poniedziałek, 8 grudnia 2008

Chusteczka Dalajlamy, czyli kapitulcaji ciąg dalszy

Jest poniedziałkowy wieczór i jeszcze chwilka, jak miną przepisowe 24 godziny od zakończenia Triduum powszechnego oddawania czci Lechowi Wałęsie. Zwracam uwagę na przepisowość tych 24 godzin, bo zależało mi bardzo, żeby dać sobie czas i nie rzucać się na otwarte wody. Nie chciałbym bardzo dać się ponieść, a przecież wszyscy wiedzą, że okazja ku temu, by stracić panowanie, jest nie byle jaka. Czekam na ten dzisiejszy moment dokładnie od zakończenia emisji rozmowy w TVN24, jaką z Jego Świątobliwością Dalajlamą XIV (zadowoleni?), przeprowadził nieznany mi pan dziennikarz. Wydaje mi się, że wspomniana rozmowa stanowi wręcz idealny symbol tego, co mieliśmy okazję obserwować wokół tych niezwykłych uroczystości od piątku, a w pewnym sensie jeszcze dużo wcześniej. Ja wiem, że to nie powinno mieć większego znaczenia - bo przecież, to co się prawdziwie liczy, to słowo, a nie jego oprawa - ale tak się jakoś złożyło, że fakt iż zarówno prowadzący wywiad redaktor, jak i sam Dalajlama, mówili po angielsku z wręcz karykaturalną nieporadnością, przyczynił się wybitnie do tego, że ten ‘ekskluziw interwiu', zamienił się w obustronną demonstrację tak nieprawdopodobnej pustki, że z wszystkiego zostala tylko bosa stopa Jego Świątobliwości. Nawet ja byłem poruszony.
Ale, jak wspomniałem, z mojego punktu widzenia stało się bardzo dobrze, bo raz, że osobiście nie liczyłem na wiele, a dwa, że dzięki temu właśnie - jestem przekonany - te trzy zupełnie historycznie wyjątkowe dni otrzymały na koniec najbardziej właściwy wianuszek. Oto pustka w stanie surowym. Prawdziwy diament.
W dzisiejszej Rzeczpospolitej, czytam podwójną relację z gdańskich obchodów, jedną autorstwa Piotra Semki, drugą - ściśle redakcyjną - jakiegoś Piotra Kubiaka. Piotr Semka, jak na niego przystało, krytykuje wszystko to, co się do krytyki nadaje, a co moi czytelnicy doskonale znają, natomiast red. Kubiak zwyczajnie opowiada, co było. Ani jeden tekst, ani drugi, jednak nie byłyby może warte zachodu, gdyby nie parę wspólnych dla obu elementów, które z kolei niezwykle współgrają z całością medialnych relacji z tych trzech dni.
Co mam na myśli? Chodzi mi mianowicie o absolutnie maniakalne powtarzanie informacji, że omawiane uroczystości zgromadziły cały firmament światowych gwiazd, które karnie stawiły się w Gdańsku, żeby składać hołdy Lechowi Wałęsie. Przyznam się, że jeszcze miesiąc temu, kiedy niemal całe media krztusiły się z satysfakcji, że Lecha Kaczyńskiego i jego ‘żenujący bal' spotkał zasłużony afront w postaci jakiejś nic nie ważnej zbieraniny anonimowych główek, zebranych pieczołowicie przez ministra Kamińskiego z całego świata, byłem uczciwie przekonany, ze Lech Wałęsa pokaże, co znaczy wielkość i co znaczy legenda.
Różnica między mną, a najróżniejszymi komentatorami, jest taka, ze ja od razu zauważyłem, że moje oczekiwania były psu na budę, a oni, najzwyczajniej w świecie, pogrążyli się we własnych złudzeniach... i tak już zostali. Pisze Semka: „Do Gdańska zjechały takie tuzy, jak prezydent Francji Nicolas Sarkozy, szef Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso, przywódca Tybetańczyków Dalajlama, czy były prezydent RPA Frederick de Klerk". Proszę zwrócić uwagę na dwa kluczowe słowa: „zjechały" i „tuzy". Ciekawe, co? Nie? No, na pewno ciekawsze niż same nazwiska tych „tuzów" i wszystko to, co między nimi. Nie zmienia to faktu, że nieco dalej, Semka pisze o „sukcesie" obchodów. A później nagle przekonuje, że obchody były „dokładnie takie, jak dzisiejszy Wałęsa". Biedaczek! Nawet on się w tym kłamstwie pogubił.
Skupmy się więc na tym „sukcesie". Piotr Kubiak, w głównej rzepowej relacji, pisze, że w fecie w Filharmonii Bałtyckiej brało udział ponad „tysiąc gości z kraju i zagranicy". A ja próbuję odtworzyć choć dziesięć osób z ponad tysiąca „tuzów". I liczę tak: Sarkozy, Dalajlama, Barosso, de Klerk... no dobra, nie będę małostkowy - Shirin Ebadi, Adolfo Perez Esquivel... Przepraszam, miał być Gorbaczow. Przyjechał? Bo jakoś nie zauważyłem. No ale przecież ktoś musiał jeszcze być. Semka pisze o tuzach, Kubiak pisze o ponad tysiącu, a sam Wałęsa wyraża satysfakcję, ze było lepiej, niż on się spodziewał.
Wszyscy tylko ubolewają, że Kartofel nie przybył, a przecież w tak szacownym gronie tylko jego brakowało.
No więc, kto tam jeszcze? Oczywiście widziałem Tuska, Borusewicza i Sikorskiego. Był roześmiany biskup Gocłowski. Bartoszewski. No ale to chyba nie ich miał Piotr Semka na myśli, wspominając o tuzach. Ponad tysiąc tuzów, a wśród nich Stefan Niesiołowski? Aha! Na ekranie pojawił się były premier Hiszpanii - na ekranie, bo poza tym był jakoś zajęty.
Chyba już nic więcej nie wymyślę. Pozostaje tylko zwrócić uwagę na chusteczkę. Wydaje mi się, wobec ewidentnej posuchy, ta chusteczka, podobnie być może, jak wąs Wałęsy, pozostaną największymi bohaterami tej rocznicy. Rzeczpospolita mianowicie podaje, ze w momencie, jak wzruszony Lech Wałęsa się pobeczał, sam Dalajlama dał mu swoją osobistą chusteczkę, żeby pan prezydent sobie otarł łzy. Przyznam, ze dla mnie to jest prawdziwa bomba. Ja myślę, ze to jest taki numer, że ktoś powinien nakręcić o tym film. Kto inny powinien napisać o tym wiersz. A jeszcze ktoś inny powinien tę scenę przerobić na powieść. Autentyczna rewelacja. Stoi sobie Lech Wałęsa, na wielkim ekranie, po kolei pokazują się największe „tuzy" tego świata i składają mu hołd, po scenie kręci się Piotr Gulczyński (proszę nie zapominać tego nazwiska - Piotr Gulczyński. PIOTR GULCZYŃSKI. PIOTR GULCZYŃSKI), Wałęsa emocjonalnie nie wytrzymuje i zaczyna chlipać. I wtedy to właśnie, podnosi się pomarańczowa sylwetka Dalajlamy, legendarnego przywódcy Tybetu i reinkarnacji Buddy, i podaje naszemu Lechowi swoją chusteczkę.
Ktoś zapyta, co z tym wąsem. Otóż dziś gdzieś przeczytałem, że Dalajlama przyznał, że on zawsze najbardziej Lechowi Wałęsie zazdrościł wąsów. Może by tak mu dać kawałek, panie Lechu? Za tę chusteczkę.
Takie to były te obchody. Jak mówię, z mojego punktu widzenia - kompletna ruina. Ja tu sobie trochę żartuje, ale tak naprawdę, to chciałem tylko powiedzieć to jedno - kompletna ruina. Paru się dało nabrać i tyle. Niestety wśród tych paru, znalazł się również najwidoczniej Bronisław Wildstein. Nie tak bardzo bezpośrednio, ale trochę, owszem. Dziś, w tej samej Rzeczpospolitej, prawdopodobnie pod ogromnym wrażeniem „sukcesu" wałęsowej imprezy, uznał red. Wildstein, że nie ma żartów i trzeba trochę się posunąć. No i się posunął http://www.rp.pl/artykul/9133,230384_Jak_Kaczynski_Niesiolowskiego_uratowal.html .
Niestety - jak wszyscy dobrze wiemy, nie jest tak, że można sobie wyprawiać różne rzeczy za darmo. Pierwsza zgłosiła się po swoje Monika Olejnik, no i oczywiście biedny Wildstein nie miał już wyjścia i poszedł za ciosem. Tam, u Olejnik spotkał się z Tomaszem Wołkiem, i też już nie było odwrotu. Skończyło się na tym, że red. Olejnik, wspólnie z Wołkiem, Wildsteina po prostu zagryźli.
I pomyśleć, że to taki inteligentny człowiek. A jaki on zawsze był ostrożny! Pomyśleć, że wystarczyła chwila nieuwagi. I już.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.