wtorek, 2 grudnia 2008

Dla naszej satysfakcji, a ich bezsilności, czyli coś tam-coś tam

Niniejszy tekst zacząłem pisać wczoraj i pewnie wczoraj bym go tu umieścił na pożytek swój i moich czytelników, gdyby nie to, że wczoraj wieczorem miałem awanturę z Toyahowa i już nie było szans, żeby cokolwiek napisać. Dziś więc kończę to co wczoraj zacząłem i mam tylko nadzieję, ze ta jednodniowa perspektywa sprawi, że efekt będzie po prostu o ten jeden dzień lepszy. A zdarzyło się tak, ze we wczorajszej Rzepie przeczytałem przeznakomity, przepiękny i zupełnie powalający pod względem zarówno merytorycznym, jak i formalnym, artykuł Macieja Rybińskiego zatytułowany „Polityk prymitywista" http://www.rp.pl/artykul/9157,227047_Maciej_Rybinski__Polityk_prymitywista.html Muszę też od razu powiedzieć, że czuję się fatalnie. Przyczyna tego mojego samopoczucia jest też zupełnie niska. Otóż ja mam bardzo mocne poczucie, ze ja bym w życiu nie był w stanie napisać tekstu równie dowcipnego, lekkiego, inteligentnego. Ja nawet nie byłbym w stanie się do niego zbliżyć. Z drugiej jednak strony, zupełnie niedawno jeden z moich przyjaciół z Salonu, bardzo przejęty moimi tekstami, zaryzykował opinię, że ja piszę, z jego punktu widzenia, lepiej zarówno od Rybińskiego, jak i całej reszty wybitnych publicystów.
Dlaczego ta sytuacja mnie tak stresuje? Dlatego mianowicie, że skoro to co ja piszę, niektórym się aż tak bardzo podoba, to znaczy, ze ja mam jakiś talent. Ponieważ jednak, nie ma najmniejszej możliwości, żebym był w stanie dorównać nie tylko Maciejowi Rybińskiemu, ale też na przykład pani Krystynie Grzybowskiej z Wprost, to wszystko wskazuje na to, że ja mam talent nie do końca wykorzystany. Jestem nie wątpliwie mniej wykształcony, mniej oczytany i w ogóle mniej inteligentny. Właśnie tak!
Zastanawiałem się więc cały wczorajszy dzień, dlaczego ja nie napisałem tego tekstu, który tak pięknie wyprodukował Maciej Rybiński? Redaktor Rybiński pisze o Stefanie Niesiołowskim, który mnie też czasem fascynuje. Pod każdym słowem Rybińskiego mógłbym podpisać się obiema rękoma. Powiem więcej - mam przekonanie, że każde słowo Rybińskiego - to moje słowo. Tyle że ja tak nie potrafię. No i co równie ważne, ja nie czytam Gazety Wyborczej, więc nawet nie wiedziałem, że Stefan Niesiołowski w Wyborczej publikuje. Owszem, słyszałem parę dni temu, że Niesiołowski powiedział w Gazecie, że patriotycznym obowiązkiem Platformy jest wyeliminowanie PiS-u. Ale ja, w jakiś zupełnie niezrozumiały sposób, przeszedłem nad tą wypowiedzią Marszałka do porządku dziennego. Uznałem, że to jest dla niego po prostu bardzo zwyczajne i machnąłem ręką. Maciej Rybiński - przeciwnie - w pewnym momencie powiedział: „Stop" i skomentował. I to jak!
Nie czytam Gazety, ale też nie tak do końca. W niedzielę byliśmy u mojego teścia na imieninach, a ponieważ on - owszem - jest z tamtych rejonów, więc zajrzałem do Wyborczej z piątku chyba i przeczytałem zupełnie porażający reportaż o doktorze Gie i miłości, jaką on wokół siebie roztacza i jaką do siebie przyciąga. Tekst jest tak kuriozalny, że jedyne skojarzenia, jakie budzi to z ruskimi czytankami o bohaterskim Pawce, albo jeszcze bardziej bohaterskim i szlachetnym towarzyszu Dzierżyńskim. Więc tekst w Wyborczej, o Dobrym Doktorze - owszem - mnie zainspirował i nawet planowałem coś na ten temat tu w Salonie zostawić, ale tak się jakoś złożyło, że były inne rzeczy i ostatecznie też pomyślałem sobie, że pies z nim i z jego cudacznymi fanami, jak to mówią, tańcował.
Trochę mi żal, bo uważam, że obraz pewnej polskiej wsi, która solidarnie składa się na szpitalny szlafrok dla pewnej biednej, ale dobrej kobiety jest wart świadectwa. Zbiera się więc cała wieś na ten szlafrok, a tu Dobry Pan Doktor dzwoni do tej chorej pani, ze swojej osobistej komóry, i mówi, że niech ona przyjeżdża do szpitala i bierze ze sobą tylko szczoteczkę do zębów, bo on będzie ratował jej życie z ludzkiego, szczerego serca za friko. To jest dopiero historia! Albo jak dwaj oprawcy z CBA wyprowadzają Dobrego Doktora Gie w kajdanach i jeden z nich szeptem prosi Doktora, żeby łaskawie zechciał, jak przyjdzie potrzeba tego agenta uleczyć. Bo on nikomu innemu nie ufa. Coś takiego opisać. To by dopiero były wzruszenia! No ale też oczywiście mi się odechciało.
A to i tak lepiej, niż było ze Stefanem Niesiołowskim. Ten mnie zupełnie nie zainteresował. To ja już wolę Jana Lityńskiego. Wczoraj wieczorem Lityński wystąpił w TVN-ie razem ze Sławomirem Cenckiewiczem i pluł się, pienił, jąkał, krzyczał, podskakiwał - a wszystko po to, żeby w końcu Cenckiewicz jednym słowem go zatkał, z uśmiechem udowadniając, że Lityński nie ma pojęcia o czym mówi. Najlepsze z tego wszystkiego było to, że Lityński do tego stopnia oberwał, ze aż - chyba niechcąco - wystękał, że się faktycznie pomylił. Więc to było bardzo ciekawe, i o tym bym chętnie napisał jakąś refleksję. Zwłaszcza że młody Toyah ładnie to skomentował, mówiąc, że to strasznie przyjemne jest patrzeć, jak ktoś kto wie rozmawia z kimś, kto nie wie i wszystko jest nagle takie piękne i sprawiedliwe.
Też wczoraj wieczorem obejrzałem sobie Lecha Wałęsę u Olejnik, na tle biblioteki z książkami. I Wałęsa też mi się bardzo podobał. Słuchałem go jak bredzi o tym, że Bolek to była nazwa firmy produkującej urządzenia podsłuchowe, patrzyłem na jego oczy, na jego wąs, na jego czoło, na tę Matke Boską w klapie, i myślałem, że to jest zupełnie niesamowite, jak bardzo i jak nieodwracalnie można stracić przytomność. Pierwszy raz, kiedy zdarzyło mi się zauważyć, że Wałęsa nie ma w sobie absolutnie nic autentycznego, że jest jak automat, albo postać z filmu rysunkowego, miał miejsce jeszcze w roku 1990, gdy w katowickim Spodku obserwowałem go, jak przemawia... i z przerażeniem zauważyłem, że jego twarz nie wyraża dokładnie nic, a słowa które wypowiada robią wrażenie, jakby dochodziły z wbudowanego gdzieś pod wałęsowym językiem magnetofonu, a sam Wałęsa nawet nie wie, co mówi. I wczoraj oglądałem go, widziałem dokładnie tę samą twarz, te same gesty, te same miny, co 18 lat temu, bez śladu zawstydzenia, zażenowania, zdziwienia, rozbawienia, zaciekawienia... i, jak już wspomniałem, myślałem sobie, jak w ogóle można tak dokumentnie zgłupieć.
Albo nawet dziś. Przeczytałem gdzieś, że podobno w dobrym i kulturalnym i jaśnie oświeconym towarzystwie jest kupa śmiechu z tego powodu, że prezydent Kaczyński używa starego modelu Nokii. Że podobno gdzieś, w egzotycznych kieszeniach naszego rodzimego zidiocenia, są tacy ludzie, którzy na wiadomość o tym, że Kaczyński nie używa komórki za co najmniej 1500 złotych, zaczynają się krztusić z podniecenia. O nich też chętnie bym coś napisał.
Jest mnóstwo rzeczy i wydarzeń i wypowiedzi, które prowokują mnie do zabrania głosu. Weźmy przewodniczącego Chlebowskiego. W wypowiedzi dla Wprostu, Chlebowski powiedział, kogo uważa za najlepszych ministrów Trzeciej RP. No, proszę zgadnąć. Kogo Chlebowski lubi? No kogo? Ależ tak! Oczywiście. Dwóch ministrów - Kuronia i Balcerowicza. Prawda, że poruszające? Oto umysł oryginalny, na miarę pozycji intelektualnej środowiska, które przewodniczący Chlebowski reprezentuje. Jestem dziś już pewien, że gdyby zapytać Chlebowskiego, co on najlepiej lubi jeść, to odpowiedziałby, że sushi, gdyby miał wskazać ulubionego pisarza, to na sto procent wymieniłby Whartona, dowiedzielibyśmy się też, że w chwilach odpoczynku Chlebowski lubi sobie posłuchać baroku, najlepiej w wykonaniu Savala, a z lżejszej ‘muzy' Queen, albo U-2, a jego ulubionym wakacyjnym miejscem okazałaby się Chorwacja. Gdybym miał wolny czas i brakowałoby mi tematów, to Chlebowski ze swoim wykwintnym gustem byłby jak znalazł.
Weźmy na przykład tę sędzię, która przewodniczyła rozprawie Wałęsa - Braun. Nie miałbym absolutnie nic przeciwko paru słowom refleksji na temat tego, co ona wyprawiała tego historycznego dnia, kiedy polskie sądownictwo zeszło to poziomu Białorusi.
Tymczasem Niesiołowski jakoś mnie nie zajmuje. Przynajmniej od strony merytorycznej. Słyszę, że on po raz kolejny ogłosił coś niezwykle kontrowersyjnego i powiem szczerze, że jedyne co mi chodzi po głowie, to zagadka dotycząca tego, co mu się tak naprawdę stało? Co to za dziwna choroba, która spadła na tego dziwnego człowieka? Kiedy to się stało? Czy to co on wyprawia, to efekt jakiegoś pojedynczego zdarzenia, czy jakiegoś jednego kompleksu, czy może całego ciągu zdarzeń, które mu tak zrujnowały mózg, że mamy to co mamy? Bardzo chciałbym wiedzieć, czy kiedy Niesiołowski siedzi ze swoją rodziną przy niedzielnym obiedzie, to czy on zachowuje się normalnie, czy - podobnie jak Donald Tusk - rzuca jajkami w ścianę z gniewu, że coś tam jest zbyt gęste, albo zbyt rzadkie? Może przyjdzie taki dzień, taka wypowiedź marszałka Niesiołowskiego, albo zrobi on coś bardzo spektakularnego i wtedy będziemy się nad tym wszystkim wspólnie tu zastanawiać.
A dziś, czytam po raz kolejny wczorajszy tekst Macieja Rybińskiego i jest mi naprawdę bardzo dobrze, bo to świetny tekst. A drugiej strony mam nadzieję, że kiedyś też będę miał okazję powiedzieć sobie, ze - owszem - nieźle mi to wyszło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.