensowy – i mówię to bez retorycznej przesady – i bezczeszczący pamięć człowieka zmarłego w strasznej, w niczym przez niego niezawinionej, katastrofie, i zrobił to krztusząc się ze śmiechu, wybieram Sowińca – krakowskiego patriotę.
I jest mi cholera bardzo niewygodnie, kiedy widzę, że Diabeł tryumfuje. A tryumfuje nie dlatego, że jest taki przebiegły i inteligentny, ale wyłącznie przez to, że myśmy przestali się modlić do Boga, a Tenktórynieomijażadnejokazji jest bardzo uważny. Jak to mówią niektórzy wykształceni ludzi – zfokusowany.
Ponieważ mój poprzedni tekst wywołał bardzo żywe zainteresowanie, a więc tym samym mam prawo przypuszczać, że wszyscy jakoś tam martwimy się tym, co się stało z pewnym jezuitą i proboszczem z Nowego Sącza, chciałbym w geście chrześcijańskiego pojednania zwrócić się do niego z apelem. Proszę Ojca, niech Ojciec uważa na to, by się nie potknąć i nie upaść. Może Ojciec zacząć od czegoś bardzo prostego i oczywistego. Od wzruszenia się losem słabych, bitych i prześladowanych. By nie daleko szukać, weźmy choćby takiego śp. Przemysława Gosiewskiego.

6 komentarzy:

  1. @toyah

    Przed chwilą oglądałem teleturniej, w którym poległ zespół dwóch, młodych, wykształconych. O ile zapamiętałem, jeden przedstawił się jako lekarz.

    Polegli na niemocy rozwiązania pytania, kto w dramacie Szekspira był partnerem panny Capuleti?*/

    Opcje były, mniej więcej, takie: Antoniusz, Romeo, Otello i coś tam czwartego.

    No więc polegli. A pani Orjanowa do mnie, cyt: Podejdzie taki do chorego, to widzi tylko procedury i już wiem dlaczego.

    Jak taki ma zrozumieć potrzebę czegoś więcej, np. modlitwy. Jak on ma się ustrzec od wiadomo kogo?

    I kto młodych ludzi aspirujących do elity społecznej zepchnął w taką mizerię?

    I na co ma liczyć człowiek z zaufaniem oddający się takiemu profesjonaliście? Chyba tylko na modlitwę, a przez nią na opiekę boską. Onże profesjonalista tak samo zresztą.

    To jest jeden z niewątpliwych kontekstów w praktyce.


    -----------
    */ pisownia oryginalna z informacyjnego paska na dole ekranu TVP2 :)

    OdpowiedzUsuń
  2. @orjan
    Mój syn studiuje romanistykę i gdzieś tam usłyszał najpierw jak jedna z dziewczyn powiedziała "Jezioro Łabędzie", i w tym momencie dwie inne zaczęły się z niej śmiać, że jaka ona głupia, bo przecież nie "łabędzie", ale "łabędzia". I wtedy jakaś mądrzejsza od nich powiedziała, że nie "łabędzia", ale "łabędzi". I wyobraź sobie, że to wszystko było jak najbardziej poważnie. Romanistyka. Uniwersytet. Rozumiesz?

    OdpowiedzUsuń

  3. @toyah

    Rzeczywistość upadku przekracza najśmielsze wyobrażenia.

    Najlepiej brzmiałoby: "jezioro łabądka".

    OdpowiedzUsuń
  4. @toyah

    O! mam adres nieco słabszego, ale bardzo stosownego łabądka:

    http://4.bp.blogspot.com/-UGSGheAzACE/Ti3RQLKMP2I/AAAAAAAAAHA/rd3c1gcy4Fk/s320/DSC02347.JPG

    Może Toyah junior rozklei na Uniwersytecie. Tak dla edukacji. Na wszelki wypadek.

    OdpowiedzUsuń
  5. @toyah

    No przecież łabądek. Niemożliwe, abyś nie znał przeboju z 80-lat!

    Gdy odkręcało się flaszkę, to nakrętka złaziła z rozerwanym tym dolnym "pierścionkiem". Więc, po wypłacie, do domu wraca nad ranem, nawalony tatuś i wyciąga taką nakrętkę i z rozrzewnieniem woła: "Dzieci! dzieci! prezent! kochany tatuś przyniósł łabądka".

    No wiec w sieci znalazłem współczesnego łąbądka, bardziej stosownego. Z przekazem! W sam raz dla tych niedorosłych, o których poplotkowaliśmy jako o rezultatach.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.